Matju umiał samodzielnie jeść odkąd był podrośniętym niemowlęciem (w miarę dorastania zmieniał się tylko stosunek jedzenia rozwalonego po okolicy względem jedzenia które faktycznie trafiało do otworu gębowego).
Do przedszkola poszedł w wieku 2,5 roku, całkowicie samoobsługowy spożywczo. I tam właśnie się nauczył, że odmowa zjedzenia obiadu to doskonały sposób na przyciągnięcie uwagi opiekuna...
Niejaka Ciocia E., młoda, prostolinijna istota o dobrym sercu, dała się nabrać na matjowy foch (dziecko me jest uparte i nie ma szczególnego ciśnienia na jedzenie, potrafi z krzykiem i płaczem odmawiać konsumpcji przez kilka dni z rzędu); litosierna ciocia zaczęła go karmić przy obiedzie.
Od tamtej pory Matju obczaił, że tak jest fajnie i wygodnie, więc, mimo że potrafi się posługiwać łyżką, nożem i widelcem, korzysta z każdej okazji, żeby wmanipulować wybraną ofiarę we wkładanie mu paszy do paszczy. Najczęściej w tę pułapkę daje się wmanewrować Ania. Lubi małe dzieci i chętnie udaje "mamusię".
Matju: Już nie mogę jeść!
Ja: Serio? Najadłeś się? Już? Prawie nic nie tknąłeś!
Matju: Najadłem się, brzuszek jest pełny.
Ja: Hmm, to do brzuszka na pewno nie zmieści się ciasto czekoladowe na deser...
Matju [zbystrzał]: Ciastooo?
Ja: Owszem, ale skoro jesteś najedzony...
Matju: Ja zjem! Zjem kotlecik! Zmieści się!
Ja: Brawo!
Matju: Tylko musisz mnie nakarmić jak dzidziusia, bo nie mam siły...
Ja: Ciasto czekoladowe nie jest dla dzidziusiów, tylko dla dużych dzieci, które same jedzą.
Matju: [zamyślenie]
Matju idzie do Ani.
Matju: Ania, chcesz ciasto czekoladowe?
Ania: Ciasto? Tak!
Matju: To musisz mnie nakarmić kotlecikiem.
I pozamiatane.
piątek, 20 listopada 2015
środa, 18 listopada 2015
wtorek, 17 listopada 2015
Raport
Infekcji dzień szósty.
Nadal zamknięci.
W bazie zaczyna brakować jedzenia.
Uzupełnienie zapasów niemożliwe.
Komendant wyjechał.
Morale niskie.
Bunty na porządku dziennym.
;)
Nadal zamknięci.
W bazie zaczyna brakować jedzenia.
Uzupełnienie zapasów niemożliwe.
Komendant wyjechał.
Morale niskie.
Bunty na porządku dziennym.
;)
piątek, 13 listopada 2015
Zrób szczeniaka z ziemniaka
Z cyklu: Mroczne Piękno Znalezione w Sieci.
OTO RADZIECKA KSIAŻKA DLA DZIECI, ilustrowana rysunkami, ewidentnie pokazującymi jak robić zabawki z... ziemniaków i zapałek.
Proszzz, obrazeczek na zachętę:
Prawda, że przepiękne? Mnie się zjeżyły włosy na głowie, szczególnie w kontekście tego, co stało się w kolebce Jedynie Słusznego Ustroju już kilka lat po wydaniu tego arcydzieła.
OTO RADZIECKA KSIAŻKA DLA DZIECI, ilustrowana rysunkami, ewidentnie pokazującymi jak robić zabawki z... ziemniaków i zapałek.
Proszzz, obrazeczek na zachętę:
Prawda, że przepiękne? Mnie się zjeżyły włosy na głowie, szczególnie w kontekście tego, co stało się w kolebce Jedynie Słusznego Ustroju już kilka lat po wydaniu tego arcydzieła.
wtorek, 10 listopada 2015
Macierzyństwo - wyzwanie dla ludzi o mocnych nerwach (i żołądkach)
Pisałam już kiedyś o rotawirusie i wywołanym przezeń megapawiu na podłodze. (Matka sprząta.)
