środa, 23 października 2013

Zapasy

Kolektywnym wysiłkiem całej rodziny, pod kierownictwem Taty, trzy kilogramy wściekle ostrych papryczek jalapeno zostały zamarynowane w siedmiu obiecujących rajskie doznania smakowe słoikach.



Ja byłam odpowiedzialna za krojenie. Po raz kolejny życie mi przypomniało, że po krojeniu jalapenos nie należy, na przykład, dłubać w nosie. Chyba, ze chcemy, by w paroksyzmie bólu i oparach kapsaicyny rozpuścił nam się mózg.


Zuzia przyjęła na siebie odpowiedzialne zadanie dystrybucji przypraw.



W tym roku zamarynowaliśmy papryczki razem z wnetrznościami, bez patroszenia. Ostatnio były za łagodne, wolimy takie, które bolą dwa razy - przy wprowadzaniu do organizmu oraz przy opuszczaniu go ;)

8 komentarzy:

  1. Wyglądają pysznie. Nigdy nie kosztowałam takich papryczek. Czy Twój mąż przywiózł je ze świata ?

    OdpowiedzUsuń
  2. nie, kupione na targu przez kolegę męża z pracy

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaaale pięknie będzie piekło ...Ja juz zjadam drugi słoiczek własnej chilli , jedna mała starczy na kanapki do śniadania :) Robiłam je w całości i teraz ... no czuje jak opuszczają organizm dosc dotkliwie:DDDD

    OdpowiedzUsuń
  4. właśnie miałam skomentować tylko nie wiedziałam czy wypada- będzie piekło dwa razy :)))) też takie lubię ale tylko ja w mojej rodzinie.

    OdpowiedzUsuń
  5. hahahaha, pewnie że wypada ;)

    Wczoraj jak Matju marudził to z trudem się powstrzymałam, żeby mu nie dać papryczki do possania...

    OdpowiedzUsuń
  6. dzielna jesteś, ja ostatnio mam ochotę poprzestać na zupkach z torebki. Jak stoję nad zlewem i obieram jarzyny na rosół to się we mnie gotuje sprzeciw. Tak mam chwilę przed zmianą czasu. A takie papryczki zjadłabym chętnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kasiu, gdyby to ode mnie zalezalo to nie kiwnelabym palcem, bom zmeczona i leniwa. Ale marynowanie tych papryczek to swiety graal mojego meza :)

    OdpowiedzUsuń