Ostatnio jest mi coraz gorzej, czuję porażkę i wstyd na różnych tłach. Moje dzieci nie przesypiały nocy w wieku pięciu miesięcy (nawet w wieku dwóch lat im sie rzadko zdarzało), nie jadły grzecznie w odstępach trzygodzinnych, rzadko były rozkosznie pogodne i bezproblemowe, obecnie nie biorą lekcji gry na instrumentach, nie władają biegle dwoma językami, ba, nawet niespecjalnie lubią czytać (ale to przynajmniej umieją). Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Zastanawiam się, co ja właściwie robiłam kiedy byli mniejsi i czemu tak słabo mi poszło, przecież powinnam się bardziej postarać, jestem taka strasznie, boleśnie beznadziejna. Katuję się tymi myślami naokrągło, bez litości, porównuję się z innymi, którzy zawsze, ale to zawsze są mądrzejsi, lepiej wiedzą co robić, radzą sobie lepiej, są kompetentni i choćby nie wiem co mają dobry humor.
I tu muszę pogratulować sobie jednego - pisania tego bloga i szczerości, na którą się przy tym zdobyłam. Właśnie spędziłam czterdzieści minut poczytując dziewczynkom historyjki z czasów ich niemowlęctwa (uwielbiają to).
Trafiłam potem na TĘ RELACJĘ. Pamiętam tamten poranek, jeden z wielu; pamiętam jak przez mgłę, pamiętam ból i gorączkę od mlecznego zastoju w cycku, walkę z wrzaskiem, dzieciecy opór, głód, od którego robiło mi się słabo, wkurzenie i brak nadziei, że kiedykolwiek będzie lepiej. Straszliwe, ołowiane zmęczenie.
I pogłaskałam Tamtą Siebie po głowie, zmordowaną, wściekłą, samotną, chorą, obolałą, patologicznie pozbawioną snu i samą z trojgiem małych dzieci, które były wszak tylko dziećmi, z przytupem i rozmachem, jak to dzieci potrafią. Powiedziałam Tamtej Sobie, to, co szczerze i z serca mówię dzieciatym koleżankom kiedy mi zaimponują: Podziwiam cię. Jesteś super. Dajesz radę.
I do łez wdzięczna jestem wszystkim, którzy zaglądali tu do mnie i nie szczędzili mi słów wsparcia, tym samym pomagając mi przeżyć i nie utonąć w samotności, złości i frustracji.
No właśnie - tym się zajmowałam. Przetrwaniem. Ogarnięciem stada i pchaniem do przodu domowej logistyki. Walką z depresją, która wtedy nabierała rozpędu. Odprowadzaniem, przyprowadzaniem, karmieniem, przewijaniem, usypianiem i dbaniem. Robiłam wszystko tak, jak umiałam najlepiej, tak jak czułam, że powinnam. Nie zawsze wychodziło dobrze. Zawsze się starałam.
Myślę o moich podrośniętych już (na szczęście!) dzieciach, leniwcach o dobrym sercu, bijących się i przytulających na przemian, samodzielnych, odważnych, pyskatych, nieśmiałych, impulsywnych, złośliwych, wielkodusznych, opornych, życzliwych, nierozgarniętych, inteligentnych, cierpliwych, wrednych i kochających... Pełen wachlarz cech, złych i dobrych, bo nikt nie jest doskonały. Ani dzieci, ani my.
Zbyt często zapominamy o przeciwnosciach, które pokonaliśmy, o sytuacjach z którymi sobie poradziliśmy. O tym, że było trudno.
Za mało sobie wybaczamy.
Za dużo energii poswięcamy wydłubywaniu tego co poszło źle, zamiast pielęgnować dumę z tego, co poszło dobrze.
Być może Ktoś na moim miejscu poradzilby sobie lepiej. Ale na moim miejscu nie było Kogoś. Byłam ja. Zrobilam co mogłam. I jest ok.
niedziela, 13 grudnia 2015
sobota, 12 grudnia 2015
Służba nie drużba
Matju kładzie się spać, ale nie bardzo mu się to podoba. Domaga się obsługi.
Mamo, jestem głodny! - mama robi jeść.
Mamo, poczytaj mi! - mama czyta,
Mamo, umyj mi zęby! - mama myje zęby.
Mamo, przykryj! - mama przykrywa.
Mamooooo, pić mi się chce! - mama uważa, że to przesada. - Idź do kuchni i się napij, przecież woda stoi na stole.
Matju: Przynieś mi, nie mogę iść.
Ja: A to czemu?
