Mąż: Zrobić ci coś na kolację?
Ja: E, nieee, dzięki, nie będę jadła, dziś miałam takie maleńkie potknięcie w diecie... (odchudzam się).
Mąż [rechocząc pod nosem]: Maleńkie potknięcie? Znaczy zeżarłaś dwie całe czekolady, batona i zagryzłaś hamburgerem?
Ja: ...
Jasnowidz. Poślubiłam jasnowidza.
piątek, 10 kwietnia 2015
środa, 8 kwietnia 2015
Będzie łatwiej?
Im starsze, tym łatwiej. Tak przynajmniej mi powtarzano. Nawet wydawało mi się, że to prawda. Dzieci rosną, można się z nimi dogadać, współpracować, jakież problemy mogą powstać na tym etapie?
Nie wiem jak inni, ja mam aktualnie jeden. Moja tolerancja na hałasy, krzyki, kłótnie, płacze, jęki i protesty jest w tej chwili nawet nie zerowa. Jest wręcz ujemna.
Najmłodszy jest jeszcze nieduży, bywa oczywiście uroczy, zabawny i słodki oraz hmmm... umiarkowanie uległy. Na każde "nie", "nie możesz", "nie dostaniesz", i tak dalej, reaguje krzykiem i płaczem (szczęśliwie - powoli przestaje bić, co za sukces, jak szybko poszło, zajęło to tylko dwa lata! Prawie.) Dziecku trzeba odmawiać, wszyscy to wiedzą. Nie wolno pozwalać na wszystko, nie wolno dawać wszystkiego, ulegać fochom i zachciankom, to oczywiste. Ale za każdym razem (sto razy dziennie) kiedy muszę mu powiedzieć "nie", kulę się wewnetrznie, bo wali krzykiem i protestem jak młotem, na odlew. Nie ustępuję. On też nie ustępuje. Ponawia ataki. Chyba nigdy się nie nudzi ani nie męczy. Ja - owszem. I jedno i drugie. Rozumiem, czemu potrzeba całej wioski, żeby wychować dziecko. Potrzebuję wioski. Gdzie moja wioska? A tak naprawdę to potrzebuję co najmniej trzech, bo każde z moich dzieci jest w stanie sprawnie wykończyć nie tylko wioskę, ale i nieduże miasteczko. Nie mam na to siły, nawet nie mam siły chcieć mieć siłę. Nie tylko nie chcę, ale nawet nie chcę chcieć.
Jestem w defensywie. Uciekać, wyrzucić ze świadomości, unikać. Potrzebuję towarzystwa dorosłych? Chyba nie jakoś rozpaczliwie. Dobrze jest kiedy wszyscy wychodzą rano z domu i wiem, że przez kilka godzin nie będę musiała wchodzić w żadne, absolutnie żadne interakcje. Czasem puka listonosz albo kurier. Kiedy otwieram, patrzą na mnie dziwnie, chyba wyglądam jakbym miała nie po kolei. Może mój przyjemny wyraz twarzy nie jest zbyt przekonujący.
Zdarzyło się, że kurier musiał powtarzać dwa razy to co miał do powiedzenia, bo za pierwszym razem mój wewnętrzny antyludzki filtr nie przepuszczał informacji.
Spokój. Cisza i spokój, skarby cenniejsze od złota.
Na tym chyba poprzestanę, żeby nie zapędzić się za daleko w rozważania o naturze rozmnażania, gatunku przedłużania i socjologicznego uwarunkowania.
I poczucia winy, tego jakże popularnego współczesnego bata na rodziców. Wszechobecny świst owego bata skłania mnie do starannego unikania wszelkich publikacji na tematy rodzicielskie. Już nie jestem w stanie czytać o tym co powinnam i czego się ode mnie oczekuje. Wina, cuchnące opary winy w każdej dziedzinie i na każdy temat, wystarczy pojeździć w necie po stronach o rodzicach. Dowiesz się, że cesarka to nie poród, że prawdziwe matki karmią piersią, że dobra matka wychodzi na spacery, że dobra matka gotuje eko posiłki z eko warzyw i owoców, że dobra matka nie krzyczy, że internet jest szkodliwy, że telewizja ogłupia, że cośtam i cośtam, lista nigdy się nie kończy.
