niedziela, 28 listopada 2010
wtorek, 23 listopada 2010
Wędrówki lud(zi)ów i ludzików.
Powracam oto na łono blogosfery, mając nadzieję na powrót pisarskiej weny, mimo niesprzyjających okoliczności.
Noc z soboty na niedzielę była zaiste niezwykła. Tak niezwykła, że czuję wewnętrzną potrzebę opisania jej sobie ku pamięci.
Otóż, sąsiedzi mieszkający nad nami urządzili imprezę. A w zasadzie IMPREZĘ. Zastartowali około dziewiątej wieczorem i z minuty na minutę robiło się coraz głośniej. Nie zmrużyłam oka, zestresowana hałasem i świadomością, że w niedzielny poranek muszę wstać o szóstej i udać się na lekcję jazdy, pierwszą po czterotygodniowej przerwie. Im bardziej chciałam zasnąć (prowadzenie samochodu wymaga przecież chociaż minimum przytomności, przynajmniej u początkujących) tym bardziej sen mnie lekceważył. O północy, kiedy piekły mnie oczy ze zmęczenia a głowa na poduszce podskakiwała do rytmu superhitu "Words don't come easy" przelała się czara goryczy. Zwlokłam się z łóżka jak zombie, złapałam telefon i od zaprzyjaźnionej sąsiadki zza ściany zażądałam podania numeru do ochrony osiedla. Wybranie numeru do ochrony zajęło mi prawie 10 minut, bo z furii trzęsły mi się ręce do tego stopnia, że wypadł mi telefon.
Ochrona stanęła na wysokości zadania, rytmiczny łomot nieco ścichł, takoż tupanie i śpiewy chóralne. Zaczęłam zapadać w nerwowy sen. Ten moment wybrała sobie moja młodsza córka - przybłąkała się do naszego łóżka i zażądała picia. Byłam bliska apopleksji, ale powściągnęłam nerwa, napoiłam, zasnęła. Godzina pierwsza z minutami. Na górze nadal trwa impreza, w średnim natężeniu. Zaczęłam zapadać w nerwowy sen, stres związany z koniecznością zaśnięcia (ta jazda, ratunku) osiągnął apogeum. Odpłynęłam... W tym momencie Ania zaczęła chrapać (katar), a małżonek... cmokać przez sen. Ożeszkuuuuu....
Uciekłam do łóżka Ani, kołdra za krótka ale nieważne, dam radę. W końcu, nad ranem, kulając się między pluszowym Elmem, gadającym Tubisiem i dwiema szmaciankami, zmęczona stresem przedjazdowym, zasnęłam.
Po bliżej nieokreślonym czasie usłyszałam na pół śpiąc, jakieś kroki i pstryknięcie kontaktu. Jednakowoż, jako że nikt mnie nie wołał, nikt się niczego ode mnie nie domagał, odpuściłam sobie sprawdzanie co się dzieje, usunęłam sobie spod tyłka zapomniany klocek i zasnęłam znowu.
Obudził mnie rankiem mój mąż, z wielce zdziwioną miną i pytaniem "a co ty tu robisz?". Odparłam, że próbuję spać, bo Anka wypłoszyła mnie z naszego łóżka. Na to małżonek jeszcze bardziej zdziwiony odrzekł, że jak to... przecież Ania śpi na dywanie w dużym pokoju. Przy włączonym świetle na dodatek.
"Empatycznym inaczej" sąsiadom z góry serdecznie życzę ciężkich ataków bezsenności.
sobota, 9 października 2010
Zuzia powiedziała...
Zuzia: Mamusiu, a w przedszkolu mamy nową panią od kolektywy!
Ja: ????od czego???? (myślę intensywnie o co chodzi - na tacę zbierają czy czyny kolektywne ćwiczą czy co...)
Zuzia: No od kolektywy, mówię przecież, słuchaj mnie...
Ja: ???
Zuzia: ... i ona bawi się z nami w żabki i skakanie...