Prawdopodobnie pisałam kiedyś o systematycznie zasikiwanej pościeli ( i nie tylko pościeli). (Matka przebiera i pierze.)
Na pewno pisałam kiedyś o zawartości pieluchy (pozwolę sobie uściślić, że nie chodzi mi o siku) rozsmarowanej na meblach, ścianach i dywanie. (Matka załamuje sie nerwowo, czyści i dezynfekuje wszystko jak leci, puszczając od czasu do czasu dyskretnego pawika do podręcznej miski.)
Dziś miałam okazję rozszerzyć moje macierzyńskie kompetencje.
Otóż Matju panicznie boi się wydmuchiwania nosa. Dopóki był mały, masakrowałam go w razie potrzeby aspiratorem Katarek, podłączanym do odkurzacza (który niezmiennie polecam, znaczy aspirator, nie odkurzacz). Kiedy podrósł, stosowanie przemocy stawało się coraz bardziej utrudnione - spróbujcie utrzymać nieruchomo czterolatka o wzroście 115 i wadze mniej więcej 21 kilo: zapewniam, że to spore wyzwanie.
Po zebraniu kolekcji siniaków w różnych miejscach zdecydowałam, że metody hitlerowskie należy zastąpić stymulacją kory mózgowej, czyli muszę wziąć chusteczkę i przemówić dzieciakowi do rozumu.
Przemawiałam i przemawiałam do zachrypnięcia, całymi tygodniami, bez widocznych efektów. Boi się i już, dmuchał nie bedzie, matka, sp......aj, znaczy yyy... daj sobie spokój. Każdy kolejny katar zbierał coraz gorsze żniwo i trwał coraz dłużej (wiadomo, że zatkany permanentnie nos to istne SPA dla bakterii).
Przy ostatnim katarze, który trwa już od ponad tygodnia, zdarzyło się właśnie dziś, że po nieprzespanej nocy, półprzytomna o piatej rano, kazałam Młodemu dmuchać w chusteczkę, tylko... zapomniałam wziąć chusteczki. Matju zasmarkał mi zielonym glutem palce i był z tego powodu tak szczęśliwy, że niemal fruwał. Od tej pory dmucha tylko mamie w rękę... Bez chusteczki.
A potem ludzie się dziwią, że wino. Przecież na trzeźwo się, kurde, nie da.
Prawdopodobnie pisałam kiedyś o systematycznie zasikiwanej pościeli ( i nie tylko pościeli). (Matka przebiera i pierze.)
Na pewno pisałam kiedyś o zawartości pieluchy (pozwolę sobie uściślić, że nie chodzi mi o siku) rozsmarowanej na meblach, ścianach i dywanie. (Matka załamuje sie nerwowo, czyści i dezynfekuje wszystko jak leci, puszczając od czasu do czasu dyskretnego pawika do podręcznej miski.)
Dziś miałam okazję rozszerzyć moje macierzyńskie kompetencje.
Otóż Matju panicznie boi się wydmuchiwania nosa. Dopóki był mały, masakrowałam go w razie potrzeby aspiratorem Katarek, podłączanym do odkurzacza (który niezmiennie polecam, znaczy aspirator, nie odkurzacz). Kiedy podrósł, stosowanie przemocy stawało się coraz bardziej utrudnione - spróbujcie utrzymać nieruchomo czterolatka o wzroście 115 i wadze mniej więcej 21 kilo: zapewniam, że to spore wyzwanie.
Po zebraniu kolekcji siniaków w różnych miejscach zdecydowałam, że metody hitlerowskie należy zastąpić stymulacją kory mózgowej, czyli muszę wziąć chusteczkę i przemówić dzieciakowi do rozumu.
Przemawiałam i przemawiałam do zachrypnięcia, całymi tygodniami, bez widocznych efektów. Boi się i już, dmuchał nie bedzie, matka, sp......aj, znaczy yyy... daj sobie spokój. Każdy kolejny katar zbierał coraz gorsze żniwo i trwał coraz dłużej (wiadomo, że zatkany permanentnie nos to istne SPA dla bakterii).
