sobota, 22 lutego 2014
czwartek, 20 lutego 2014
Ferie
Otóż ferie są.
Babcia (moja mama) okazała chrześcijańskie miłosierdzie i wzięła do siebie dziewczynki na kilka dni. Dziś zostały odwiezione. Tak oto stałam się Matką Jednego Dziecka i czuję się jak na wakacjach...
Ten miły okres rozpoczęłam wizytą w kinie i obejrzeniem nowego Robocopa (film tak mnie zachwycił, że pare razy mało się nie udusiłam, wstrzymując oddech).
Zamierzam odpocząć. Chyba, że los plunie mi w twarz wirusem i Młody zachoruje.
Boże, uchowaj.
Babcia (moja mama) okazała chrześcijańskie miłosierdzie i wzięła do siebie dziewczynki na kilka dni. Dziś zostały odwiezione. Tak oto stałam się Matką Jednego Dziecka i czuję się jak na wakacjach...
Ten miły okres rozpoczęłam wizytą w kinie i obejrzeniem nowego Robocopa (film tak mnie zachwycił, że pare razy mało się nie udusiłam, wstrzymując oddech).
Zamierzam odpocząć. Chyba, że los plunie mi w twarz wirusem i Młody zachoruje.
Boże, uchowaj.
Małe duże
W szkole ferie. Na szczęście w przedszkolu nie.
Ania i Matju zostali brutalnie wyrwani z ciepłego domostwa, wyszarpano z ich małych rączek akcesoria niezbędne do przeżycia, jak tablet i smartfon z grami, bezlitośnie ubrano, wyprowadzono i pozostawiono w placówce edukacyjno-wychowawczej, za co niech Bogu będą dzięki, amen alleluja.
Zażywam, w związku z tym, przyjemności przebywania z ośmiolatką, sztuk jeden. Nastawiłam się na błogość, ciszę i spokój i faktycznie, przez pierwsze dwie godziny trwała sielanka. Potem zadzwonił telefon...
- Cześć, tu mama Ł, nie bylo go w szkole w piątek i nauczycielka powiedziała, że przekaże mu pracę domową przez Zuzę. Czy Zu ma coś dla niego?
Patrzę na swoje dziecko. Dziecko odpowiada mi spojrzeniem doskonale wypranym z emocji i myśli.
Pytam:
- Córciu, masz cos do przekazania dla Ł?
Dziecko, nie zmieniając wyrazu twarzy, po dłuższym namyśle odpowiada:
- Nie wiem.
WTF? Co to za odpowiedź? Nie ustępuję.
- Pytałam, czy macie jakąś pracę domową. To jak, macie czy nie?
- Nie mamy.
Odpowiadam do telefonu, że nie, nie mamy nic do przekazania. Odkładam słuchawkę.
Coś mnie tknęło, żeby jednak temat pociągnąć dalej.
- Zuza, czy pani dała ci jakieś kartki dla Ł? Coś do zrobienia?
Wysiłek umysłowy, malujący sie na twarzy mojego dziecka, mógłby przyprawić samego Einsteina o rumieniec wstydu.
- Tak. - odpowiada po chwili. - Mam.
Z miejsca trafia mnie siarczysty szlag. Dzwonię do mamy Ł, i mówię, że jednak owszem tak, mamy coś dla niej. Podrzucę jej to do domu przed południem.
Odkładam słuchawkę. Stoję nad Zuzą, grzebiącą niemrawo w plecaku.
- Gdzie masz te kartki? Daj, to im zaniosę.
- Nie wiem.
Szlag trafia mnie coraz większy.
- Jak to nie wiesz? Szukaj!
Zu wywala z plecaka pięć kilo śmieci: opakowania po cukierkach, resztki wycinanek, zgruchmanione kartki z rozwiązanymi zadaniami, połamane kredki, klej bez zakrętki...
Zaczyna mi drgać prawa ręka.
Kartek nie ma.
Nie ma i już.
Zu, czując niejasno, że chyba coś skrewiła i że matce rośnie ciśnienie, zaczyna tłumaczyć, że na pewno włożyła je do ksiązki, a książki pani im zabrała, żeby zostały w szkole a tak w ogóle to ona nic nie wie i o co chodzi...
