Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chuściochowe wieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chuściochowe wieści. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2012

Poezja nowoczesna - preschool edition

Średnia chodzi na zajęcia logopedyczne w przedszkolu. Przynosi do domu kartki z ćwiczeniami. W zeszłym tygodniu przyniosła coś takiego:

"Powtarzaj wierszyk, pamiętając o głosce L. Narysuj tyle lalek ile razy powtórzysz wierszyk.

(Autor nieustalony)
"Lalka i my"

Ta lalka to Lola.
A my to Ela, Ola i Tomek.
My mamy lody. Loli damy
mleko."


"Wierszyk" mnie pokonał i pozostawił w osłupieniu ;) Cóż za wspaniały przykład nowoczesnej, niekonwencjonalnej poezji ;)

poniedziałek, 5 marca 2012

Rano

Wstałam dziś o 5.00.
Niedługo po mnie wstały dziewczynki.
Ania zażyczyła sobie na śniadanie surówkę z tartej marchewki i jabłka. Zrobiłam.
Dziecko wzięło miskę i poszło sobie, pojadając.
Mateusz leżał na kocyku, Ania usiadła obok niego ze swoją surówką.
Przebierałam się w łazience, usłyszałam narzekanie Ani:
"Mateus zablał mi moje śniadanieeee".
Poszłam sprawdzić co zacz.
Zobaczyłam:
Ania siedziała na kocyku obok Mateusza, grzebiąc łyżką w prawie pustej misce.
Mateusz leżał na kocyku na wielkiej kupie marchewki.
Smrodek, zalatujący z pampersa, wskazywał, że kupa marchewki nie była jedyną kupą w pomieszczeniu.
Zgarnęłam Młodego i poszłam go przewinąć.
Starałam się nie denerwować.
Naprawdę się starałam.
Kiedy wróciłam do pokoju, Ania zdążyła już rozprowadzić kupę marchewki równiutką warstwą po całym dywanie.
Dobijcie mnie. Jest dopiero 6.36.
Umieram.


Jedynie słuszny podkład muzyczny na wczoraj, dziś, jutro i zawsze. I love Chwytak.


Gulu gulu gulu gulu gulu jeeee!

sobota, 17 grudnia 2011

Koumpounofobia...

... czyli lęk przed guzikami. Wygląda na to, że Ania dołączyła do wąskiego grona osób cierpiących na tę nietypową przypadłość ;) Za nic nie założy bluzki z guzikami, guzik przy spódniczce jeszcze ujdzie, ale wywołuje protest i należy go zakryć bluzką. Piżamka z guzikami, śliczna, różowa, leży w szafie bo młoda za nic w świecie nie da jej sobie założyć.
WTF? Nie wiem czy śmiać się czy płakać, ale chyba będę się śmiać ;)

czwartek, 29 września 2011

Update ogólnorozwojowy

Dzieci rosną i rozwijają się niezauważalnie. Ot pewnego dnia patrzysz, a tu twoja najstarsza córka (która dopiero co biegała z pieluchą) całkiem sprawnie zajmuje się średnią. Rano byliśmy w sporym niedoczasie, więc Zuza, żeby ułatwić mamie życie, z własnej inicjatywy umyła Ani zęby :) Nieźle jej to wyszło.


Mateusz nieco przycichł, szeroko otwiera zdziwione światem oczy. Śpi lepiej w nocy, gorzej w dzień, czyli prawidłowo. Położony na macie trąca łapkami zabawki i guga do siebie. Waży 7 kilo, ubranka na 6 miesięcy są, powiedziałabym, akurat. Bardzo, ale to bardzo dużo je.


A ja czuję się jak króliczek z reklamy Duracella, ale ten wyposażony w Inne Baterie. 

niedziela, 25 września 2011

Bezcenne

Nocka z czterema pobudkami zamiast ośmiu.
Dzień bez zwyczajowego mateuszowego wyryku.
Kilka godzin przytulania śpiącego dzieciora w chuście na biuście ;)
Obiad popełniony przez Małżonka całkowicie bez mojego udziału.
Wieczorne pół godzinki dotleniania na balkonie w ciszy i spokoju. W towarzystwie m.in. torebki groszku ptysiowego ;)

Dziś staram się być ZEN. Chyba dobrze mi idzie ;)

A muzycznym sponsorem wieczornego pogodnego nastroju jest niezawodny Jay Kay ;P



Przetrwać noc i aby do poniedziałku :)

sobota, 24 września 2011

O...

Czy jest jakiś święty patron od babywearingu? Jeśli tak, to ma u mnie świeczkę i modły dziękczynne. Klusek dał się zapakować w kieszonkę i zasnął. Efekt: minus 100 do matczynego poziomu agresji ;)
Pozbierałam pranie, wstawiłam następne, zjadłam śniadanie, a teraz siedzę sobie przed kompem, ciesząc się ciszą i wolnymi rękami. Chwilo trwaj.