Ostatnio przeczytałam artykuł, w którym autorka z oburzeniem relacjonowała scenę, której była świadkiem: chodziło mniej więcej o to, że dwoje dorosłych zajęło dzieci grami na smartfonach (jakie to straszne) a sami długo rozmawiali, o zgrozo NIE O DZIECIACH. Zjeżyły mi się włosy na głowie. Z czystego przerażenia, że ktoś, ktokolwiek, może oczekiwać ode mnie rozmowy o dzieciach. W dodatku długiej. O, co to, to nie.
;)
Nie wiem jak inni, ja mam aktualnie jeden. Moja tolerancja na hałasy, krzyki, kłótnie, płacze, jęki i protesty jest w tej chwili nawet nie zerowa. Jest wręcz ujemna.
Najmłodszy jest jeszcze nieduży, bywa oczywiście uroczy, zabawny i słodki oraz hmmm... umiarkowanie uległy. Na każde "nie", "nie możesz", "nie dostaniesz", i tak dalej, reaguje krzykiem i płaczem (szczęśliwie - powoli przestaje bić, co za sukces, jak szybko poszło, zajęło to tylko dwa lata! Prawie.) Dziecku trzeba odmawiać, wszyscy to wiedzą. Nie wolno pozwalać na wszystko, nie wolno dawać wszystkiego, ulegać fochom i zachciankom, to oczywiste. Ale za każdym razem (sto razy dziennie) kiedy muszę mu powiedzieć "nie", kulę się wewnetrznie, bo wali krzykiem i protestem jak młotem, na odlew. Nie ustępuję. On też nie ustępuje. Ponawia ataki. Chyba nigdy się nie nudzi ani nie męczy. Ja - owszem. I jedno i drugie. Rozumiem, czemu potrzeba całej wioski, żeby wychować dziecko. Potrzebuję wioski. Gdzie moja wioska? A tak naprawdę to potrzebuję co najmniej trzech, bo każde z moich dzieci jest w stanie sprawnie wykończyć nie tylko wioskę, ale i nieduże miasteczko. Nie mam na to siły, nawet nie mam siły chcieć mieć siłę. Nie tylko nie chcę, ale nawet nie chcę chcieć.
Jestem w defensywie. Uciekać, wyrzucić ze świadomości, unikać. Potrzebuję towarzystwa dorosłych? Chyba nie jakoś rozpaczliwie. Dobrze jest kiedy wszyscy wychodzą rano z domu i wiem, że przez kilka godzin nie będę musiała wchodzić w żadne, absolutnie żadne interakcje. Czasem puka listonosz albo kurier. Kiedy otwieram, patrzą na mnie dziwnie, chyba wyglądam jakbym miała nie po kolei. Może mój przyjemny wyraz twarzy nie jest zbyt przekonujący.
Zdarzyło się, że kurier musiał powtarzać dwa razy to co miał do powiedzenia, bo za pierwszym razem mój wewnętrzny antyludzki filtr nie przepuszczał informacji.
Spokój. Cisza i spokój, skarby cenniejsze od złota.
Na tym chyba poprzestanę, żeby nie zapędzić się za daleko w rozważania o naturze rozmnażania, gatunku przedłużania i socjologicznego uwarunkowania.
I poczucia winy, tego jakże popularnego współczesnego bata na rodziców. Wszechobecny świst owego bata skłania mnie do starannego unikania wszelkich publikacji na tematy rodzicielskie. Już nie jestem w stanie czytać o tym co powinnam i czego się ode mnie oczekuje. Wina, cuchnące opary winy w każdej dziedzinie i na każdy temat, wystarczy pojeździć w necie po stronach o rodzicach. Dowiesz się, że cesarka to nie poród, że prawdziwe matki karmią piersią, że dobra matka wychodzi na spacery, że dobra matka gotuje eko posiłki z eko warzyw i owoców, że dobra matka nie krzyczy, że internet jest szkodliwy, że telewizja ogłupia, że cośtam i cośtam, lista nigdy się nie kończy.
Ostatnio przeczytałam artykuł, w którym autorka z oburzeniem relacjonowała scenę, której była świadkiem: chodziło mniej więcej o to, że dwoje dorosłych zajęło dzieci grami na smartfonach (jakie to straszne) a sami długo rozmawiali, o zgrozo NIE O DZIECIACH. Zjeżyły mi się włosy na głowie. Z czystego przerażenia, że ktoś, ktokolwiek, może oczekiwać ode mnie rozmowy o dzieciach. W dodatku długiej. O, co to, to nie.
;)
wtorek, 7 kwietnia 2015
I po świętach
Ufff, nareszcie. Cisza i spokój, dziecięta w placówkach edukacyjno-wychowawczych a ja dochodzę pomału do siebie.