Matju: Bo mam ślepe nogi. I nie trafię.
Całe to macierzyństwo byłoby przyjemniejsze, gdyby nie trzeba było walczyć o każdą pierdołę. O to, żeby mały księciunio (bądź mała księżniczka) sam się ubrał, sam zjadł, sam poszedł po wodę, sam usiadł na sedesie. Gdyby nie trzeba było rozkminiać przyczyn takiego zachowania, wydłubywać i zaleczać emocjonalnych deficytów, przez które tak bezlitośnie domaga się uwagi. Gdyby nie trzeba było dawać, wciąż dawać i dawać, nawet jak już nie ma z czego, bo została z ciebie pusta skorupka. Gdyby w oczach bardziej ogarniętych rodziców bardziej ogarniętych dzieci nie odbijały się tak wyraźnie twoje niedoróbki. Gdyby w twoich własnych oczach w lustrze nie odbijały się tak wyraźnie twoje niedoróbki.
A na pocieszenie: FAJNE
Mamo, jestem głodny! - mama robi jeść.
Mamo, poczytaj mi! - mama czyta,
Mamo, umyj mi zęby! - mama myje zęby.
Mamo, przykryj! - mama przykrywa.
Mamooooo, pić mi się chce! - mama uważa, że to przesada. - Idź do kuchni i się napij, przecież woda stoi na stole.
Matju: Przynieś mi, nie mogę iść.
Ja: A to czemu?
Matju: Bo mam ślepe nogi. I nie trafię.
Całe to macierzyństwo byłoby przyjemniejsze, gdyby nie trzeba było walczyć o każdą pierdołę. O to, żeby mały księciunio (bądź mała księżniczka) sam się ubrał, sam zjadł, sam poszedł po wodę, sam usiadł na sedesie. Gdyby nie trzeba było rozkminiać przyczyn takiego zachowania, wydłubywać i zaleczać emocjonalnych deficytów, przez które tak bezlitośnie domaga się uwagi. Gdyby nie trzeba było dawać, wciąż dawać i dawać, nawet jak już nie ma z czego, bo została z ciebie pusta skorupka. Gdyby w oczach bardziej ogarniętych rodziców bardziej ogarniętych dzieci nie odbijały się tak wyraźnie twoje niedoróbki. Gdyby w twoich własnych oczach w lustrze nie odbijały się tak wyraźnie twoje niedoróbki.
A na pocieszenie: FAJNE
czwartek, 10 grudnia 2015
poniedziałek, 7 grudnia 2015
W kółko za własnym ogonem
Wydajesz polecenie/wyrażasz prośbę - dzieci olewają - próbujesz jeszcze raz - dzieci olewają - próbujesz ileś tam razy, zależnie od odporności psychicznej i pilności sytuacji - dzieci olewają - wychodzisz z siebie i drzesz się do zachrypnięcia - dzieci reagują - dusisz sie od wyrzutów sumienia (bo jesteś złą matką, nie tylko wrzeszczysz, ale nie pieczesz pierniczków i za rzadko sprzątasz a książeczki dla dzieci strasznie cię nudzą) - ze wszystkich sił starasz sie być lepsza - chcesz wynagrodzić - robisz się zbyt pobłażliwa - dzieci uczą się, że mogą mieć wszystko gdzieś - wydajesz polecenie....
wtorek, 1 grudnia 2015
Rota króluje i włada
Wczoraj wirus sponiewierał mnie z dwóch stron oraz przywalił gorączką i łamaniem w kościach.
Dziś lepiej. Znaczy ja lepiej. Rodzina gorzej. Mąż działa tak na 50%, Matju nie zdążył do toalety, a Zu zarzygała zlew w kuchni, z którego dosłownie w tej chwili mój Małżonek (cześć mu i chwała) wyciąga ręcznie niestrawione kawałki kolacji. Bo jak ja próbowałam, to było poważne ryzyko, że dołożę niestrawione resztki mojej własnej kolacji ;)
Innymi słowy - jest zabawnie i rozrywkowo ;)
Tak, to jest to, czego mi dziś trzeba na poprawe humoru:
Dziś lepiej. Znaczy ja lepiej. Rodzina gorzej. Mąż działa tak na 50%, Matju nie zdążył do toalety, a Zu zarzygała zlew w kuchni, z którego dosłownie w tej chwili mój Małżonek (cześć mu i chwała) wyciąga ręcznie niestrawione kawałki kolacji. Bo jak ja próbowałam, to było poważne ryzyko, że dołożę niestrawione resztki mojej własnej kolacji ;)
Innymi słowy - jest zabawnie i rozrywkowo ;)
Tak, to jest to, czego mi dziś trzeba na poprawe humoru:
poniedziałek, 30 listopada 2015
Wielki powrót rota
Ania przywlokła rota ze szkoły. Ona odchorowała w sobotę. Wirus najwyraźniej potrzebuje około dnia-półtora na rozruch, bo ja zachorowałam dziś w nocy.