Troszkęśmy upoceni, bo chusta to Didymos Aare z 40% wełny. Grzeje całkiem porządnie, ale nosi jak szmatan.
Rozmiar 7 czyli 5,20m jest już za duży... Odkąd spora część mnie rozpłynęła się w niebycie, z siódemki nawet przy najbardziej chustożernych wiązaniach zwisa mi ogon do samej ziemi ;)

środa, 21 września 2011

Szczepienie i takie tam

Mamy za sobą pierwsze szczepienie. Tłuste udka zostały bezlitośnie skłute. Protest krzywdzonego dzieciątka słychać było chyba w promieniu kilku kilometrów.


Odczyn poszczepienny w normie - ot lekka gorączka, ogólne marudzenie, nieco bardziej niż zwykle urozmaicona noc :)

Sąsiadkę pokonał wirus, więc prowadzenie dziewczynek do i ze szkoły należy do mnie. Całkiem przyjemny obowiązek - długi spacer na świeżym powietrzu połączony z ubogaceniem duchowym płynącym z podsłuchiwania dziecięcych rozmów :) Dziś panienki zaczęły od porównywania która kiedy zrobiła większą kupę (szczegółów szanownej publiczności oszczędzę ;P), następnie płynnie przeszły do omawiania przydrożnej kapliczki, w której mieszka Pan Bóg i pilnuje, żeby nie szedł za nami złodziej albo - co gorsza - diabeł, a zakończyły licytacją która w co się ubierze na Halloween, chociaż zgodnie uznały że to święto diabła, więc one się boją, ale chciałyby się przebrać za wampira i za ducha...
;)

środa, 7 września 2011

Ład z chaosu

Ze szkolno-przedszkolnego zamieszania zaczyna się krystalizować pewien porządek. Stabilizuje się plan dnia.
Pobudka o 5.45, najpóźniej o 6.00. Pobudka to stwierdzenie trochę na wyrost, zazwyczaj od 3-4 rano już całkiem nie śpię ;)
Mycie, ubieranie i śniadanie dla dziewczynek (ja nie zdążam, chyba że akurat mąż się zlituje i zrobi kanapkę). Za pięć siódma biorę Mateusza i wychodzę z Anią do przedszkola. Zuzia zostaje u sąsiadki (dzięki Opatrzności za to, że mamy takich dobrych sąsiadów ;) ) Dwadzieścia po siódmej jestem z powrotem, biorę Mateo i idę do sąsiadów pilnować ich młodszej latorośli, podczas gdy sąsiadka odprowadza swoją i moją starszaczkę do szkoły. Po ósmej jestem wolna, wreszcie czas na śniadanie. Jeśli Mały Wyjec raczy odpłynąć w objęcia Morfeusza - mam chwilę dla siebie, czyli mogę się zabrać za sprzątanie/gotowanie/prasowanie czy co tam jest do zrobienia ;)
Wpół do pierwszej należy wyruszyć po dziewczyny do szkoły. Dziś akurat to moje zadanie ;)
Po powrocie szybki obiad oraz początek horroru z Mateuszem, któremu akurat wtedy włącza się opcja "Wieczorna Rozwrzeszczana Masakra".
O czwartej - spacer z wrzeszczącym wózkiem po Anię do przedszkola. Potem plac zabaw, albo powrót do domu, wszystko przy akompaniamencie Mateuszowych ryków.
Następnie tęskne wyczekiwanie wieczora i odliczanie godzin do momentu kiedy dzieciarnia pójdzie spać. Co wieczór obiecuję sobie - poczytam, coś obejrzę, coś napiszę, pouczę się, no choćby na szydełku podziergam. A gó... yyy, znaczy, nic z tego ;) O 21.00 gasnę jak świeca. A przede mną noc długa i w większości bezsenna...


;)

