Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadżety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadżety. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Wyspa skarbów

Wyspę skarbów znalazłam wczoraj, błąkając się późnym popołudniem w Empiku przy Marszałkowskiej. Na pierwszym piętrze, po prawej od wejścia, nieco w głębi, stał sobie regalik. A na nim... obfitość notesów Paperblanks w przecenie do 90% :)
Lubię ładne rzeczy, bo kto nie lubi? Jedni kolekcjonują kryształy, inni aniołki z porcelany, afrykańskie maski, Matki Boskie Fatimskie z różowego plastiku albo szydełkowe serwetki; ja nałogowo zbieram długopisy i notesy ;)

Od Paperblanks jestem uzależniona, ale ich ceny normalnie są zaporowe. Wczoraj natomiast, za trzy sztuki zapłaciłam 17 zł. Normalna cena - dobrze ponad 100 i dobrze poza moim zasięgiem. Prawdziwa satysfakcja łowcy z miejskiej dżungli ;)
Teraz tylko schować zdobycz przed dziećmi, jak dopadną i wykorzystają artystycznie moje skarby to dostanę zawału ;)

środa, 22 stycznia 2014

Apdejt

Akcja "uwolnij przestrzeń" nadal trwa w moim ciągle zagraconym domu, więc staram się unikać nabywania kolejnych zajmowaczy miejsca. Ten zakup, jednakowoż, został gruntownie przemyślany. 
Teraz nie wiem jak udało mi się przeżyć 36 lat bez podstawki pod książkę. Po co się tak męczyłam, tworząc konstrukcje z talerzy, szklanek i rozmaitych produktów spożywczych, by móc spokojnie poczytać przy śniadaniu (to jeszcze w czasach kiedy miałam możliwość czytania przy śniadaniu i skwapliwie z niej korzystałam).
Pół biedy, jeśli książka była zajechana, rozklapciana i splackowana, jak moja ukochana "Krystyna, córka Lavransa" na przykład. Taka książka grzecznie leży, tam gdzie pańcia zechce ją umieścić, uprzejmie daje się czytać, nie rusza się i nie próbuje stawiać oporu. Gorzej jeśli powieść jest gruba oraz dziewiczo sprasowana. Nie zliczę ile szklanek herbaty, slużących jako przytrzymajki, poleciało mi na takie oporne egzemplarze, które samowolnie decydowały, że właśnie teraz należy się zamknąć i już.

Kindel jest dużo prostszy/przyjemniejszy w obsłudze i, odkąd go mam, życie stało się lżejsze (tak, należę do tych bezdusznych, napędzanych elektroniką miłośników nowoczesności, którzy wolą ebooka od Prawdziwej Książki). Ale i Kindelkowi łatwiej stać w miejscu do tego stworzonym, już nie muszę opierać go o miskę i blokować jabłkami, co do tej pory było moim zwyczajem.


Ostatnio unikam internetu, bo całą energię pochłania mi użerka okołodziecięca. Ubieranie, rozbieranie, przyprowadzanie, odprowadzanie. Zamknięto jedną z dwóch ulic dojazdowych do naszego kombinatu. Na jedynej czynnej ulicy tworzą się upiorne korki. Znajoma, która zawozi Zu do szkoły razem ze swoim synem, musi wyjeżdżać dużo wcześniej, więc Zu zamiast o 7.25 musi czekać na nią o 7.05. Zerwanie półżywej ośmiolatki o 6 rano z łóżka i doprowadzenie jej do stanu nakarmionej i ubranej używalności jest, powiem wam, sporym wyczynem.

Swoją drogą, prawdą okazały się słowa doświadczonych rodziców, którymi pocieszali mnie jak płakałam z niewyspania - "poczekaj aż pójdzie do szkoły, z łóżka nie będziesz mogła ściągnąć". Potwierdzam.

Logistyka przedszkolna spadła na moje barki, bo mąż stoi w korkach i nie zdąża. Matju stawia czynny i donośny opór. Ania przebiera w odzieży i krzywi się kiedy skarpetki nie pasują do, za przeproszeniem, gaci (skąd jej się to wzięło, nie wiem, na pewno nie po mężu i nie po mnie). Wychodzenie do przedszkola zajmuje ze 2 godziny i masakruje moje struny głosowe.