Od soboty narastało w domu nieokreślone napięcie, podsycane krzykami znudzonych potomków. Nie można było nigdzie z nimi wyjść bo zimno i wszędzie dziki tłum. Nie można było wyjść w niedzielę, bo kichali, zimno oraz wszystko co nas ewentualnie ratuje, było zamknięte. W święta należy iść do kościoła a resztę czasu spędzić za stołem, żując białą kiełbasę i oglądając transmisję z Watykanu, a nie szukać rozrywek na mieście.
Kulminacja nastąpiła w nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy o 1.30 zbudziła mnie zarzygana Średnia, a o 4.30 zarzygana Najstarsza. Najmłodszy nie rzygał bo nie jadł niedzielnego obiadu (coś musiało być nie tak z karkówką). Ale za to ma rzut AZS.
Poniedziałek upłynął pod znakiem wizyty u Babci. Dzieci, stłoczone w jednym, niespecjalnie wielkim, pokoju narobiły takiego zamieszania i hałasu, że Babcia z ulgą wystawiła nas za drzwi po trzech godzinach (nie żebym się czuła urażona, sama nalegałam, żeby wyjść wcześniej bo nie dało się wytrzymać).
Powrót do domu, niespiesznie, 70km/h, żeby przedłużyć ten rozkoszny czas, kiedy potomstwo odpływa w sen na tylnym siedzeniu.
Jakie to szczęście, że święta tego kalibru są tylko dwa razy do roku. Przyprawiają mnie o klaustrofobię.
Od soboty narastało w domu nieokreślone napięcie, podsycane krzykami znudzonych potomków. Nie można było nigdzie z nimi wyjść bo zimno i wszędzie dziki tłum. Nie można było wyjść w niedzielę, bo kichali, zimno oraz wszystko co nas ewentualnie ratuje, było zamknięte. W święta należy iść do kościoła a resztę czasu spędzić za stołem, żując białą kiełbasę i oglądając transmisję z Watykanu, a nie szukać rozrywek na mieście.
Kulminacja nastąpiła w nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy o 1.30 zbudziła mnie zarzygana Średnia, a o 4.30 zarzygana Najstarsza. Najmłodszy nie rzygał bo nie jadł niedzielnego obiadu (coś musiało być nie tak z karkówką). Ale za to ma rzut AZS.
Poniedziałek upłynął pod znakiem wizyty u Babci. Dzieci, stłoczone w jednym, niespecjalnie wielkim, pokoju narobiły takiego zamieszania i hałasu, że Babcia z ulgą wystawiła nas za drzwi po trzech godzinach (nie żebym się czuła urażona, sama nalegałam, żeby wyjść wcześniej bo nie dało się wytrzymać).
Powrót do domu, niespiesznie, 70km/h, żeby przedłużyć ten rozkoszny czas, kiedy potomstwo odpływa w sen na tylnym siedzeniu.
Jakie to szczęście, że święta tego kalibru są tylko dwa razy do roku. Przyprawiają mnie o klaustrofobię.
sobota, 4 kwietnia 2015
środa, 1 kwietnia 2015
Trust no one
Zu: Mamo! Na podłodze w łazience chodzą trzy wszy!
Ja; [apopleksja, zawał, atak paniki, puls 160, ciśnienie 400/200]
Zu: Haha, prima aprilis.
Ja: ...
Z nowości:
Ania straciła kolejny ząb. Wydawało mi się, że to pierwszy, ale ona twierdzi, że nie.
Mateusz stracił swoje bujne loki typu plereza.
Sytuacja na jego głowie zaczynała wymykać się spod kontroli, nie dawało się tego rozczesać ani porządnie umyć (mamo, nieeee, nie ruuusz, boję sięęęę). Zabrałam go więc do fryzjera.
Najpierw piszczał, że się boi, ale potem dzielnie trwał na fotelu i nawet nie miauknął.
Teraz wygląda tak:
\
Moim skromnym zdaniem zdecydowanie korzystniej :)
Ja; [apopleksja, zawał, atak paniki, puls 160, ciśnienie 400/200]
Zu: Haha, prima aprilis.
Ja: ...
Z nowości:
Ania straciła kolejny ząb. Wydawało mi się, że to pierwszy, ale ona twierdzi, że nie.
Mateusz stracił swoje bujne loki typu plereza.