czwartek, 1 września 2011

Dzień jak codzień

6.30 - otwieram zapuchnięte oczy. Mateusz stęka. Ania wchodzi do sypialni i scenicznym szeptem oznajmia, że się wyspała.
6.30 - 7.00 - umyć Anię, przewinąć wrzeszczącego Mateusza, nakarmić wrzeszczącego głodnego Mateusza, umyć Zuzię, ponosić wrzeszczącego zarzyganego Mateusza, ubrać Anię, przewinąć wrzeszczącego  Mateusza, ubrać Zuzię, przebrać wrzeszczącego zalanego mlekiem Mateusza, uczesać Anię, ponosić wrzeszczącego Mateusza, uczesać Zuzię, nakarmić wrzeszczącego Mateusza. W międzyczasie umyć się i ubrać w ciuchy w miarę do siebie pasujące, uczesać się. Na makijaż nie ma już szans. Śniadanie na szczęście robi małżonek.
7.00-7.15 - zgromadzić aniną wyprawkę przedszkolną, załadować na wózek, ubrać Mateusza, ubrać Anię do wyjścia, przewinąć Mateusza bo zrobił kupę, złapać Anię zanim ucieknie na klatkę schodową, pokarmić Kluska, bo przy przewijaniu się wkurzył, wyjść.
7.15-7.30 - droga do przedszkola. Ania śpiewa radośnie "idem do kikoja idem do kikoja, bedem sie bawila" :) Mateusz zasypia. Chyba się zmęczył intensywnym porankiem.
7.30 -7.45 - Przedszkole. Zaparkować wózek przed budynkiem (do środka się nie zmieści), wyciągnąć zaspanego Mateusza z wózka, załadować do chusty, wziąć wszystkie torby, wejść do środka. Ania zostaje płynnie przejęta przez miłą "ciocię" i nawet się nie ogląda, żeby mamie powiedzieć "papa".
7.45-8.00 - powrót do domu. Mateo wyje.
8.00-8.30 - galop po szybkie zakupy.
8.30-9.00 - czynności okołodomowe, przerywane efektami akustycznymi made by Mateusz.
9.00 - 9.30 - droga z Zuzą do szkoły.
9.30-10.00 - Szkoła. Przed budynkiem skłębiony tłum dzieci i rodziców, hałas, zamieszanie. Mateusz wyje w wózku, Zuzia chce natychmiast siku, mąż poszedł się rozejrzeć i nie mam z kim zostawić wózka z zawartością, Zuzia coraz bardziej chce siku już natychmiast teraz, na szczęście jak istny deus ex machina pojawia się sąsiadka. Galop w poszukiwaniu toalety. Przemówienie Pani Dyrektor, Mateusz wyje jak syrena przeciwmgielna, tłum, nie ma gdzie usiąść spokojnie, więc wyciągam go z wózka, zawijam w kocyk i zatykam smoczkiem. Wędruję tam i z powrotem z uczepioną spódnicy szalejącą Zuzią i wierzgającym Kluskiem na rękach, usiłując pochwycić strzępki ogłaszanych informacji. Dzięki Bogu za sąsiadkę, ona zapisze co trzeba. Dzieci zbierają się w grupach, idziemy do sali (szkoła świetna, świeżo zbudowana, zerówki w osobnym skrzydle, sale z łazienkami i szatniami, zabawki, stoliki jak w przedszkolu, czysto, świeżo, panie b. miłe).Klusek zasypia. Kilka minut pogadanki dla rodziców, potem dzieci zostają w sali na pierwsze zajęcia.
10.00-12.00 - czekam na zakończenie zajęć pod salą. Mąż jedzie kupować wyprawkę zerówkową. Klusek śpi. Z dużym wyczuciem chwili budzi się głodny akurat wtedy, kiedy schodzą się rodzice poodbierać dzieci, więc siedzę w szatni świecąc cycem, dopóki się nie naje. Zuzia szaleje wokół. Litości.
12.00-12.30 - powrót do domu. Mateusz szczęśliwie śpi, Zuzia  wlecze się pięć kroków za mną i jęczy że jest głodna, ale było fajnie, boli ją brzuch, jest zmęczona, jutro też pójdzie do szkoły, chce usiąść, chce lody, mamo chodźmy kupić lody, bo jak nie to ci nie będę pomagać przy braciszku mamo, czy mogę iśc na plac zabaw, ja chcę na trampolinę mamo, teraz, a pójdziemy po Anię, ja chcę z tobą pójśc po Anię. Boli mnie gardło. Jestem za lekko ubrana, marznę. Bolą mnie nogi. Nie chce mi się ust otwierać i powtarzać sto razy tego samego, Dobry Losie czy to dziecko nie mogłoby na chwile zamilknąć?
12.30-13.00 - dopiero co weszłam do domu i złapałam kanapkę, małżonek pyta czy aby robię obiad. Nie, ale mogę zacząć. W międzyczasie nakarmić i  przewinąć Mateusza.
13.00-13.30 - galop z Mateuszem w wózku do apteki, potem po Anię do przedszkola. Ania nie chce wyjśc ona będzie śpić, niech mama przyjdzie później. Wychodzę. Goni mnie wychowawczyni - Ania zmieniła zdanie. Tylko ci mozie wziąć kjójika? Może. "Mam kjójika, mam kjójika, bedziem ź nim śpić!"
13.30-13.45 - powrót do domu. Bez jęków, marudzenia, narzekania. Jak to jest, że Ania rzadko marudzi? Chyba starsza siostra wyrabia normę za dwie.
Mateusz po porannych traumach wisi na piersi non stop, usiłuję zrobić cokolwiek, dom tonie w bałaganie i syfie, ale nic mi się nie udaje. Wizyta teściów. Późnym popołudniem Klusek rozpacza już na wysokich obrotach i nie daje się uspokoić niczym. Boli mnie głowa, z minuty na minutę coraz bardziej. Butelka hydroksyzyny w szafce kusi. Wypiłabym wszystko na dwa łyki, i obudziłabym się za kilka dni. Albo nie.
Jest wieczór, słaniam się na nogach, z głodu pewnie też, bo nie zdążyłam dziś zjeść nic oprócz trzech kanapek. Ale ogólnie dzień można uznać za udany. Dziewczynki zadowolone, może nie będą stawiać oporu systemowi edukacji. Jutro będzie lepiej. Musi być :)


poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Logistyka macierzyńska czyli survival w miejskiej dżungli