Przy ostatnim katarze, który trwa już od ponad tygodnia, zdarzyło się właśnie dziś, że po nieprzespanej nocy, półprzytomna o piatej rano, kazałam Młodemu dmuchać w chusteczkę, tylko... zapomniałam wziąć chusteczki. Matju zasmarkał mi zielonym glutem palce i był z tego powodu tak szczęśliwy, że niemal fruwał. Od tej pory dmucha tylko mamie w rękę... Bez chusteczki.
A potem ludzie się dziwią, że wino. Przecież na trzeźwo się, kurde, nie da.
niedziela, 8 listopada 2015
Poważna decyzja
Chcę obciąć włosy, zapisz mnie do fryzjera! Nie chcę obcinać włosów, chcę mieć kucyk! Mam dość długich włosów, tylko kołtuny się robią! Zapisz mnie do fryzjera! Nie zapisuj mnie do fryzjera! Aua, boliii! Nie mogę się rozczesaaaać!
Po kilku miesiącach mentalnych i werbalnych zmagań z samymi sobą, panienki definitywnie zażądały wizyty u fryzjera. Wcale im się nie dziwię, matka ma dwie lewe ręce do fryzur i jedyne co potrafi to krzywy warkocz ;) Kiedy patrzę na ślicznie uczesane królewny w szkole (francuski warkocz z boku głowy, korona, zygzakowaty przedziałek, kłos, no cuda panie cuda) to sie wstydzę, bo ja tak nie umiem. Więc po co się mają dzieci frustrować. Ciach i już.
Postrzyżyny nastąpiły wczoraj rano. Efekt jest, uważam, miły dla oka:
U Ani na nosie widac jeszcze resztki opuchlizny i blednący siniak, o którym zapewne napiszę w szerszym kontekście, jak tylko opadną mi emocje. Powiem jedynie, że szkoła nie zawsze przyjaznym miejscem jest.
Po kilku miesiącach mentalnych i werbalnych zmagań z samymi sobą, panienki definitywnie zażądały wizyty u fryzjera. Wcale im się nie dziwię, matka ma dwie lewe ręce do fryzur i jedyne co potrafi to krzywy warkocz ;) Kiedy patrzę na ślicznie uczesane królewny w szkole (francuski warkocz z boku głowy, korona, zygzakowaty przedziałek, kłos, no cuda panie cuda) to sie wstydzę, bo ja tak nie umiem. Więc po co się mają dzieci frustrować. Ciach i już.
Postrzyżyny nastąpiły wczoraj rano. Efekt jest, uważam, miły dla oka:
U Ani na nosie widac jeszcze resztki opuchlizny i blednący siniak, o którym zapewne napiszę w szerszym kontekście, jak tylko opadną mi emocje. Powiem jedynie, że szkoła nie zawsze przyjaznym miejscem jest.
sobota, 31 października 2015
Ogród Światła
W zeszłą sobotę udało nam się kolektywnie, całą rodziną, wyjść z domu i pojechać na rozrywki. Nie wiem jak tego dokonaliśmy... Może udało się bo nie myśleliśmy nad tym za dużo. Ot, Mąż wrócił z Niemiec na weekend, ja zasugerowałam wyjście (fejsbuku, dziękuję ci za rozrywkowe podpowiedzi), Mężu się spodobało i nie pozwolił mi się wycofać w ostatniej chwili, kiedy w głowie, jak zwykle, kluły mi się z trzaskiem dziesiątki przeszkód: zimno, ciemno, dzieci będą głodne, będą chciały pić a potem siku i przedtem też siku, będą jęczeć, marudzić, domagać się i ogólnie zamienią miły wypad w masakrę.
Oczywiście mialam rację co do dzieci, ale przyznaję, warto było tam pojechać :)
"Tam" w tym przypadku oznacza Królewski Ogród Światła w Wilanowie.
Było pięknie :) Im ciemniej się robiło, tym bardziej magicznie wyglądał ogród z kolorowych lampek. Nie spodziewałam się efektu WOW, ale właśnie taki efekt był :D
Oczywiście im później, tym większy tłum walił wszystkimi wejściami.
