Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 grudnia 2016

Spokojności

Matju dowiedział się prawdy o Świętym Mikołaju. Ale nie tej, że Święty Mikołaj w wersji z Coca Coli nie istnieje a prezenty przynoszą rodzice, bo to jakimś cudem już wie.
Dowiedział się natomiast kim był prawdziwy Święty Mikołaj, biskup miasta Myra. Przy nakładaniu dziecięciu oświaty kagańca wsparłam się grecką ikoną Św. Mikołaja, wiszącą u nas na ścianie.
Młody był bardzo zainteresowany i natychmiast pobiegł zrelacjonować siostrom czego się nauczył.
"Ania, Ania, wiesz co, prawdziwy Święty Mikołaj nie miał worka z prezentami tylko księgę! Naprawdę! I nie miał białej brody, miał szarą. I brzucha nie miał. I nie miał czapki z pomponem, ale za to na głowie miał are... aule... areu... AURORĘ."

Niech Święty Mikołaj z aurorą na głowie przyniesie wszystkim dużo prezentów. Niech te Święta będą spokojne, karp niezbyt ościsty, a rozmowy przy stole wolne od polityki. Niech w świecie, w którym coraz bardziej strach otwierać oczy, chociaż przez chwilę będzie dobrze. Wesołych Świąt :)



czwartek, 26 maja 2016

Dzień Matki

12 kwiatków z papieru, 7 laurek, dwa bukiety różyczek, pudełko Rafaello, gipsowy obrazek, rybka z czegoś co nie wiem czym jest. Rybka ma karteczkę z życzeniami.

Dużo zaciskania zębów, łagodzenia napięć, ocierania łez  i pocieszania, że tak, kwiatki są śliczne, to nie szkodzi, że nie zdążyłaś mi zrobić trzeciej laurki, tak, usmażę ci jajka, a tobie zrobię tosty z serem, tak tak, sekundkę, synu, nie bij siostry, dziecko, przestań go kopać, nie, nie możesz czekolady zamiast kanapki, ja muszę popracować, niech już będzie cisza. Wstawić pranie, wyjąć pranie, kotlety na obiad, trzeba umyć zlew i kuchenkę.

Tak, kwiatki są śliczne, tak, dziękuję ci córciu że tak się postarałaś, owszem, widzę, piekny obrazek, tak, jestem zmęczona, och oczywiście, ty też jesteś bardzo zmęczona, tak tak, musiałaś wstać o 8 i narysować mi laurkę, to na pewno było wyczerpujące, kochanie. Tak, kwiatki są śliczne, dziękuję, rybka też. Tak, podzielę się z wami Rafaello, oczywiście. Tak, śliczne kwiatki. Dziękuję. I obrazek też.

Może to zabrzmi jak czarna niewdzięczność, ale... No właśnie, zabrzmi.

Mając troje dzieci pojęłam wreszcie, czemu moja mama nie była zachwycona laurkami i kwiatkami tak jak bym tego oczekiwała, a prosiła w ramach prezentu o porządek w pokoju. Albo odkurzenie mieszkania. Za młodu wydawało mi się to niepojęte. Teraz rozumiem. Przepraszam, mamo.




niedziela, 27 marca 2016

Wesołego

Sezon na "co dostałaś od zajączka? uważam za otwarty. Nic nie dostałam, w naszej rodzinie króluje wstecznictwo, zaściankowość i pastewna tradycja, na Wielkanoc można dostać co najwyżej jajko z majonezem lub białą kiełbasę pieczoną w piwie (mniam). Plus gratis wizyta w kościele.
Dzieci co roku są trochę rozczarowane, bo wokół szaleje konsumpcjonizm i po świętach w szkole odbywa się coś w rodzaju giełdy "A ja dostałem to! Ale moje jest lepsze! Phi, to nic, a ja dostałam...". Też chciałyby się pochwalić. Niestety matka reakcjonistka twardo odmawia.

W ogóle na hasło "wielkanocny zajączek" reaguję niezbyt przychylnie. I to się chyba udziela... Wczoraj Matju bawił się kubkiem i dzbankiem. Udawał, że coś przelewa.
Ja: A co tam masz, synku?
Matju: Sok.
Ja: A z czego?
Matju: Z zajączka.