Leżałam sobie, trzepały mną mdłości i ból brzucha, nie spałam i myślalam...
O tym jak cudownie jest nie musieć wstawać w nocy i - chora czy zdrowa - zasuwać jak niewolnik. Jak błoga jest cisza, która potrwa do 5.30 rano.
O tym, że w ciągu dnia wszyscy pójdą sobie do przedszkola/szkoły/pracy a ja będę mogła zostać sama. W ciszy i spokoju położyć się do łóżka i spać, albo nie robić nic, tylko skupić się na chorowaniu. Praca chwilowo leży.
Gdyby nie dzisiejsza wizyta księdza po kolędzie, przed którą musze chociaż jeden pokój posprzątać, czułabym się głęboko zadowolona z życia, mimo żołądkowych przykrości. Macierzyństwo zmienia perspektywę, jak koza w starym, żydowskim dowcipie.
[edit] godzina 18.22. Laba się skończyła - dzieci są chore :D Dajcie mi łuk, ja się zastrzelę :D
Leżałam sobie, trzepały mną mdłości i ból brzucha, nie spałam i myślalam...
O tym jak cudownie jest nie musieć wstawać w nocy i - chora czy zdrowa - zasuwać jak niewolnik. Jak błoga jest cisza, która potrwa do 5.30 rano.
O tym, że w ciągu dnia wszyscy pójdą sobie do przedszkola/szkoły/pracy a ja będę mogła zostać sama. W ciszy i spokoju położyć się do łóżka i spać, albo nie robić nic, tylko skupić się na chorowaniu. Praca chwilowo leży.
Gdyby nie dzisiejsza wizyta księdza po kolędzie, przed którą musze chociaż jeden pokój posprzątać, czułabym się głęboko zadowolona z życia, mimo żołądkowych przykrości. Macierzyństwo zmienia perspektywę, jak koza w starym, żydowskim dowcipie.
[edit] godzina 18.22. Laba się skończyła - dzieci są chore :D Dajcie mi łuk, ja się zastrzelę :D
niedziela, 29 listopada 2015
Zabawa
Należę do tych strasznych rodziców, którzy nie bawią się z dziećmi. Kiedy czytam artykuły o tym, jak cudownie jest "odnaleźć w sobie dziecko" i zająć się beztroską zabawą, zazwyczaj zastanawiam sie czy autor brał jakieś prochy i czy ja też mogłabym trochę dostać. Moje mało udane dzieciństwo zakończyło się dawno temu i wolałabym do niego nie wracać, dziekuję bardzo. Jest tyle dorosłych fascynujących rzeczy, które sprawiają mi frajdę, że nie czuję potrzeby regresji do poziomu lalek i piaskownicy. Próbowałam, ale zasypiam z nudów.
Dzieci mają się bawić z dziećmi, dorośli są dorośli i (jeśli nie chcemy - a JA nie chcę) nie mieszajmy tych dwóch spraw.
Chyba, że...
No właśnie, dziś wyjątkowo dorosłam do mainstreamowych standardów rodzicielskich. Bawiłam się z dzieckiem przez CAŁE 40 MINUT.
Matju zaproponował zabawę w Chorą Księżniczkę. On był rycerzem Ninja, broniącym Księżniczki a ja byłam Chorą Księżniczką. Moja rola polegała na leżeniu w łóżku z zamkniętymi oczami.
Mogłabym się w to bawić codziennie.
Dzieci mają się bawić z dziećmi, dorośli są dorośli i (jeśli nie chcemy - a JA nie chcę) nie mieszajmy tych dwóch spraw.
Chyba, że...
No właśnie, dziś wyjątkowo dorosłam do mainstreamowych standardów rodzicielskich. Bawiłam się z dzieckiem przez CAŁE 40 MINUT.
Matju zaproponował zabawę w Chorą Księżniczkę. On był rycerzem Ninja, broniącym Księżniczki a ja byłam Chorą Księżniczką. Moja rola polegała na leżeniu w łóżku z zamkniętymi oczami.
Mogłabym się w to bawić codziennie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






