poniedziałek, 9 marca 2009

Kuchnia

Wreszcie mam kuchnię... Muszę powiedzieć, że jestem zadowolona :) Jest tak, jak miało być - funkcjonalnie, prosto, jasno. Nienachalne, niemęczące kolory. Powalający zlew :) Kilka ułatwiających życie gadżetów.

Wygląda to z grubsza tak:


Zlew jest gigantyczny, można by w nim spokojnie kąpać dziecko, jak na amerykańskich filmach ;)


Kuchenkę tym razem mamy gazową, więc mogę się twórczo wyżyć w pieczeniu bez drżenia o ceny prądu (w starym mieszkaniu mieliśmy elektryczny piekarnik;  po dwu-trzymiesięcznym okresie intensywnego używania tegoż, dostaliśmy rachunek dwa razy wyższy niz normalnie).

Gotowanie znów sprawia mi przyjemność :)

niedziela, 8 marca 2009

Zaszczycona jestem i zaszczycam dalej :)

Czuję się zaszczycona, dopieszczona i doceniona :) A to dlatego, że Kasia, na swoim blogu przyznała mi to oto wyróżnienie:


BAAARDZO DZIĘKUJĘ!!!! Cieszy mnie ogromnie, że ktoś czytuje tę moją twórczość radosną :)

Pozwolę sobie pociągnąć tę przyjemność dalej :)
Ode mnie Kreativ Blogger dla:

Los miodos - za wspólnotę doświadczeń okołodzieciowych :)

Martusi - za całokształt :) I za to, że przy niej jestem malutka i niedouczona :) 

Chudej, której osobiście nie znam :) Ale jej bloga czytam z mieszaniną zazdrości i podziwu :)

piątek, 6 marca 2009

Zuza wybiera wolność

Wczoraj udaliśmy się na zakupy do CH Targówek. Z pełnym koszykiem stanęlismy w kolejce do kasy. Nagle Anka zaczęła popłakiwać, wzbudzając niezdrowe zainteresowanie (wiecie, takie biedne, ściśnięte dziecko w nosidle, ale ta mama cię męczy, nic biedaku nie widzisz tylko mamy plecy, co ci ludzie teraz z dziećmi robią, bla bla bla...). Wiedziałam, że płacze z głodu, więc zostawiłam małżonka z Zuzą i koszykiem w kolejce, sama poszłam do mamodzieciowego pokoju zatkać głodną paszczę.
Skończyłam karmić, założyłam z powrotem Ankę na plecy... I zadzwonił telefon. Mój mąż, z lekka zaniepokojony oznajmił: "Zuzia mi zniknęła z oczu, chuba poszła w twoim kierunku". Zmartwiałam na chwilę a nastepnie wystartowałam jak rakieta. Z obłędem w oczach przegalopowałam korytarzem w stronę sklepu, wypatrując Zuzi.  NIC. Dobiegłam do męża, bliska płaczu. Na szczęście mój mąż jest przytomniejszy ode mnie i zazwyczaj zachowuje zimną krew. Poszliśmy razem do bocznego korytarza z toaletami (tam Rafał widział Zuzę ostatnio). I co? I znalazła się! Nasze intelignetne dziecko wiedziało, że mama poszła nakarmić Anię do specjalnego pokoju. I kiedy tylko tata się odwrócił do kasy, poszła to takiego pokoju, jednego z dwóch w CH Targówek. niestety, akurat do tego drugiego :)
Pani z obsługi już ja prowadziła za rękę do ochrony, żeby zgłosic zgubione dziecko. Zdążyliśmy w ostatniej chwili.
Zuza była zupełnie spokojna, ani trochę nie wystraszona, totalny luz. Na pytanie "czemu uciekłaś od taty?" odrzekła przytomnie - "ja nie uciekłam, poszłam ciebie poszukać".

***

Z cyklu "Zuzia powiedziała":

Babcia Ela: ... no i wiecie, na bazarku u nas bierzemy takie pyszne mleko od chłopa...
Zuzia (z dezaprobatą, wyjaśniająco): Babciu, nie! OD KROWY!

czwartek, 5 marca 2009

Wpisu nie będzie

Dziś nic nie napiszę, bo mię wena odbiegła :D Ale za to nie odmówię sobie wklejenia uroczego kawałka z You Tube. 
Oto żołnierze armii filipińskiej tańczący "Papaję" Urszuli Dudziak :)
Ilekroć to oglądam, płaczę ze śmiechu :D



 

poniedziałek, 23 lutego 2009

Euro RTV AGD czyli Porażka Klienta

Historia Pewnej Pralki. A raczej dwóch.