Brutalne i bezwzględne życie zmusiło mnie do zakupu nowych spodni. Wszystkie te, które mam schodzą mi już z, za przeproszeniem, tyłka, bez rozpinania. Właśnie dziś rzucili w naszym okolicznym Tchibo całkiem przyzwoite ciuchy w nieodstręczających cenach, więc wzięłam głęboki oddech, spojrzałam grozie w twarz i zdecydowałam - a wezmę samochód i pojadę. Sama. Bez krzepiącej mężowskiej obecności na fotelu pasażera :) A co...
Wolni ludzie w takich razach wychodzą i jadą. Matki nie mają tak lekko.
Wykłóciłam się z dziewczynkami (mamooo, my chcemy oglądać bajkę/iść na plac zabaw/ iśc do cioci/ iśc na hulajnogę/ zostać w domu/cokolwiek innego), przekupując je obietnicą lodów u Grycana i obiadu w Makdolcu. Przewinęłam Mateusza, nakarmiłam go, przewinęłam jeszcze raz i przebrałam bo dokumentnie się, excusez le mot, obrzygał. Nakarmiłam ponownie i co prędzej zadokowałam w foteliku. Zmusiłam starsze do ubrania się, skorzystania z toalety oraz założenia butów, wszystko przy akompaniamencie wrzasków Mateo, który najwyraźniej uważa przebywanie w foteliku za wymyślną torturę.
Wzięłam fotelik z wrzeszczącą zawartością, na ramię zarzuciłam dwie torby z okołodzieciowymi przydasiami, złapałam Anię za rękę, bo uciekała. Zuzia, na szczęście, jest już sterowana głosem. Inaczej musiałabym chyba założyć jej smycz, bo trzeciej ręki nie posiadam. Tak wyekwipowana ruszyłam na parking. Moje auto stoi na innym osiedlu, więc obarczona bagażem i potomstwem musiałam przeczłapać dość długi dystans ulicą, budząc spore zainteresowanie. Mateusz ciążył, Ania ciągnęła, torby wrzynały się w ramię, Zuzia marudziła, a wszystko razem doprowadzało mnie do ciężkiej cholery.
Dotarliśmy na parking. Zuzia zobaczyła samochód i z lekkim zaniepokojeniem spytała - "a gdzie tata?". Odrzekłam, że taty niet, dziecino, w pracy jest. To mama będzie jechać. Zuzi zaniepokojenie wyraźnie wzrosło ;) - "mamusiu, a czy ty na pewno dasz sobie radę?" ;P
Uciszyłam wątpliwości, zapewniając, że ależ tak kochanie, mamusia na pewno da sobie radę, chociaż ręce mi z lekka drżały ;) Zapędziłam do fotelików, przypięłam, Mateo szczęśliwie zamilkł i zasnął.
Dojechałam do CH Targówek z sercem na ramieniu, wkurzając prawdopodobnie wszystkich na drodze, bo uparcie jechałam baaardzo powoli ;) Ale niech się uczą cierpliwości piraci jedni, zielony listek mam więc mogę jechać zgodnie z przepisami ;)
Zakupy przebiegły względnie bez zakłóceń, nie licząc wyjącego Kluska.
Powrót takoż.
Klusek wył jak kojot na tylnym siedzeniu, Zuza z Anią przekrzykiwały się nawzajem a ja usiłowałam się połapać który pas prowadzi dokąd i gdzie mam skręcić. Usilnie powstrzymując się od barwnych  przekleństw we wszystkich znanych mi językach :)
Z parkingu trzeba było przetransportować to co zwykle + zakupy. Klusek wył. Zuzia marudziła, Ania zawisła na mojej ręce, prawie wyrywając ją ze stawu, torby niemal odpiłowały mi ramię :) Dopełzłam do domu ociekając potem i zgrzytając zębami.
Podsumowując, coś co dla normalnego człowieka stanowi rzecz zupełnie, niezauważalnie zwyczajną, albo miłą rozrywkę, dla matki z trójką małych dzieci jest istną harówą, do tego szarpiącą nerwy. Jeśli ktoś mnie jeszcze raz zapyta: "A ty co, SIEDZISZ w domu?" (z przekąsem sugerując leniwe pierdzenie w stołek)  niech będzie przygotowany na spotkanie z moim prawym sierpowym. Howgh.