W mojej głowie bezpiecznik robi cichutkie "pyk!".
Zachowując kamienną twarz i promieniując wściekłością, wysypuję wszystkie śmieci na biurko, każę powyrzucać to, co zbędne. Wyglądam tak, że moje polecenia są wykonywane dokładnie, natychmiast i bez śladu oporu.
W teczce, przeznaczonej do przechowywania luźnych kartek z ćwiczeniami, znajduję jakieś 20 rysunków kucyków Pony, kolekcję opakowań po batonikach i resztki kanapki sprzed 3 tygodni.
W stercie śmieci na biurku dostrzegam zadrukowaną kartkę. Wyciągam.
- Co to jest?
Dziecko oznajmia, z wyraźną ulgą, że to jest właśnie ta praca domowa dla kolegi.
Kartek jest trzy.
- No dobrze, to jest to, co dostałaś dla kolegi a ty też masz zrobić to samo?
- No, tak!
- To gdzie TWOJE kartki?
- Nie wiem...
W tym momencie uznałam, że jeśli się nie oddalę, to nie wiem czy nie popełnię czynów karalnych. Ubrałam się i wyszłam na poszukiwanie punktu ksero.
Podobną akcję z pracą domową mamy przynajmniej raz w tygodniu. Dziecko zapytane czy ma coś do zrobienia odpowiada, że nie ma, albo że nie wie. Potem okazuje się, że jednak owszem, ma. I dostaje minusa za nieprzygotowanie.
Nie wie, jaką lekturę ma przeczytać.
Nie lubi czytać i zasypia nad książką po jednej stronie.
Nie wie, co ma przynieść na lekcje.
Nie wie, kiedy będzie sprawdzian.
Nie wie, gdzie się podziały kartki z pracą domową.
Ale doskonale wie o której godzinie i którego dnia jest w tv bajka, którą chce obejrzeć. Nie ma problemu z zapamiętaniem piosenek z reklam zabawek. Bez trudu wymienia z pamięci imiona wszystkich znanych sobie wróżek, księżniczek, tęczowych kucyków i innych stworów. Nie omieszka mi przypomnieć, że trzy dni temu obiecałam, że dziś na podwieczorek będzie budyń.
Taki paradoks.
Ania i Matju zostali brutalnie wyrwani z ciepłego domostwa, wyszarpano z ich małych rączek akcesoria niezbędne do przeżycia, jak tablet i smartfon z grami, bezlitośnie ubrano, wyprowadzono i pozostawiono w placówce edukacyjno-wychowawczej, za co niech Bogu będą dzięki, amen alleluja.
Zażywam, w związku z tym, przyjemności przebywania z ośmiolatką, sztuk jeden. Nastawiłam się na błogość, ciszę i spokój i faktycznie, przez pierwsze dwie godziny trwała sielanka. Potem zadzwonił telefon...
- Cześć, tu mama Ł, nie bylo go w szkole w piątek i nauczycielka powiedziała, że przekaże mu pracę domową przez Zuzę. Czy Zu ma coś dla niego?
Patrzę na swoje dziecko. Dziecko odpowiada mi spojrzeniem doskonale wypranym z emocji i myśli.
Pytam:
- Córciu, masz cos do przekazania dla Ł?
Dziecko, nie zmieniając wyrazu twarzy, po dłuższym namyśle odpowiada:
- Nie wiem.
WTF? Co to za odpowiedź? Nie ustępuję.
- Pytałam, czy macie jakąś pracę domową. To jak, macie czy nie?
- Nie mamy.
Odpowiadam do telefonu, że nie, nie mamy nic do przekazania. Odkładam słuchawkę.
Coś mnie tknęło, żeby jednak temat pociągnąć dalej.
- Zuza, czy pani dała ci jakieś kartki dla Ł? Coś do zrobienia?
Wysiłek umysłowy, malujący sie na twarzy mojego dziecka, mógłby przyprawić samego Einsteina o rumieniec wstydu.
- Tak. - odpowiada po chwili. - Mam.
Z miejsca trafia mnie siarczysty szlag. Dzwonię do mamy Ł, i mówię, że jednak owszem tak, mamy coś dla niej. Podrzucę jej to do domu przed południem.
