poniedziałek, 23 lutego 2009

Euro RTV AGD czyli Porażka Klienta

Historia Pewnej Pralki. A raczej dwóch.

Do starego mieszkania (gdzie aktualnie wprowadziła się m.in. moja siostra) musieliśmy kupić pralkę. Jako że nasze środki finansowe są zerowe a nawet ujemne, postanowiliśmy skorzystać z oferty sklepu wyprzedażowego Euro RTV AGD (Warszawa, na skrzyżowaniu Kasprzaka i Bema). Mają tam towary na przykład z ekspozycji.
Kupiliśmy pralkę, która miała być "porysowana, obita". I względnie tania. Udałam się z dziećmi do mieszkania i czekałam na dostawę.
Po podłączeniu okazało się że pralka nie działa. Zadzwoniłam na infolinię Euro, gdzie rozmawiałam z panią, która w cuglach wygrałaby konkurs na Najbardziej Opryskliwą Biurwę Roku.
Zgłosiliśmy reklamację do sklepu, przyjęto zwrot.
Następnego dnia musiałam do mieszkania pojść (z dziećmi oczywiście, taka wycieczka jest mocno wykańczająca) i czekać aż ten szajs zabiorą.
Rafał wybrał kolejną pralkę, dopłacił różnicę (ta była droższa). Znowu wycieczka z dzieciakami i kiblowanie w oczekiwaniu na dostawę.
Po podłączeniu okazało się, że pralka ma pęknięty wąż i cieknie.
Następnego dnia małżonek pojechał na Kasprzaka po wąż. Wymieniliśmy go i opuściliśmy lokal w przekonaniu, że wszystko jest OK.
Kilka dni później siostra próbowała zrobić pranie. I co się okazało? Że również ta pralka NIE DZIAŁA.
Dziś panowie z Euro mieli pralkę zabrać. Oczywiście musiałam tam pójść. Transport miał się zjawić między 12.00 a 15.00.
O 15.00 skończyły mi się czyste pieluchy, głodna Zuza dostawała świra, niewyspana Anka darła się w niebogłosy. A transportu ani widu ani słychu. Zadzwoniłam na infolinię Euro z uprzejmym pytaniem kiedyż to pracowici panowie się zjawią. Pani wykonała jeden telefon i już pół godziny później (co za tempo!) zadzwonił do mnie pan z transportu. Z informacją że oni SIĘ SPÓŹNIĄ. Na moje pytanie - a ile się spóźnią, łaskawca odarł że przyjadą tak... po 18.00...
Przypominam, że umówieni byliśmy 12.00-15.00, nikt do mnie nie zadzwonił i o spóźnieniu nie raczył poinformować. Gdybym nie zadzwoniła na infolinię, mogłabym tam siedzieć Bóg wie ile czasu.
Tak więc czeka mnie jeszcze jedna wycieczka.  Trafia mnie SZLAG.
Gdyby nie opłacony transport kolejnej pralki, moja noga w Euro by już nie postała. I nie chodzi mi o to, że sprzedano nam dwie niedziałające pralki. Pech, przyjęli zwrot i już.
Chodzi o chamstwo panów z transportu i niesympatyczną oraz niepomocną panią na infolinii. Ja jestem cierpliwym klientem, nie awanturuję się, staram się podchodzić ze zrozumieniem do problemów, ale nie znoszę jak się mnie traktuje jak powietrze.

czwartek, 12 lutego 2009

Lustereczko, powiedz przecie - kto ma największy tyłek na świecie?

Odkąd się wynieśliśmy ze starego mieszkania, nie mamy luster. Nic nie drażni mojego poczucia estetyki :) Ale niestety, posiadamy inne przedmioty, które bezlitośnie pchają mi przed oczy moje odbicie.
Wczoraj, na ten przykład, podczas kąpieli, niechcący rzuciłam okiem na duży, chromowany korek od wanny i zmartwiałam... Odkryłam, że mam figurę Wenus.
Tej z Willendorfu.





środa, 11 lutego 2009

Wyłaniamy się...