Spacerowaliśmy po labiryncie świateł w najróżniejszych formach i kolorach. Dzieci biegały, oczarowane, wydając dziwne okrzyki. No dobra, przyznaję, ja też biegałam z otwartą buzią i wydawałam okrzyki ;) Bo jak tu się nie zachwycić kwiatkami:
Proszę, jakie piekne dzwonki:
I te cosie, co nie wiem czym są, ale są śliczne:
Zwierzaki też były, między innymi ślimol...
... i osa. A może pszczoła?
I biedra! Biedra wprost zachwycająca.
Do tego stopnia, że trzasnęłam sobie z nia selfika, w chorobliwym odcieniu zieleni. Teraz już wiem jak będe wyglądać jeśli utonę i wyłowią mnie po tygodniu.
Dmuchawce. Od dmuchawców nie mogłam się oderwać, są mistrzowskie.
Lilie wodne pod innym kątem:
I to, nie wiem co to, ale ma ładny kolor i można było wejść do środka (była kolejka).
W jednej części ogrodu co jakiś czas grała muzyka - po kolei "Poranek" Griega z "Peera Gynta", "Walc Kwiatów Czajkowskiego z "Dziadka do orzechów" i walc Chaczaturiana z "Maskarady", a do tego synchronicznie migały światełka. Bardzo przyjemne, mnie i Mężowi chciało się tańczyć, ale było za ciasno i za dużo mieliśmy na sobie warstw odzieży i dzieci (weź mnie na opaaaa, nic nie widzęęęę). Więc tylko się kiwaliśmy.
Dodatkową atrakcją jest mapping, co godzinę wyświetlany na froncie wilanowskiego pałacu.
W zeszłą sobotę była to "Bajka o królewskiej wydrze". Nie wiem, czy mają jakies inne opcje, ale przy tej siedziałam z otwartą paszczą i to dwa razy :D Zmusiłam rodzinę, żebysmy zostali na następny pokaz, bo za pierwszym razem staliśmy za daleko i ludzie mi przeszkadzali w odbiorze. Sio, ludzie.
Za drugim razem klapnełam z dziećmi na mokrą trawę w pierwszym rzędzie i nie dałam się stamtąd ruszyć. Pokaz jest króciutki, ale nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego, więc chłonęłam doznania całą sobą :D To, co mapping robi ze ścianą pałacu, wydawało mi się czarnoksięską sztuką. Dzieci wzdychały i pokrzykiwały, ja też wzdychałam i pokrzykiwałam, ale ciszej ;)
Zmarzliśmy, dzieci chciały siku i były głodne i znowu chciały siku, a do siku były tylko dwa NIEOŚWIETLONE (haha, Ogród Światła, zabawne, nie?) toi-toie w tylnym podwórzu.
Pewnie, dobrze że były, chwała organizatorom! W Polandii toaleta na rozrywkach nie jest oczywistością.... (Swoją drogą smutek i żal. Dla mnie dostępność i stan toalet są miarą cywilizacji. My jeszcze jesteśmy na szarym smętnym końcu. Sorry, dygresja.)
Toi-toie były nieoświetlone, a, przypominam, że to noc ciemna. Wpuśćcie dziecko do przenośnej, mocno już używanej toalety po ciemku - przepis na smrodliwe kłopoty ;) W końcu przyświecałam sobie i dzieciom telefonem, modląc sie, by mi nie wypadł ze zgrabiałych z zimna dłoni prosto do kibla. Ale jakoś udało się przeprowadzić operację "siku" bez strat materialnych.
Poza tą jedną niedogodnością wszystko było bardzo dobre. Kiedy znudziły się nam światełka, a raczej gęstniejące tłumy wokół światełek, Mąż i dzieci zaczęli się z piskiem ganiać po trawie, na wielkim podwórzu (przedpolu? dziedzińcu?) przed pałacem.
A potem do domu, gdzie zmęczone dzieci padły jak podcięte kosą, alleluja alleluja.
Ogólnie - polecam.Tylko weźcie ze sobą latarkę do kibla ;)
Oczywiście mialam rację co do dzieci, ale przyznaję, warto było tam pojechać :)
"Tam" w tym przypadku oznacza Królewski Ogród Światła w Wilanowie.