Odkładam słuchawkę. Stoję nad Zuzą, grzebiącą niemrawo w plecaku.
- Gdzie masz te kartki? Daj, to im zaniosę.
- Nie wiem.
Szlag trafia mnie coraz większy.
- Jak to nie wiesz? Szukaj!
Zu wywala z plecaka pięć kilo śmieci: opakowania po cukierkach, resztki wycinanek, zgruchmanione kartki z rozwiązanymi zadaniami, połamane kredki, klej bez zakrętki...
Zaczyna mi drgać prawa ręka.
Kartek nie ma.
Nie ma i już.
Zu, czując niejasno, że chyba coś skrewiła i że matce rośnie ciśnienie, zaczyna tłumaczyć, że na pewno włożyła je do ksiązki, a książki pani im zabrała, żeby zostały w szkole a tak w ogóle to ona nic nie wie i o co chodzi...
W mojej głowie bezpiecznik robi cichutkie "pyk!".
Zachowując kamienną twarz i promieniując wściekłością, wysypuję wszystkie śmieci na biurko, każę powyrzucać to, co zbędne. Wyglądam tak, że moje polecenia są wykonywane dokładnie, natychmiast i bez śladu oporu.
W teczce, przeznaczonej do przechowywania luźnych kartek z ćwiczeniami, znajduję jakieś 20 rysunków kucyków Pony, kolekcję opakowań po batonikach i resztki kanapki sprzed 3 tygodni.
W stercie śmieci na biurku dostrzegam zadrukowaną kartkę. Wyciągam.
- Co to jest?
Dziecko oznajmia, z wyraźną ulgą, że to jest właśnie ta praca domowa dla kolegi.
Kartek jest trzy.
- No dobrze, to jest to, co dostałaś dla kolegi a ty też masz zrobić to samo?
- No, tak!
- To gdzie TWOJE kartki?
- Nie wiem...
W tym momencie uznałam, że jeśli się nie oddalę, to nie wiem czy nie popełnię czynów karalnych. Ubrałam się i wyszłam na poszukiwanie punktu ksero.
Podobną akcję z pracą domową mamy przynajmniej raz w tygodniu. Dziecko zapytane czy ma coś do zrobienia odpowiada, że nie ma, albo że nie wie. Potem okazuje się, że jednak owszem, ma. I dostaje minusa za nieprzygotowanie.
Nie wie, jaką lekturę ma przeczytać.
Nie lubi czytać i zasypia nad książką po jednej stronie.
Nie wie, co ma przynieść na lekcje.
Nie wie, kiedy będzie sprawdzian.
Nie wie, gdzie się podziały kartki z pracą domową.
Ale doskonale wie o której godzinie i którego dnia jest w tv bajka, którą chce obejrzeć. Nie ma problemu z zapamiętaniem piosenek z reklam zabawek. Bez trudu wymienia z pamięci imiona wszystkich znanych sobie wróżek, księżniczek, tęczowych kucyków i innych stworów. Nie omieszka mi przypomnieć, że trzy dni temu obiecałam, że dziś na podwieczorek będzie budyń.
Taki paradoks.
środa, 19 lutego 2014
Autogłask
Czytam, jak sobie radzić, kiedy w głowie się przestawia.
I trafiłam na coś, co mną wstrząsnęło. Taka nieoczywista oczywistość:
"Ask yourself if you’d say what you’re thinking about yourself to someone else." Zadaj sobie pytanie, czy to, co właśnie myślisz o sobie, powiedziałbyś komuś innemu.
Otóż ni cholery. Nikomu nie nawrzucałabym tak bezlitośnie, jak wrzucam samej sobie. I założę się, że nie tylko ja tak mam.
Teoretycznie to proste - być dla siebie dobrym. Ale w praktyce jest jakby trudniej. Martin Seligman, którego bardzo poważam, twierdzi, że nasze mózgi zaprogramowane są na myślenie negatywne. Gdyby było inaczej, rodzaj ludzki by nie przetrwał - pławiąc się w samozadowoleniu, nasi przodkowie nie byliby w stanie przewidywać niebezpieczeństw i adaptować się do zmiennych warunków.