Kiedy idziemy do przedszkola, bądź stamtąd wracamy, Matju chce CHODZIĆ. Chodziiiii! Mammaaaaaa! Nie ciem wózeeeek!  Wyrywa się, wije, wyje i robi ogólną manianę. Tak więc lecę po ulicy za żwawo pomykającym dzieckiem, ciągnąc za sobą wózek.
Kiedy wybieram się po nich BEZ wózka, Matju nagle nabiera ochoty na jazdę. Mamaaaa! Nie ciem chodziiiiii!!!! Wóziek! Ciem wóziek! Wózka nie ma, więc, zmęczona krzykiem i małymi łapkami czepiającymi się moich kolan, biorę niedźwiadka na ręce. I tak pełznę, holując za sobą Anię i próbując unieruchomić Młodemu wierzgające odnóża, żeby nie uświnił mi mojej pięknej BIAŁEJ kurtki. Matka w białej kurtce, chyba mi rozum odjęło. Trzeba było kupić coś w kolorze błota.

wtorek, 16 października 2012

Dynia

Czyli moje nowe cudeńko wyczarowane przez Anię :))) Torebka w sam raz na Halloween :P Intensywnie dyniowo pomarańczowa z intensywnie zieloną podszewką, zestawienie kolorystyczne, na widok którego się rozpływam :)


W środku kieszonki i gumka na butelkę z wodą.


I kieszonka z tyłu. Wszystko perfekcyjnie wykończone do ostatniej nitki. Cudo.


Pająk ma błyszczącą dupkę :P


A tutaj dodatek - dyniowo-pajęcze majty na Kindla.


Ten pajączek na na dupce koraliki. Na zdjęciu słabo widać, niestety.


Ta sama kolorystyka (ach).


Kundel w różowych okładkach pasuje tu idealnie :P


We własnym zakresie zrobiłam dyńce maleńki upgrade - do suwaka przyczepiłam na sznureczku lampworkową muchę ;) Do pełni szczęścia oraz halołinowego imidżu chyba sobie jeszcze nabędę czarnego szczurka w Ikei i uczepię na torebce :P


piątek, 18 stycznia 2008

Prezent od Taty

Oto prezent od Taty, z ostatniej podróży:



To jest walizka kabinowa dla dzieci:) Można ją ciągać na pasku, można na niej jeździć (nośność do 50 kilo, ufff, Zuzia jeszcze się łapie;).

Ma koła w kształcie kwiatków :) Kolor nie jest taki wściekle różowy jak na zdjęciu, na całe szczęście.

Zuzia jest zachwycona nową zabawką, użytkuje ją z upodobaniem:




piątek, 16 listopada 2007

Mexican Bola

Nazwa brzmi egzotycznie, ale mexican bola to po prostu metalowy ciążowy wisiorek. Jego wyjątkowość polega na tym, że przy poruszaniu wydaje delikatny dźwięk - takie cichutkie pobrzękiwanie, bardzo przyjemne dla ucha. Nosi się go na długaśnym sznurku na szyi, tak żeby dyndał w okolicach brzucha. Od ok.20 tygodnia ciąży dziecko słyszy dźwięk wydawany przez wisiorek i przyzwyczaja się do niego. Po urodzeniu znajomy dźwięk pomaga maluchowi się uspokoić. Tyle teorii :) Nie wiem jak to się sprawdza w praktyce, ale sam pomysł brzękającego wisiorka tak mnie zafrapował, że kupiłam sobie taki gadżet. Nie znalazłam ich w Polsce, kupiłam jak zwykle u Brytów, w Babyhut
Bardzo mi sie podoba - wygląda jak miniaturowe, posrebrzane jajco (na zdjęciu, niestety, wyszedł kiepsko), ok. 3 cm wysokości. Brzęczy ślicznie, Zuzia jest nim zachwycona. Tylko cena była hmmm... niezachwycająca ;)