I tyle w temacie.
Wznosząc sokiem z zajączka toast za zdrowie znajomych i nieznajomych, życzę wszystkim spokojnych Świąt :)



piątek, 1 stycznia 2016

NoWyrok

Otóż to :) 


Zasłyszane w kościele w pierwszy dzień świąt:

Xsiondz [kazanie z udziałem dzieci]: A kto to leży tutaj na sianku?
Jakieś Dziecko: Pan Jezus.
Xsiondz: A skąd wiemy, że to Pan Jezus?
Chwilowa konsternacja.
Jakieś Inne Dziecko: Bo w kościele to raczej Jezus jest a nie zwykłe dzieci.

No raczej ;)

I jeszcze Schopenhauer na dziś:


środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt :)

 Dzisiejszy dzień przyjemnie mnie zaskoczył. W szkole przerwa świąteczna, panienki siedzą w domu, więc spodziewałam się pewnych... nazwijmy to: utrudnień. Marudzenia, oporu, zapuszczania korzeni przed tv, niekończących się żądań...
Jakże się zdziwiłam kiedy większość moich poleceń została wykonana bez szemrania i bez opóźnień: posprzątały swój pokój (i to solidnie, bez upychania naręczy badziewia do szafy), pomogły mi z odkurzaniem mieszkania, umyły podłogę, pozbierały i poskładały swoje pranie... Z każdą uplywającą godziną miałam coraz niżej opadniętą szczękę.
W celu wytworzenia radosnego nastroju oczekiwania na Święta zasugerowalam, żeby zrobiły ozdoby okolicznościowe. Wzięły się za to z zapałem i powstały dwie girlandki choinek. Jedna w dużym pokoju:


A druga na łóżku Zu:


Powstaje również łańcuch choinkowy z kolorowego papieru, a jutro będą robione ozdoby z koralików do prasowania.
Matju był w przedszkolu, więc przez cały dzień nikt się z nikim nie pobił, nie pokłócił, nie szarpał i nie wrzeszczał. Było spokojnie, przyjemnie i nawet zabawnie. Po prostu normalnie.


Dziewczynki ozdabiały lukrem własnoręcznie upieczone pierniczki. Zu (pod moim czujnym okiem) robiła lukier: różowy i błękitny (moje czujne oko było zbędne, bo okazało się, że moja córka radzi sobie świetnie bez nadzoru).
Usmarowały stół, blaty, podłogę, swoje ubrania, niezliczoną ilość łyżek i łyżeczek, patyczków, szpatułek i Bóg wie czego jeszcze . W końcu wymieszały obra lukry razem, dzieki czemu uzyskały kolor oberżyny, albo - według mojej skrzywionej percepcji - zakrzepłej krwi ;) W tej lukrowej posoce unurzały piernikowe bałwanki, które teraz wyglądają jak kanibale po posiłku albo bloby ulepione z kaszanki ;) Zdjęcia nie będzie ;)
Tego się mniej więcej spodziewałam, ale zupełnie nie spodziewałam się, że... wejdę do kuchni po całej akcji a tam bedzie POSPRZĄTANE. Powycierały stół, podłogę, wyczyściły naczynia po lukrze (nie mam złudzeń, na pewno wszystko zjadły), pozbierały sztućce i włożyły je do zlewu. Nie miałam tam już nic do roboty ni poprawiania.
Usiadłam przy kuchennym stole ze łzami wzruszenia w oczach. Ojej, ojej. Nie oczekuję, że im tak zostanie, ale zachowam to wspomnienie na zawsze ;)

Przyprowadziłam Matju z przedszkola i juz było normalnie: kłótnie, przepychanki, ryk i orka na ugorze ;) W sumie dobrze, bo przez cały dzień wszystko było takie przyjemne, że czułam się wytrącona z równowagi i niepewna co robić ;) Razem z synem wróciła rutyna ;)

Po ciężkim i pracowitym dniu należał się dzieciątkom jakiś relaks. O, proszę jakie grzeczne:


Czuję się pozytywnie przygotowana na Święta :) Niech będą dobre :)
Wszystkim życzę spokojności, pogody ducha, odporności na problemy; dużo czasu na przyjemności; komfortu na każdym poziomie: od finansowego po emocjonalny :)  Wesołych Świąt :)



piątek, 26 czerwca 2015

Udręka bez ekstazy...