wtorek, 23 sierpnia 2011

Klusek

Klusek został dziś zawieziony do przychodni przyszpitalnej, na kontrolę enzymów wątrobowych. Pielęgniarka pobierała mu krew z rączki. Ukłuła go raz, jakoś chyba niecelnie, wzięła drugą igłę, wbiła obok śladu po pierwszej i zaczęła nią kręcić... Dłuższą chwilę szarpała igłą, ściskając małemu rękę, ja miałam coraz większe oczy, a Mateusz płakał tak przeraźliwie, że zsiniał, zachrypł i zaczął się dusić. Pod koniec już nie miał siły płakać, tylko, zachrypnięty, kwilił, nawet się nie ruszał. 
Ja rozumiem, że pobranie krwi to jest w sumie prosta i konieczna rzecz, żadna tam trauma, ale czy do kurwy nędzy nie mógłby tego robić  niemowlętom ktoś kto UMIE? Patrząc na tą scenę, najmocniej przepraszam za moje wulgarne słownictwo, miałam ochotę wyjebać komuś z liścia. Nawet nie chcę myśleć co przechodzą rodzice chorych dzieci.
Klusek leczy nerwy w ramionach mamy:


Nosić się pozwala tylko w pouchu:


Noszony, zasypia i czasem daje się odłożyć:


Je bez przerwy i rośnie. Dziś ważył 4330g. Zaczyna wyglądać naprawdę kluskowato. Jest coraz przytomniejszy, rozgląda się, nie przesypia już całego dnia. Mam nadzieję, że poprawi to nam jakość snu nocnego.
U mamy na kolanach:



Ja nadal czuję się marnie.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Między ludzi

Po dzisiejszej wizycie kontrolnej w szpitalu (wszystko jest mniej więcej w porządku) małżonek, chcąc zapewne poprawić mój wyraźnie psi nastrój, zaproponował wizytę w Ikei. W słusznym skądinąd mniemaniu, że nie ma takiego doła, którego nie uleczyłaby ikeowa golonka z kapustą...
Miło było zobaczyć ludzi. Mateusz zniósł wszystko bardzo dzielnie i z filozoficznym spokojem.


Po nakarmieniu i przewinięciu uprzejmie zasnął w chuście. Mama mogła się polansować. I zrobić małe zakupy w sklepiku szwedzkim, mam nadzieję, że tych kilka przysmaków poprawi mi apetyt.


Jutro wizyta w lokalnej przychodni, pojutrze załatwianie aktu urodzenia, potem szczepienia, kolejna kontrola w szpitalu. Mały człowieczek a sporo zamieszania.


PS. Mateo właśnie zafundował mi półgodzinny koncert wycia  przed zaśnięciem. Chyba był zmęczony. A  teraz czuję się jakby ktoś mi wetknął między uszy granat i wyciągnął zawleczkę.

sobota, 13 sierpnia 2011

Wróciliśmy :)

Wczoraj po południu wyszliśmy ze szpitala. Kwitłam tam 9 dni ze względu na nasiloną żółtaczkę Młodego.
Dziękuję wszystkim za kciuki, ciepłe myśli i wsparcie :)))

Czas na zwyczajowe porodowe opowieści grozy :P Było to tak...
4 sierpnia wieczorem udaliśmy się do szpitala na macane badanie. Krótko trwało, bardzo bolało, kto przeżył ten wie a kto nie przeżył niech się cieszy ;) Potem położna wysłała nas na dwugodzinny spacer. Poczułam jakieś małe, sympatyczne skurcze, ucieszyłam się że to może już niedługo; poszliśmy. Zdążyłam wciągnąć cynamonową bułeczkę i parę łyków kawy w Starbucksie, nacieszyłam oko widokiem wieczornego miasta (po raz pierwszy od lat ;) i trzeba było wracać.
O 22.00 znaleźliśmy się z powrotem w szpitalu. Położna kazała nam czekać na izbie przyjęć, bo na porodówce nie było miejsca, jak to zwykle w szpitalu św Zofii bywa ;) Żeby przyspieszyć akcję, bo, jak wiadomo poród to coś co każdy chciałby mieć jak najszybciej za sobą, przebiła pęcherz płodowy. No i od tego momentu wyjście było tylko jedno - urodzić :) Odetchnęłam z ulgą że to już dziś. Nareszcie.
Czekaliśmy na miejsce, skurcze robiły się coraz dłuższe i coraz mniej przyjemne, że się tak eufemistycznie wyrażę. W końcu któraś pacjentka zlitowała się i urodziła ;) posprzątali, i tak trafiliśmy do sali o wdzięcznej nazwie "Agrestowa" :) Na widok łóżka porodowego zrobiło mi się cokolwiek słabo, a myśl o tym, że mam się rozdwoić i nie ma innego wyjścia zdała mi się coraz mniej atrakcyjna ;P
Bolało i bolało, pomału zaczynałam mieć dość. Duch we mnie upadł i złapał mnie "kryzys siódmego centymetra", zjawisko znane na porodówkach całego świata - moment kiedy rodząca JUŻ NIE MOŻE (błagam, zróbcie mi cesarkę, vacuum, kleszcze, znieczulenie, cokolwiek, żeby tylko przestało boleć) a wszyscy stanowczo powtarzają jej, że MUSI...
9 cm. Odpłynęłam. Świat zawęził się do łóżka, dłoni męża, którą kurczowo ściskałam i mojego krzyku. Powiem tylko, że przez dwa dni potem bolało mnie gardło ;)
Ominęła mnie tym razem wątpliwa przyjemność epizjotomii. Ale coś za coś - akcja trwała znacznie dłużej. I była bardziej męcząca. Współczuję młodemu, to musiało być dla niego równie mało przyjemne. Ale zniósł swój los dzielnie - wylazłszy do połowy otworzył oczęta, rozejrzał się i, zamiast zapłakać, jak normalne dzieci, zaczął gadać - "eee", "yyy", "iii", chrząkać, pokasływać i wydawać różne inne dźwięki. Wszystkich obecnych w sali szalenie to rozbawiło, z wyjątkiem mnie, oczywiście, bo byłam zbyt zajęta czym innym ;)
Wewnętrzny w końcu się ostatecznie uzewnętrznił, trochę się przy tym podarłam i trzeba było mnie pozszywać ;) a potem już sielanka-przytulanka.