Czasem jednak, kiedy taki zbłąkany mózg jak mój trafia do Strefy Mroku, negatywne myślenie staje się jedynym dostępnym GPSem, który szybko i pewnie prowadzi mnie prosto w bagno. Poganiając kopniakami.
Co robić, co robić?
Najpierw stop i krok w tył. Tutaj pomaga inny pan, którego również bardzo poważam - Jon Kabat-Zinn i jego mindfulness (za zbója nie wiem jak to się nazywa po naszemu i czy jakoś w ogóle. /edit: już wiem, nazywa się to "uważność"/). W skrócie chodzi o to, żeby nie myśleć, tylko BYĆ, w kontakcie ze sobą i otoczeniem. Niełatwe i nie zawsze się udaje, ale kiedy się uda, spokój ducha jest jak zastrzyk z morfiny.
Nastepnie - metamyślenie :) Bierzemy z mentalnej półeczki te wszystkie jadowite produkty umysłu i, trzymając w dwóch palcach, krytycznie oglądamy. Ma to jakąś wartość, czy nie ma? Zazwyczaj wychodzi na to, że nie ma. I sama przed sobą muszę przyznać, że fakt, iż
- nie umiem grać w koszykówkę ani jeździć na rolkach (i snowboardzie, bardzo bym chciała umieć jeździć na snowboardzie),
- nie jestem CEO międzynarodowej firmy,
- i że za nic w świecie nie odezwę się przed grupą większą niż trzy osoby,
- itd.
NIE OZNACZA, że jestem beznadziejna oraz należy mnie natychmiast eliminować z genetycznej puli ludzkości.
Na co zresztą już za późno, bo zdażyłam się rozmnożyć. Ludzkość ma przerąbane.
I trafiłam na coś, co mną wstrząsnęło. Taka nieoczywista oczywistość:
"Ask yourself if you’d say what you’re thinking about yourself to someone else." Zadaj sobie pytanie, czy to, co właśnie myślisz o sobie, powiedziałbyś komuś innemu.
Otóż ni cholery. Nikomu nie nawrzucałabym tak bezlitośnie, jak wrzucam samej sobie. I założę się, że nie tylko ja tak mam.
Teoretycznie to proste - być dla siebie dobrym. Ale w praktyce jest jakby trudniej. Martin Seligman, którego bardzo poważam, twierdzi, że nasze mózgi zaprogramowane są na myślenie negatywne. Gdyby było inaczej, rodzaj ludzki by nie przetrwał - pławiąc się w samozadowoleniu, nasi przodkowie nie byliby w stanie przewidywać niebezpieczeństw i adaptować się do zmiennych warunków.
Czasem jednak, kiedy taki zbłąkany mózg jak mój trafia do Strefy Mroku, negatywne myślenie staje się jedynym dostępnym GPSem, który szybko i pewnie prowadzi mnie prosto w bagno. Poganiając kopniakami.
Co robić, co robić?
Najpierw stop i krok w tył. Tutaj pomaga inny pan, którego również bardzo poważam - Jon Kabat-Zinn i jego mindfulness (za zbója nie wiem jak to się nazywa po naszemu i czy jakoś w ogóle. /edit: już wiem, nazywa się to "uważność"/). W skrócie chodzi o to, żeby nie myśleć, tylko BYĆ, w kontakcie ze sobą i otoczeniem. Niełatwe i nie zawsze się udaje, ale kiedy się uda, spokój ducha jest jak zastrzyk z morfiny.
Nastepnie - metamyślenie :) Bierzemy z mentalnej półeczki te wszystkie jadowite produkty umysłu i, trzymając w dwóch palcach, krytycznie oglądamy. Ma to jakąś wartość, czy nie ma? Zazwyczaj wychodzi na to, że nie ma. I sama przed sobą muszę przyznać, że fakt, iż
- nie umiem grać w koszykówkę ani jeździć na rolkach (i snowboardzie, bardzo bym chciała umieć jeździć na snowboardzie),
- nie jestem CEO międzynarodowej firmy,
- i że za nic w świecie nie odezwę się przed grupą większą niż trzy osoby,
- itd.