... czyli zakończenie roku w szkole.
Tego eventu nie da się już uniknąć. Na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat jego charakter chyba się zmienił. Ze swoich szkolnych czasów nie pamiętam dzikiego tłumu rodziców ciasno upakowanego w dusznej sali gimnastycznej by, ociekając potem, karmić się strawą duchową w formie wierszyków o wakacjach, szeptanych do trzeszczącego mikrofonu przez gromadę zestresowanych pierwszaków.
Sala gimnastyczna w naszej szkole jest standardowej wielkości i nie ma szans, żeby zmieścili się w niej wszyscy naraz, nawet sami uczniowie, nie mówiąc już o rodzicach. Event został więc podzielony na kawałki: klasy 1 i 2 o ósmej, 3 i 4 o dziesiątej, i tak dalej. Los zmusił mnie w ten sposób do uczestnictwa w dwóch odsłonach tej atrakcji. Nie było szans, żebym zdążyła zaprowadzić Średnią, odsiedzieć ile trzeba, wrócić, zostawić Średnią i przyprowadzić Najstarszą. Wzięłam więc problem na klatę, zapakowałam wodę i paluszki, zgarnęłam odświętnie ubrane panienki i nastawiłam się psychicznie na przedłużony seans tortur.


Pierwsza część poszła w miarę sprawnie, nie licząc beztlenowego środowiska sali gimnastycznej, której blaszany dach, przypiekany radosnym letnim słońcem, generował takie temperatury, że czułam się jak duszona kiełbaska w sosie własnym.
Średnia występowała w części artystycznej, deklamowała wierszyk. Poszło jej bardzo ładnie :) Muszę przyznać, że jestem dumna, kiedy widzę jak moje dzieci występują publicznie nie okazując tremy, mówią/śpiewają wyraźnie, nie mylą się, nie płoszą i nie trzeba im podpowiadać. Mają znacznie wiecej pewności siebie niż ja, za co Bogu chwała i dzięki, i niech im tak zostanie.

Po przemówieniach i występach każda klasa udała się do swojej sali na rozdanie świadectw. Pani wychowawczyni miała dostać kwiaty i prezent od całej klasy, o ile dobrze pamiętam, składałam sie na ten cel, więc uznałam, że nie muszę szarpać się na dodatkowe wiechcie. Jakże się myliłam... Każde dziecko z wyjątkiem mojego leciało uslużnie do pani z bukietem zieleniny, spora częśc z prezentami w torebkach. Poprawię się w przyszłym roku. Jeśli nie zapomnę.

Po rozdaniu świadectw, kiedy na sali zapanował rozgardiasz, zabrałam dziewczyny i cicho się ulotniłam. Dla poprawienia humoru skoczyłyśmy na szybkie lody do pobliskiego MarcPola, a potem z powrotem, czynic zadośc obowiązkom reprezentacyjnym.

Sala gimnastyczna była jeszcze pusta. Zajrzałam tam, i poczułam się jakbym wsadzała głowę w belę mokrej waty. Kiedy napłynął tłum, powietrze można było kroić nożem.
O nienienie. Ustaliłam z Najstarszą, że zostawiam ją w towarzystwie koleżanek z klasy i ewakuowałam siebie i Średnią ze strefy zagrożenia śmiercią przez uduszenie. Schowałyśmy się na korytarzu.



Kiedy klasa Najstarszej zjawiła się w swojej sali na rozdanie świadectw, okazało się, że Zu dostała nagrodę :) Wraz z trojgiem współklasowiczów otrzymała odznakę i dyplom "Przyjaciela Integracji", za koleżeńską postawę i zyczliwość w stosunku do dzieci "integrowanych" czyli tych z orzeczeniami :) Zatkało mnie ze szczęścia i dumy. Może, mimo moich wysiłków, Najstarsza wyrośnie na porządnego człowieka ;) ;)


Żeby tylko chciała tę prointegracyjną postawę zastosować w domu, do swojego własnego rodzeństwa (na przykład przestała się tłuc z Matju i kłócić z Anią), to ja już bym niczego więcej sobie nie życzyła ;)

Obowiązki odfajkowane, teraz mogę odetchnąć pełną piersią. Dwa miechy bez prac domowych, pamiętania o wycieczkach, składkach, zebraniach, kapciach, strojach na wf i tak dalej. Trzeba to uczcić. Zdrowie!



niedziela, 21 czerwca 2015

Plenerowa impreza masowa

Czyli przykościelny piknik z okazji czterdziestolecia parafii. Miałam siedzieć w domu i pracować, ale Mąż roztoczył przede mną sugestywne wizje kiełbasy z grilla oraz wyszukanych rozrywek kulturalnych (grupa uczniów z naszej szkoły wystawiała "Plastusiowy Pamiętnik", Zuza gra tam babcię). Nie mogłam się oprzeć.