... powoli z mroków przeprowadzki i remontu. Jesteśmy wykończeni :)
Mieszkanie zaczyna przypominać lokal mieszkalny a nie śmietnisko, jednak dużo mu brakuje do doskonałości, a nawet do zwykłego porządku :)
Słabnąca złotówka mocno trzepie nas po kieszeni, więc w nowym mieszkaniu zastosowaliśmy  kilka rozwiązań oszczędnościowych. Na przykład w garderobie (ach, jestem posiadaczką GARDEROBY, jak to brzmi! ;) znalazły się niezwykle funkcjonalne półki na ubrania, skonstruowane z posklejanych kartonów:


Do niedawna wszędzie stały częściowo rozpakowane kartony:



Nie mamy szaf, więc wszystkie ubrania wiszące umieściliśmy chwilowo na górnym piętrze zuzinego łóżka:

Nie mamy jeszcze kuchni (i taki stan potrwa do końca lutego), przez pierwsze dwa tygodnie stała tam tylko lodówka, mikrofala,  piwniczny regał i stoły. Widok po lewej:

Widok po prawej (z braku zlewu jestem zmuszona myć gary w misce; klęcząc przy wannie w łazience):

W kuchni znalazło się też miejsce parkingowe dla wózków:


Od kilku dni mamy luksusy, podłączono nam kuchenkę gazową, więc nie jesteśmy juz skazani na fast fooda i frytki z mikrofali :)

Dzięki pomocy dzielnej Zuzi urządzanie mieszkania poszło sprawnie:

To tyle na dziś, lecę dalej sprzątać :D

środa, 4 lutego 2009

Z dedykacją dla Martusi R :)

Słonko, do tej piosenki mam sentyment niebywały, albowiem pamiętam jak mi ją śpiewałaś :) I nawet tekst posiadam, zapisany własną Twą ręką :)


Wojciech Młynarski - "Obiad rodzinny"

Wojciech Mlynarski - Obiad rodzinny

Chodzi za mną...

... piosenka Jacka Skubikowskiego :) "Kup mi komika". Jest - jak mawia moja koleżanka - zajebiaszcza :)

Kup mi komika


I jeszcze w innym klimacie: Clannad "Gathering mushrooms". Podrasowany irlandzki folk to (między innymi;)  jest to co tygrysy lubią najbardziej :)




poniedziałek, 2 lutego 2009

O co kaman?

Jeśli wśród Szanownych Czytelników jest ktoś mający pojęcie o psychologii rozwojowej, to może mi litościwie wyjaśni o co chodzi, bo mnie ręce opadają.
Oto sytuacja przykładowa:

Anka i Zuza leżą na naszym łóżku. Bawią się - Zuza miętosi zabawki a Anka patrzy na to i rechocze. Wychodzę do kuchni po wodę.
Jestem w kuchni, słyszę jak Anka kwiczy. Biegiem wracam do sypialni, widzę, że krew się nie leje, narzędzi niebezpiecznych w użyciu nie ma, nikt nikogo nie kopie. Dochodzę do wniosku, że młoda ma dośc leżenia, więc zapinam na sobie Mandukę, żeby ją wziąć na plecy. Iiiiii...

Zuza (rozpaczliwy krzyk): "Nie ruszaj jeeeeeeej! To moja siostrzyczkaaaaaa!!! Zostaw ją tutaaaaaj!!!"
Ja (spokojnie): "Ale ona płacze"
Zu (wrzeszczy): "Nie będzie płakałaaaaa!!!!"
Ja (jeszcze spokojnie): "No dobra, ok."

Zaczynam rozpinać Mandukę. Iiiii...

Zu (krzyk jeszcze bardziej rozpaczliwy): "Weź ją do nosidłaaaaaaaa!!!!!!!!"
Ja (nadal spokojnie): "Biorę."
Zu (krzyk przechodzi w wycie): "Zooostaaaaw jąąąąąą!!!!!!"
Ja(ciągle spokojnie): "To co chcesz, żeby ją zostawić i się pobawicie? To zostawiam."
Zu (totalna histeria): "Weeeeź jąąąąąą!!!!!!!! Uaaaaa!!!!!"