Do starego mieszkania (gdzie aktualnie wprowadziła się m.in. moja siostra) musieliśmy kupić pralkę. Jako że nasze środki finansowe są zerowe a nawet ujemne, postanowiliśmy skorzystać z oferty sklepu wyprzedażowego Euro RTV AGD (Warszawa, na skrzyżowaniu Kasprzaka i Bema). Mają tam towary na przykład z ekspozycji.
Kupiliśmy pralkę, która miała być "porysowana, obita". I względnie tania. Udałam się z dziećmi do mieszkania i czekałam na dostawę.
Po podłączeniu okazało się że pralka nie działa. Zadzwoniłam na infolinię Euro, gdzie rozmawiałam z panią, która w cuglach wygrałaby konkurs na Najbardziej Opryskliwą Biurwę Roku.
Zgłosiliśmy reklamację do sklepu, przyjęto zwrot.
Następnego dnia musiałam do mieszkania pojść (z dziećmi oczywiście, taka wycieczka jest mocno wykańczająca) i czekać aż ten szajs zabiorą.
Rafał wybrał kolejną pralkę, dopłacił różnicę (ta była droższa). Znowu wycieczka z dzieciakami i kiblowanie w oczekiwaniu na dostawę.
Po podłączeniu okazało się, że pralka ma pęknięty wąż i cieknie.
Następnego dnia małżonek pojechał na Kasprzaka po wąż. Wymieniliśmy go i opuściliśmy lokal w przekonaniu, że wszystko jest OK.
Kilka dni później siostra próbowała zrobić pranie. I co się okazało? Że również ta pralka NIE DZIAŁA.
Dziś panowie z Euro mieli pralkę zabrać. Oczywiście musiałam tam pójść. Transport miał się zjawić między 12.00 a 15.00.
O 15.00 skończyły mi się czyste pieluchy, głodna Zuza dostawała świra, niewyspana Anka darła się w niebogłosy. A transportu ani widu ani słychu. Zadzwoniłam na infolinię Euro z uprzejmym pytaniem kiedyż to pracowici panowie się zjawią. Pani wykonała jeden telefon i już pół godziny później (co za tempo!) zadzwonił do mnie pan z transportu. Z informacją że oni SIĘ SPÓŹNIĄ. Na moje pytanie - a ile się spóźnią, łaskawca odarł że przyjadą tak... po 18.00...
Przypominam, że umówieni byliśmy 12.00-15.00, nikt do mnie nie zadzwonił i o spóźnieniu nie raczył poinformować. Gdybym nie zadzwoniła na infolinię, mogłabym tam siedzieć Bóg wie ile czasu.
Tak więc czeka mnie jeszcze jedna wycieczka.  Trafia mnie SZLAG.
Gdyby nie opłacony transport kolejnej pralki, moja noga w Euro by już nie postała. I nie chodzi mi o to, że sprzedano nam dwie niedziałające pralki. Pech, przyjęli zwrot i już.
Chodzi o chamstwo panów z transportu i niesympatyczną oraz niepomocną panią na infolinii. Ja jestem cierpliwym klientem, nie awanturuję się, staram się podchodzić ze zrozumieniem do problemów, ale nie znoszę jak się mnie traktuje jak powietrze.

czwartek, 12 lutego 2009

Lustereczko, powiedz przecie - kto ma największy tyłek na świecie?

Odkąd się wynieśliśmy ze starego mieszkania, nie mamy luster. Nic nie drażni mojego poczucia estetyki :) Ale niestety, posiadamy inne przedmioty, które bezlitośnie pchają mi przed oczy moje odbicie.
Wczoraj, na ten przykład, podczas kąpieli, niechcący rzuciłam okiem na duży, chromowany korek od wanny i zmartwiałam... Odkryłam, że mam figurę Wenus.
Tej z Willendorfu.





środa, 11 lutego 2009

Wyłaniamy się...

... powoli z mroków przeprowadzki i remontu. Jesteśmy wykończeni :)
Mieszkanie zaczyna przypominać lokal mieszkalny a nie śmietnisko, jednak dużo mu brakuje do doskonałości, a nawet do zwykłego porządku :)
Słabnąca złotówka mocno trzepie nas po kieszeni, więc w nowym mieszkaniu zastosowaliśmy  kilka rozwiązań oszczędnościowych. Na przykład w garderobie (ach, jestem posiadaczką GARDEROBY, jak to brzmi! ;) znalazły się niezwykle funkcjonalne półki na ubrania, skonstruowane z posklejanych kartonów:


Do niedawna wszędzie stały częściowo rozpakowane kartony:



Nie mamy szaf, więc wszystkie ubrania wiszące umieściliśmy chwilowo na górnym piętrze zuzinego łóżka:

Nie mamy jeszcze kuchni (i taki stan potrwa do końca lutego), przez pierwsze dwa tygodnie stała tam tylko lodówka, mikrofala,  piwniczny regał i stoły. Widok po lewej:

Widok po prawej (z braku zlewu jestem zmuszona myć gary w misce; klęcząc przy wannie w łazience):

W kuchni znalazło się też miejsce parkingowe dla wózków:


Od kilku dni mamy luksusy, podłączono nam kuchenkę gazową, więc nie jesteśmy juz skazani na fast fooda i frytki z mikrofali :)

Dzięki pomocy dzielnej Zuzi urządzanie mieszkania poszło sprawnie:

To tyle na dziś, lecę dalej sprzątać :D