I wszystko jasne. Grupa Zuzi ma nową panią od KOREKTYWY* :)
*(dla niewtajemniczonych - ćwiczenia korekcyjne na wady postawy itp.)
piątek, 1 października 2010
Pavus nocturnus
... czyli lęki nocne. Obawiam się, że dziś mieliśmy wątpliwą przyjemność bliższego zapoznania się z tym zjawiskiem. Ania zaczęła popłakiwać w środku nocy. Zwlokłam się z łóżka i poszłam ją uspokoić. W ciągu pięciu sekund lekkie popłakiwanie zmieniło się w przeraźliwy, żałosny krzyk. Miała otwarte oczy, wołała jakieś słowa bez sensu, nie pozwalała się przytulić, rzucała się spazmatycznie, nie dawała się uspokoić. W końcu wstała z łóżka, poszła do kuchni i w tym momencie chyba zaczęła odzyskiwać świadomość, uspokoiła się trochę, usiadła na swoim krzesełku i zażądała kaszy :) Po wysłuchaniu tłumaczenia, że kasza śpi, albowiem mamy środek nocy, moje słodkie dzieciątko pozwoliło się wziąć na ręce i zanieść do łóżka. W momencie przyłożenia głowy do poduszki spała już głęboko.
Odetchnęłam. Cicho zamknęłam drzwi, opanowałam drżenie kończyn i skierowałam się do łóżka. Nagle szczęknęła klamka... Jakżeby inaczej - Zuzia się obudziła. Hurra.
Po krótkich przepychankach: "mamo, obudziłam się, mamo nie mogę zasnąć, mamo, popilnuj mnieeeee" i kulaniu się po Zuziowym łóżku, chciałam machnąć na wszystko ręką i pójść sobie, ale Zuza wpadła w szloch. W końcu wydusiła z siebie: "czy mogę iść do waszego łóżka?". Ach oczywiście córko, możesz. Resztę nocy spędziłam splackowana między małżonkiem a córą, zmarznięta (Zuzia ściągnęła ze mnie kołdrę) i obolała.
Dziś Ania jest tragicznie niewyspana, bo, mimo nocnych atrakcji, wstała przed szóstą rano. Płacze, wije się, awanturuje się, wyje, krzyczy, rzuca się na podłogę. Odmawia zaśnięcia, chociaż kilka godzin drzemki przydałoby się jej bardzo. A mnie jeszcze bardziej.
Do końca dnia jeszcze co najmniej sześć godzin. Aaaaarrrrghhhh.
środa, 29 września 2010
Dziecięce zabawy
Zuzia dziczy na podłodze w przedpokoju ze swoją Najlepszą Przyjaciółką, Marysią.
Zuzia: Zjem cię Marysiuuu aaaarggghhhhhh! (rzuca się na Marysię gwałtownie).
Marysia (nerwowo kładąc się na podłodze): Jestem zdechła! Zdechły mi kopyta!
Rzec by można - twórcza adaptacja "Przyjaciół" Mickiewicza :)
czwartek, 23 września 2010
wtorek, 14 września 2010
Depresja polaktacyjna
Oj, dzieje się u nas... Zabrałam się za prawo jazdy, jeżdżę w weekendy, bo tylko wtedy mogę jakoś zagospodarować dzieci. No i weekendy jakoś tak... znikają nie wiadomo gdzie, na wszystko brakuje czasu. W tygodniu mam w domu kibuc - sąsiadki podrzucają potomstwo, kiedy muszą gdzieś iść, więc mam pod opieką od dwojga w porywach do pięciorga dzieci w różnym wieku :)
No i najważniejsze - kilka tygodni temu udało mi się odstawić Anię od nocnego karmienia, przy okazji jakoś tak wyszło, że zaczęła spać osobno. Myślałam, że będzie przesypiać noce, no i przesypia... prawie. Punkt piąta, codziennie, zaczyna popłakiwać przez sen. Muszę się obudzić, wstać i pójść do niej na chwilę. Pogłaskana Ania zasypia, ja wracam do łóżka i nie zasypiam. Shit.
Od wczoraj rozpoczęłam całkowite odstawienie, bo karmienie ponad dwulatki już mnie zaczęło dobijać. Ania znosi wszystko nad wyraz dobrze, w czym wydatnie pomaga jej nieustanna obecność innych dzieci - po prostu nie ma czasu na zastanawianie się co się stało z "cici". Wczoraj wieczorem padła, oglądając bajki, śpiącą głęboko przeniosłam do łóżka i spokój :) Tylko gorzej ze mną...
Karmienie mnie denerwowało, ale nie wyobrażam sobie jak to ma być - nie karmić. I zaczyna mnie kąsać depresja polaktacyjna :) Smutno mi nieco. No dzidziusia mi trza, malutkiego brzdączka do karmienia i noszenia... Ach :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)