Czwartego dnia po porodzie Mateuszowi nasiliła się żółtaczka. Dostaliśmy specjalne łóżeczko do naświetlania, biedny kurczak musiał się na nim grillować cały czas. Był śpiący, nie chciał jeść, chudł. Strasznie było mi go żal.


Bilirubina spadała bardzo powoli, utrzymanie go na tym solarium było prawdziwym wyzwaniem, boli mnie kręgosłup od karmienia w przedziwnych pozycjach.
Żółtaczka trochę uszkodziła mu wątrobę, dostaliśmy leki, które w ciągu kilku tygodni powinny pomóc.



W szpitalu było całkiem miło, trzyosobowa sala, niemal codziennie zmieniały się współspaczki, mnóstwo ludzi, mnóstwo historii :) Coś w rodzaju wakacji :) No i podreperowałam sobie samoocenę, wszyscy pytali czy to pierwsze dziecko, bo ja tak młodo wyglądam ;)
Wczoraj wróciliśmy do domu, dziewczynki dopadły braciszka, a sam braciszek doznał tak głębokiego szoku, że nie mógł usnąć przez 4 godziny ;)
Zanim okrzepniemy, minie trochę czasu. Trzeba wpisać Mateusza w rodzinny wzór :) Na razie mam uczucie, że wszystko mnie przerasta, popłakuję,  jestem beznadziejna, sama jedna, biedna, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi... Ot, zwykły okołodzieciowy taniec hormonów :)



niedziela, 31 lipca 2011

Przepchnąć weekend do przodu

Rozumiem, że Makdolec to cichy zabójca, ale za to jak dobrze przyprawiony... Dziewczynki chyba odziedziczyły autodestrukcyjne skłonności po mamie, bo na hamburgery i przesolone fryty, smakowicie ociekające olejem, rzucają się tak samo ochoczo jak ja. Kiedy siedzą przy stole i w nabożnym skupieniu pochłaniają śmiercionośną paszę, mogłyby służyć jako żywa reklama śmieciowego królestwa :)




Wykończona siedzeniem w domu sama zaproponowałam dziś zwyczajową rundkę - supermarket + Ikea. Ledwie się ruszam, ale kolejny dzień, spędzony w czterech ścianach, sam na sam z wierzgającym brzuchem, to już za wiele.
Jutro badanie dna oka, kwalifikujące do porodu SN. Atropina w kropelkach do oczu, a potem kilka godzin chodzenia po omacku :) Będzie faaaajnie :)