Było pięknie :) Im ciemniej się robiło, tym bardziej magicznie wyglądał ogród z kolorowych lampek. Nie spodziewałam się efektu WOW, ale właśnie taki efekt był :D
Oczywiście im później, tym większy tłum walił wszystkimi wejściami.
Spacerowaliśmy po labiryncie świateł w najróżniejszych formach i kolorach. Dzieci biegały, oczarowane, wydając dziwne okrzyki. No dobra, przyznaję, ja też biegałam z otwartą buzią i wydawałam okrzyki ;) Bo jak tu się nie zachwycić kwiatkami:
Proszę, jakie piekne dzwonki:
I te cosie, co nie wiem czym są, ale są śliczne:
Zwierzaki też były, między innymi ślimol...
... i osa. A może pszczoła?
I biedra! Biedra wprost zachwycająca.
Do tego stopnia, że trzasnęłam sobie z nia selfika, w chorobliwym odcieniu zieleni. Teraz już wiem jak będe wyglądać jeśli utonę i wyłowią mnie po tygodniu.
Dmuchawce. Od dmuchawców nie mogłam się oderwać, są mistrzowskie.
Lilie wodne pod innym kątem:
I to, nie wiem co to, ale ma ładny kolor i można było wejść do środka (była kolejka).
Konewka zmieniała kolor z żółto-pomarańczowego na fioletowo-różowy, a lampki udające wodę migotały, bardzo realitycznie symulując konewkowy prysznic.
Dodatkową atrakcją jest mapping, co godzinę wyświetlany na froncie wilanowskiego pałacu.
W zeszłą sobotę była to "Bajka o królewskiej wydrze". Nie wiem, czy mają jakies inne opcje, ale przy tej siedziałam z otwartą paszczą i to dwa razy :D Zmusiłam rodzinę, żebysmy zostali na następny pokaz, bo za pierwszym razem staliśmy za daleko i ludzie mi przeszkadzali w odbiorze. Sio, ludzie.
Za drugim razem klapnełam z dziećmi na mokrą trawę w pierwszym rzędzie i nie dałam się stamtąd ruszyć. Pokaz jest króciutki, ale nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego, więc chłonęłam doznania całą sobą :D To, co mapping robi ze ścianą pałacu, wydawało mi się czarnoksięską sztuką. Dzieci wzdychały i pokrzykiwały, ja też wzdychałam i pokrzykiwałam, ale ciszej ;)
Zmarzliśmy, dzieci chciały siku i były głodne i znowu chciały siku, a do siku były tylko dwa NIEOŚWIETLONE (haha, Ogród Światła, zabawne, nie?) toi-toie w tylnym podwórzu.
Pewnie, dobrze że były, chwała organizatorom! W Polandii toaleta na rozrywkach nie jest oczywistością.... (Swoją drogą smutek i żal. Dla mnie dostępność i stan toalet są miarą cywilizacji. My jeszcze jesteśmy na szarym smętnym końcu. Sorry, dygresja.)
Toi-toie były nieoświetlone, a, przypominam, że to noc ciemna. Wpuśćcie dziecko do przenośnej, mocno już używanej toalety po ciemku - przepis na smrodliwe kłopoty ;) W końcu przyświecałam sobie i dzieciom telefonem, modląc sie, by mi nie wypadł ze zgrabiałych z zimna dłoni prosto do kibla. Ale jakoś udało się przeprowadzić operację "siku" bez strat materialnych.
Poza tą jedną niedogodnością wszystko było bardzo dobre. Kiedy znudziły się nam światełka, a raczej gęstniejące tłumy wokół światełek, Mąż i dzieci zaczęli się z piskiem ganiać po trawie, na wielkim podwórzu (przedpolu? dziedzińcu?) przed pałacem.
A potem do domu, gdzie zmęczone dzieci padły jak podcięte kosą, alleluja alleluja.
Ogólnie - polecam.Tylko weźcie ze sobą latarkę do kibla ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