NIE OZNACZA, że jestem beznadziejna oraz należy mnie natychmiast eliminować z genetycznej puli ludzkości.
Na co zresztą już za późno, bo zdażyłam się rozmnożyć. Ludzkość ma przerąbane.
wtorek, 18 lutego 2014
The art of war
Obudź się bladym świtem. W ataku paniki. Albo zostań obudzona, małymi łapkami wywleczona za włosy z ciepłego snu. Mama, śtań!
Mrużysz poobijane światłem oczy. Czekasz na dyspozycje z twojego własnego, ruchliwego i głośnego, miniaturowego centrum dowodzenia. Powietrze stawia opór, każdy ruch to wysiłek jak wyciskanie setki na siłowni. Mokra twarz. Opuszczasz głowę, żeby nikt nie zauważył. Może z zewnątrz wyglądasz na złą albo niezadowoloną, ale naprawdę jesteś tylko skupiona. Nalanie wody do różowego kubeczka (Młode koniecznie chce różowy) niemal przerasta twoje zdolności manualne. Dzbanek z wodą waży tonę.
Tak bardzo, tak strasznie nie masz siły. Wleczesz się do przedszkola noga za nogą, na szczebiot dziecka odpowiadając monosylabami. Ale starasz się, uczciwie się starasz okazać jak najwięcej zainteresowania, żeby Małe nie pomyślało, że mama go nie kocha.
Całą energię, której nie wyssała z ciebie choroba, poświęcasz na prostą codzienność. Na zmuszenie się, żeby wysłuchać długiego monologu o koleżance ze świetlicy. Na przytulenie, kiedy ktoś ucierpi. Na gotowanie obiadu. Odrabianie lekcji. Opanowanie nerwów, kiedy już nie możesz dlużej znosić ciągłego hałasu.
Na utrzymanie pozorów normalności.
Kolejny dzień minął, kolejna bitwa. Najbardziej boli (i odbiera resztki odwagi) konfrontacja z oczywistą prawdą... Że ten heroiczny wysiłek, który wyczerpał cię do dna i pozostawił pustą, wymęczoną skorupę, nie ma najmniejszego znaczenia i przeszedł przez nikogo nie zauważony.
A jutro wszystko zacznie się od początku.
Mrużysz poobijane światłem oczy. Czekasz na dyspozycje z twojego własnego, ruchliwego i głośnego, miniaturowego centrum dowodzenia. Powietrze stawia opór, każdy ruch to wysiłek jak wyciskanie setki na siłowni. Mokra twarz. Opuszczasz głowę, żeby nikt nie zauważył. Może z zewnątrz wyglądasz na złą albo niezadowoloną, ale naprawdę jesteś tylko skupiona. Nalanie wody do różowego kubeczka (Młode koniecznie chce różowy) niemal przerasta twoje zdolności manualne. Dzbanek z wodą waży tonę.
Tak bardzo, tak strasznie nie masz siły. Wleczesz się do przedszkola noga za nogą, na szczebiot dziecka odpowiadając monosylabami. Ale starasz się, uczciwie się starasz okazać jak najwięcej zainteresowania, żeby Małe nie pomyślało, że mama go nie kocha.
Całą energię, której nie wyssała z ciebie choroba, poświęcasz na prostą codzienność. Na zmuszenie się, żeby wysłuchać długiego monologu o koleżance ze świetlicy. Na przytulenie, kiedy ktoś ucierpi. Na gotowanie obiadu. Odrabianie lekcji. Opanowanie nerwów, kiedy już nie możesz dlużej znosić ciągłego hałasu.
Na utrzymanie pozorów normalności.
Kolejny dzień minął, kolejna bitwa. Najbardziej boli (i odbiera resztki odwagi) konfrontacja z oczywistą prawdą... Że ten heroiczny wysiłek, który wyczerpał cię do dna i pozostawił pustą, wymęczoną skorupę, nie ma najmniejszego znaczenia i przeszedł przez nikogo nie zauważony.
A jutro wszystko zacznie się od początku.
Dylemat
No właśnie... Co by tu... Może jakiś serial. Najlepiej komedia, im durniejsza tym lepsza. Lepka podłoga może poczekać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