czwartek, 28 lipca 2011

Rozpadam się

Nie, to nie oznacza bynajmniej, że Wewnętrzny wybiera się na świat :) Po prostu wczorajsza wizyta u gina wykazała nadmiernie się rozchodzące spojenie łonowe. Boli od dawna, jak w każdej poprzedniej ciąży, ale starałam się nie zwracać na to uwagi ;) Za to kiedy się dowiedziałam, że coś jest nie tak od razu zaczęło boleć o wiele bardziej ;) Ojoj ;)
Taki urok matki dużych dzieci. Niestety, jeśli rozpad będzie postępował, grozi mi nawet gips po porodzie, co już lekko zwarzyło mi humor.Najgorsze, że nic nie mogę zrobić, żeby zminimalizować ryzyko, mogę jedynie zrezygnować z przesuwania cięższych rzeczy, żeby uniknąć przemieszczania się kości względem siebie. Mogę się rozlecieć nawet leżąc plackiem z nogami do góry, a tego na pewno nie zamierzam praktykować, niech się dzieje co chce, już mi coraz bardziej wszystko jedno.
Samo badanie było na tyle bolesne, że ledwie wstałam z fotela, a podróż autobusem do domu (na stojąco, bo kto by tam zwracał uwagę na brzuchatkę kwitnącą obok, skoro za oknem tyle fascynujących rzeczy ;P ) okazała się nie lada wyzwaniem. Powinnam być bardziej bezczelna i się upomnieć o miejsce, ale, kurczę, nie umiem :/ Dopóki jestem w stanie utrzymać pion, będę stać i w pokorze cierpieć ;)
W nocy, jak zwykle, każdy przewrót na bok=pobudka, jęk, następnie wykulanie się z łóżka, kolejny jęk, wycieczka do łazienki (Wewnętrzny skompresował mi pęcherz do rozmiarów śliwki ;) ), powrót do łóżka i próby zaśnięcia, uwieńczone powodzeniem, albo i nie.
Okazało się ponadto, że w ciągu 4 ostatnich tygodni przytyłam 4 kilo :) Chyba nadmiar pocieszaczy nie robi mi dobrze... Postanowienie - natychmiast, ale to natychmiast przestać jeść! :)

Walkę o dobre samopoczucie najlepiej ilustruje poniższy obrazek:


Idę obejrzeć jakiś durny serial albo coś :)

czwartek, 7 lipca 2011

Dzień w dzień sparring

Zwijając się na kanapie po dwóch nospach, czterech magnezach i pół butelki neospasminy, myślę sobie co mogłam zrobić, żeby tego uniknąć. Do głowy przychodzi mi tylko jedna odpowiedź - trzeba było w swoim czasie wstąpić do jakiegoś zakonu. Tym samym unikając towarzystwa mężczyzn i wynikających z tego problemów, na przykład dzieci ;)

Do południa jakoś się trzymałam, wydłubując z duszy resztki optymizmu. A potem trzeba było iść z Anią do dentysty...
Dziecina z entuzjazmem konwersowała z panem doktorem, odpowiadała na pytania, jeździła na fotelu i podstawiała łapkę pod "wiaterek". Patrzyłam na to pobłażliwie, wiedząc, że ten cały cyrk nic nie da, bo moje dziecko głupie nie jest i nie da się jej tak łatwo zamieszać w głowie ;) Oczywiście miałam rację. Jak tylko Ania zobaczyła i usłyszała wiertło, zawyła głosem, którego nie powstydziłaby się Godzilla. Stanęło na tym, że ja brzuchem przygniatałam jej nogi, rękami unieruchamiałam ręce, a pani pielęgniarka razem z lekarzem trzymali głowę. Ania walczyła ze wszystkich sił, ale jakoś się udało wyborować jej próchnicę i zalepić dziursko różową plombą. Z gabinetu wyszła spokojna i uśmiechnięta, zażyczyła sobie transportu do domu i nie sprawiała dalszych problemów.
Ze mną było nieco gorzej, skopany brzuch dawał mi się we znaki. Wracałam półwisząc na wózku. Po dojściu do domu zdążyłam tylko łyknąć pierwszą nospę, gdy nagle zadzwonił telefon. Wymagane było moje natychmiastowe zjawienie się w naszym poprzednim mieszkaniu. Zostawiłam dziecko, złapałam klucze i poszłam ("poszłam" to trochę na wyrost... podreptałam raczej, przystając co kilka metrów). Załatwiłam co było do załatwienia, zdenerwowałam się przy tym okropnie, co tylko nasiliło nieprzyjemności. Toczyłam się z powrotem do domu w tempie zaspanego żółwia, modląc się, żeby nie zacząć rodzić na ulicy :/

W domowych pieleszach jeszcze zakrzątnełam się przy czynnościach nie cierpiących zwłoki, i działałam na zwolnionych obrotach, dopóki skurcze nie rzuciły mnie na łóżko. Małżonek przyjrzał mi się, i to co zobaczył chyba mu się nie spodobało, bo okazał litość oraz hart ducha i sam sobie zrobił kolację.

Tak oto kończę ten niezbyt udany dzień, mając nadzieję, że ciąg dalszy nie nastąpi.

Aha, szczególne podziękowania należą się Zuzi, z której jestem bardzo dumna. Córa dzielnie pomaga tacie, kiedy mama nie nadaje się do użytku.

Upraszam wszystkie życzliwe dusze o trzymanie kciuków, modlitwy, mantry, afirmacje, wizualizacje i co tam jeszcze, w intencji zatrzymania Wewnętrznego w środku. Nie mam nawet spakowanej torby do szpitala jakby co.

niedziela, 26 czerwca 2011

niedziela, 12 czerwca 2011

Wypas

Sobotnie popołudnie spędziliśmy, wypasając dzieci w stadzie na świeżym powietrzu. Miejsce - Zalesie Górne, okazja - urodziny Emilki i jej młodszego brata, Antosia. Doborowe towarzystwo, las dokoła, dziewięcioro zachwyconych okolicznościami przyrody dzieci :)


Zuzi serce przylgnęło do huśtawki ogrodowej, aż żałuję że nie mamy domu i kawałka trawy, żeby coś takiego postawić. Sama bym się pobujała :)


Kiedy Ania zlokalizowała farby, znikła na dobre 40 minut, produkując arcydzieła. Czyli kartki szczelnie zamazane mieszaniną farb w dowolnych kolorach.