Powtórzyło się to wszystko jeszcze dwa razy, każda kolejna odpowiedź Zuzi była wygłaszana coraz bardziej histerycznym wyciem, w końcu doznałam ataku nerwowego śmiechu, zarzuciłam Anię na plecy i wyszłam, a Zuza wyła dalej, sama już chyba nie kumając z jakiego powodu.

I tak jest od prawie roku po parę razy dziennie:
Ja: "Chcesz soku?"
Zu: "Nie"
Ja: "OK"
Zu: "Chceęęęęęęęęę!!!!!!!"
...

Ja: "Z czym chcesz bułkę, z serem czy z miodem?"
Zu: "Z serem."
Ja: "Proszę bardzo."
Zu: "Z miodeeeem chcęęęęęęęę!!!!!!"
Ja: "Ale przed chwila chciałaś z serem?"
Zu: "Z miodeeeeem!"
Ja: "OK."
Zu: "Z sereeeeem!!!!! Uaaaaaaaa!"

I tak dalej.

Błagam, niech mi ktoś mądrzejszy wytłumaczy co to @#$% mać  jest i jak na to reagować, zanim ostatecznie stracę cierpliwośc i zrobię jej z doopska jesień średniowiecza. A chwila ta, zaprawdę powiadam wam, jest bliska.

Już po wszystkim

Już się przeprowadziliśmy. Ufff. Na początku - wielki SZACUN dla firmy  MOVERS, która uporała się z naszą przeprowadzką fantastycznie sprawnie. O ósmej rano do starego mieszkania wparowało ośmiu silnych panów, którzy z prędkością huraganu zaczęli pakować nasze rzeczy. Na szczęście dostarczyli swoje kartony, my byśmy w życiu nie zdołali zebrac tyle materiałów opakowaniowych, żeby starczyło na nasz dobytek.
Całe pakowanie zajęło panom pięć godzin. Potem znoszenie paczek do samochodów (było ich trzy - jeden baaardzo duży i dwa mniejsze). Przewiezienie do nowego mieszkania - około pół kilometra :). Potem wniesienie wszystkiego na górę i złożenie mebli. Podczas przeprowadzki nic nie ucierpiało, wszystko było zapakowane bardzo szczelnie i profesjonalnie.
Akcja, zgodnie z zapowiedzią szefa firmy, skończyła się równiutko o 18.00. Panowie wyszli a my zostaliśmy... i się zaczęło :)
Jako, że do większości spraw podchodzimy średnio niefrasobliwie, również i przeprowadzkę potraktowaliśmy w ten sposób :) Nie przygotowaliśmy sobie zapasu niezbędnych rzeczy na pierwsze dni w nowym miejscu. Tak oto życie na Derbach 17 rozpoczęliśmy od poszukiwania bielizny, ręczników, noży, kubków, maści do dzieciowej pupy i paru innych rzeczy.
Jeszcze nie mamy kuchni, będzie dopiero po 15. lutego. Nie mamy nawet kuchenki gazowej. Żyjemy fast foodem, kanapkami i frytkami z mikrofali. Ma to swój urok, ale już przestaję się mieścić w spodnie, więc z utęsknieniem czekam na rozwiązanie kuchennego problemu.
W tej całej przeprowadzce największą frajdę mam z... windy. Jak muszę wyjść z dziećmi to po prostu ubieram je, pakuje Ankę w wózek albo chuste i wychodzę :) Wnoszenie zakupów - żaden problem. Winda pod same drzwi mieszkania. Już nigdy więcej taszczenia na raty wózka, zakupów, kurtek, dzieci. Juz nigdy więcej potu cieknącego po tyłku, wyjącej na schodach Zuzy (mamusiuuu, weź mnie na ręce, ja już nie mogęęęę iść!!!), rąk urywających się niemal pod ciężarem siat i wijącej się Anki. Boże, dzięki Ci, co za ULGA.

Fotki z nowego lokum postaram się wkleić wkrótce. Dokumentacji fotograficznej z przeprowadzki niestety nie będzie, albowiem podczas akcji nie mogłam znaleźć aparatu :D A szkoda, bo było na co popatrzeć - chyba ze sto pięćdziesiąt kartonów poustawianych na klatce schodowej robiło naprawde spore wrażenie;)