Sytuacja na jego głowie zaczynała wymykać się spod kontroli, nie dawało się tego rozczesać ani porządnie umyć (mamo, nieeee, nie ruuusz, boję sięęęę). Zabrałam go więc do fryzjera.
Najpierw piszczał, że się boi, ale potem dzielnie trwał na fotelu i nawet nie miauknął.
Teraz wygląda tak:
\
Moim skromnym zdaniem zdecydowanie korzystniej :)
sobota, 28 marca 2015
W klimatach medycznych
Czekam na piątą serię "Gry o tron" (Nadal kategorycznie odmawiam używania w kontekście serialu słowa "sezon". Sezon to może być na dynie i pomidory, albo na niedźwiedzie.) W międzyczasie łaknę i pragnę ucieczki ze swojej głowy.
Skonsumowałam więc na HBO zeszłoroczny serial "The Knick". Wessało mnie bez reszty i pokochałam.
Przede wszystkim - przefajna muzyka. Akcja rozgrywa się na początku XX wieku i elektroniczne dźwięki stanowią smakowity kontrast z tym, co na ekranie.
Proszę, tutaj próbka. Jeśli ktoś lubi muzykę elektroniczną tak jak ja, to polecam, niektóre kawałki zrywały mi kapcie z nóg, ale to wiadomo, rzecz gustu.
I jeszcze jeden:
Serial zaczyna się sceną, podczas której prawie zaczęłam krzyczeć pół na pół ze strachu i przejęcia.
Potem jest lepiej i mocniej ;) I bardziej widowiskowo.
Niektóre koncepcje odbierają mowę - pani syfilityczka przygotowywana do rekonstrukcji nosa w sposób który, przepraszam, będę wulgarna, rozjebał mi mózg. (Wkleiłabym zdjęcie, ale nie chcę nikomu zafundować szoku. Można sobie wyguglać w grafice "the knick syphilitic patient" jeśli ktoś pożąda mocnych wrażeń.). Albo eksperymentalna terapia psychiatryczna, która chyba będzie mi się śnić po nocach. Coś wspaniałego.
Nie mogę powiedzieć, żeby "The Knick" był najlepszym projektem wszechczasów, ale to nic nie szkodzi. Podoba mi się bezgranicznie, mimo że widać pewne niedociągnięcia, oczywistą propagandę jedynie słusznego światopoglądu, różne naciągane pomysły. I co z tego... Historia wciąga, wsysa wręcz; medyczne smaczki sprzed stu lat przyprawiają o opad szczęki. Bohaterowie są wyraziści, czasem az do przesady. Bardzo żywi, bardzo z krwi (duużo krwi) i kości (kości też są;).
Przekraczane są granice i oczekiwania. Nie wiem na ile wiernie odzwierciedlona jest mentalność ludzi z tamtego okresu, pewnie niezbyt, ale kurczę, to w końcu nie History Channel.
Czekam na drugą część, podobno ma wyjść w tym roku. Przytupuję nóżką z niecierpliwosci. I słucham muzyki na repeat.
Pozostając w klimatach medycznych - znalazłam nowe hobby, które ma pomóc neutralizować stany lękowe. Kolorowanie. Brzmi idiotycznie, ale, póki co, naprawdę działa. Odmawiam jednakowoż kolorowania książeczek dla dzieci, mam swoje opcje, specjalnie dla dorosłych ;) Okazuje się, że to dość popularne zajęcie w dzisiejszych przesiąkniętych stresem czasach :)
Z poczatku używałam kredek moich dzieci, szczątki których co chwila znajduję wszędzie wokół siebie (kredek szczątki, nie dzieci ;), ale jakoś mi nie pasowały. Zakupiłam więc w sklepie dla plastyków profesjonalne kredki artystyczne, w cenie średnio umiarkowanej. Kiedy postawiłam pierwszą kreskę, pojęłam czemu kosztują dwa do pięciu razy więcej, niż kredki dla bachoresów;)
W sieci jest sporo darmowych obrazków do kolorowania dla dorosłych. Choćby TUTAJ. albo TUTAJ. Lub TUTAJ. Od dzieciowych różnią się tematyką (głównie skomplikowane wzory, mandale, symetryczne obrazki kalejdoskopowe) i ilością detali (im więcej dłubania, tym lepiej).
Wyszło też sporo książek do kolorowania zaprojektowanych specjalnie dla dorosłych, z których najpiękniejsza jest IMO TA, a najzabawniejsza TA.
Także ten...