Mama z przyjemnością dotleniała Wewnętrznego. A Wewnętrzny odwdzięczał się sympatycznie, wierzgając jak rasowy piłkarz. Skaczący brzuch wzbudzał ogólne zainteresowanie ;)

czwartek, 9 czerwca 2011

Postęp

Ania robi postępy w treningu nocnikowym. Wpadki praktycznie się nie zdarzają, ale na wyjścia i na noc jeszcze zakładamy pampersa, tak na wszelki wypadek. 
Szczerze mówiąc, jestem w szoku. Zuzia zaczęła jeszcze później, a odpampersienie jej zajęło kilkanaście tygodni i wykończyło mnie nerwowo. Ani do załapania o co chodzi wystarczył jeden dzień. Najwyraźniej jest wybitnie inteligentna, o, proszę, od razu widać jakie to mądre dziecko ;)



wtorek, 7 czerwca 2011

Wyzwania

Kilka dni temu zaczęłam puszczać młodszą Kluskę bez pieluchy. Pierwszy dzień zaowocował obfitością kałuż - na dywanikach, na łóżkach, na panelach, wszędzie. Każda sugestia "Aniu, chodź, usiądziesz na nocnik" wywoływała wściekły protest i krzyk. Propozycja założenia pieluchy - takoż. Dziecina biegała z gołym zadkiem i niefrasobliwie lała gdzie popadnie. Zupełnie jakbym miała psa w domu i to wyjątkowo źle wychowanego.
Wycierałam, myłam, suszyłam i zapierałam, pełzając na kolanach. Zaciskałam zęby, brzuch mnie bolał a ciśnienie rosło. Nie tyle z powodu kałuż, bo to normalne, ile z powodu Aninego focha i odmowy współpracy.
Późnym popołudniem wszystko śmierdziało. Ania usadowiła się na fotelu i zaczęła oglądać bajki. Podłożyłam jej kocyk pod pupę i przykazałam na nim zostać i nie nasikać na fotel. Kiedy tylko opuściłam pokój, moje asertywne dziecko wyciągnęło spod siebie kocyk, przykryło się nim, po czym się zlało. Prosto na ten cholerny fotel. Siedziała sobie w kałuży, wielce z siebie zadowolona. Zajrzałam do pokoju, zobaczyłam ten rozkoszny obrazek i wyszłam z siebie. Eufemistycznie rzecz ujmując - wyraziłam BARDZO dobitnie swoje niezadowolenie, zgoniłam z fotela, wyłączyłam bajki i wyrzuciłam dziecko do drugiego pokoju. Wyczyściłam co było do wyczyszczenia, klnąc najbarwniejszymi słowy. Inaczej rzecz ujmując - zryłam psychikę dziecięciu i do końca życia się z tego nie otrząśnie ;) O wredna suka ja, szykujcie stos.
Efekt - 90% Aninych potrzeb trafia tam gdzie należy, czyli do nocnika. Bez przypominania, proszenia, bez mojego udziału, odprowadzania i wysadzania. I generalnie o to chodziło. W domu względny spokój, sielanka i nie śmierdzi, a Ania, chwalona za każdy sukces jest bardzo z siebie dumna :)

Niedzielne popołudnie spędziłam - o cudzie! - bezdzietnie :) Babcia przejęła ukochane wnuczki, a my z małżonkiem wyruszyliśmy do Kampinosu. Po pół godzinie prowadzenia samochodu zorientowałam się, że odczuwam nieokreślony dobrostan... Zamyśliłam się i go określiłam - oto na tylnym siedzeniu nie było słychać żądań, pytań, piosenek o żabkach, przekrzykiwania, odgłosów szarpaniny... Jeno cisza... Nawet radia nie włączałam, żeby nie zburzyć tej błogości. Małżonek, jak mniemam, nie był zachwycony, ale nie miał wyjścia -  u nas ten, kto prowadzi, zarządza muzyką (lub jej brakiem) ]:-> Chłe chłe.
Błąkaliśmy się po leśno - polnych plenerach w przemiłym towarzystwie, a efekty działalności objawię ze szczegółami, kiedy je obejrzę i uwierzę, że można światu pokazać ;) Cóż, było to wyzwanie, zwłaszcza dla mnie.

Przede mną kolejny dzień walki z prozą życia i własnym smutkiem. Kofeiny poproszę :) Po dwóch kawach i green-upie będę miała oczy jak ta sówka ;P