Ponieważ:
...oraz weekend jest, i wiadomo, stres wrze i bulgocze...
Zanim usiądę do wieczornej roboty, pójdę sobie pokolorować.
Skonsumowałam więc na HBO zeszłoroczny serial "The Knick". Wessało mnie bez reszty i pokochałam.
Przede wszystkim - przefajna muzyka. Akcja rozgrywa się na początku XX wieku i elektroniczne dźwięki stanowią smakowity kontrast z tym, co na ekranie.
Proszę, tutaj próbka. Jeśli ktoś lubi muzykę elektroniczną tak jak ja, to polecam, niektóre kawałki zrywały mi kapcie z nóg, ale to wiadomo, rzecz gustu.
I jeszcze jeden:
Serial zaczyna się sceną, podczas której prawie zaczęłam krzyczeć pół na pół ze strachu i przejęcia.
Potem jest lepiej i mocniej ;) I bardziej widowiskowo.
Niektóre koncepcje odbierają mowę - pani syfilityczka przygotowywana do rekonstrukcji nosa w sposób który, przepraszam, będę wulgarna, rozjebał mi mózg. (Wkleiłabym zdjęcie, ale nie chcę nikomu zafundować szoku. Można sobie wyguglać w grafice "the knick syphilitic patient" jeśli ktoś pożąda mocnych wrażeń.). Albo eksperymentalna terapia psychiatryczna, która chyba będzie mi się śnić po nocach. Coś wspaniałego.
Nie mogę powiedzieć, żeby "The Knick" był najlepszym projektem wszechczasów, ale to nic nie szkodzi. Podoba mi się bezgranicznie, mimo że widać pewne niedociągnięcia, oczywistą propagandę jedynie słusznego światopoglądu, różne naciągane pomysły. I co z tego... Historia wciąga, wsysa wręcz; medyczne smaczki sprzed stu lat przyprawiają o opad szczęki. Bohaterowie są wyraziści, czasem az do przesady. Bardzo żywi, bardzo z krwi (duużo krwi) i kości (kości też są;).
Przekraczane są granice i oczekiwania. Nie wiem na ile wiernie odzwierciedlona jest mentalność ludzi z tamtego okresu, pewnie niezbyt, ale kurczę, to w końcu nie History Channel.
Czekam na drugą część, podobno ma wyjść w tym roku. Przytupuję nóżką z niecierpliwosci. I słucham muzyki na repeat.
Pozostając w klimatach medycznych - znalazłam nowe hobby, które ma pomóc neutralizować stany lękowe. Kolorowanie. Brzmi idiotycznie, ale, póki co, naprawdę działa. Odmawiam jednakowoż kolorowania książeczek dla dzieci, mam swoje opcje, specjalnie dla dorosłych ;) Okazuje się, że to dość popularne zajęcie w dzisiejszych przesiąkniętych stresem czasach :)
Z poczatku używałam kredek moich dzieci, szczątki których co chwila znajduję wszędzie wokół siebie (kredek szczątki, nie dzieci ;), ale jakoś mi nie pasowały. Zakupiłam więc w sklepie dla plastyków profesjonalne kredki artystyczne, w cenie średnio umiarkowanej. Kiedy postawiłam pierwszą kreskę, pojęłam czemu kosztują dwa do pięciu razy więcej, niż kredki dla bachoresów;)
W sieci jest sporo darmowych obrazków do kolorowania dla dorosłych. Choćby TUTAJ. albo TUTAJ. Lub TUTAJ. Od dzieciowych różnią się tematyką (głównie skomplikowane wzory, mandale, symetryczne obrazki kalejdoskopowe) i ilością detali (im więcej dłubania, tym lepiej).
Wyszło też sporo książek do kolorowania zaprojektowanych specjalnie dla dorosłych, z których najpiękniejsza jest IMO TA, a najzabawniejsza TA.
Także ten...
Ponieważ:
...oraz weekend jest, i wiadomo, stres wrze i bulgocze...
Zanim usiądę do wieczornej roboty, pójdę sobie pokolorować.
piątek, 27 marca 2015
Tylko tyle
... mam do powiedzenia.
Uczcijmy minutą ciszy wszystko to, co miałam zrobić "kiedy dzieci pójdą spać". Niestety, nie zanosi się na to, żebym zdołała nawet zacząć.
Frustrację zawsze można zagłuszyć sałatką. Z winogron. W płynie. Sfermentowanych. No dobra, winem. Można zalać winem. Zdrowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