Imprezę rozpoczął ksiądz biskup



który nie tylko udzielił bogosławieństwa, ale również pokazał "jak robi kaczka wychodząca z wody", czym przestawił nastrój publiczności z "lekko obojętnego" na "buhahahahahah". Żałuję że nie nagrałam, bo to było naprawdę urocze :D

Potem na scenę weszła grupa teatralna i wykonała muzycznie z playbacku kilka utworów z musicalu "Plastusiowy Pamiętnik" napisanego przez panią bibliotekarkę z naszej szkoły :) To również było urocze, mimo że przedstawienie widziałam już jakieś 3 razy.

Zu tutaj jest ołówkiem (druga od lewej)


A potem, mniej więcej w połowie, zmienia czapkę na kapelusz i jest babcią, ale tego już nie uwieczniłam.

Matju siedział na kolanach Ani. oboje chłonęli widowisko, nie bacząc na drobne niedociągnięcia ;)


Zauważyłam, że na plenerowych imprezach masowych typu rodzinnego często pojawiają się atrakcje w postaci a) wozu straży pożarnej, b) radiowozu policji. Tu też.
Matju polubił wóz strażacki (któż by nie polubił, wóz był piekny a panowie strażacy bardzo mili... ;)


... ale zakochał się bez granic w samochodzie policyjnym. Najbardziej podobało mu się miejsce z tyłu za kratkami. Właził tam i krzyczał "będę złodziejem, będę złodziejem!". Ekhem... Nie wiem co powiedzieć. Wysoki Sądzie, naprawdę się starałam wychować syna na porządnego obywatela, ale siła przyciągania tylnego przedziału radiowozu obróciła w niwecz moje poświęcenie. Proszę to wziąć pod uwagę jako okoliczność łagodzącą. ;)


Ponadto były stoiska kulinarne, z kiełbasą z grilla (bardzo zacna, lekko zwęglona, tak jak lubię) i pysznymi domowymi ciastami wypieku różnych okolicznych bogiń domowego ogniska. Mniom.


Z rozrywek kulturalnych najbardziej przypadły mi do gustu dwa pokazy. Pierwszy to występ dzieciaków trenujących dżudo w klubie "Lemur". Widziałam ich już kilka razy i zawsze mi się podobają. Poziom sprawności fizycznej tych małych ludzi jest dla mnie nieosiągalny i ogromnie podziwiam to co robią. Poza tym strasznie lubię oglądać sztuki walki, takie zboczenie, nic nie poradzę :D
Największe brawa dostawała maleńka, kilkuletnia dziewczynka, która zapamiętale starała się dotrzymac kroku starszym :D Mimo, że jej średnio wychodziło, dawała z siebie 100% i to było przepiękne. Dla mnie kulminacją pokazu był moment, kiedy fachowo rzuciła na matę swojego, cztery razy od niej większego, trenera (z jego drobna pomocą, oczywiście) :D


Drugi występ, który przyciągnął moją uwagę to chłopcy z grupy rekonstrukcyjnej, odtwarzający krzyżowców z XII i XIII wieku. Lubię, szanuję i podziwiam rekonstrukcję historyczną, marzy mi się też wyjazd na Grunwald (może jak dzieci podrosną) no i na Wolin oczywiście. Co jakis czas trafiam na grupy rekonstrukcyjne na różnych imprezach i z trudem się od nich odrywam :)
Chłopcy starali się ładnie, objaśniali szczegóły uzbrojenia rycerzy


oraz tłukli się mieczami na przykościelnym parkingu :D


Oprócz tego była trampolina do skakania, wata cukrowa, pan klaun z balonami (tymi długimi, do robienia zwierzątek i mieczów. Miecze z owych balonów wyglądają nader dwuznacznie), mecz piłki nożnej, pan z karabinkiem pneumatycznym do strzelania do tarczy i konna bryczka, którą można było się przejechać wokół wielkiego pola za kościołem. Rozrywki, muszę przyznać, były solidne (okazało się, że Zuza dobrze strzela, poszło jej lepiej niż Mężowi), dzieci były zachwycone.

Była już bodajże 18.00. Chcieliśmy zostać dłużej, ale w momencie kiedy na scenę wyszedł amatorski (chyba) zespół muzyki biesiadnej i zaczął od szlagierów sprzed lat ("Gdzie się podziaaaały tamte prywaaaatki"), płynnie przechodząc do disco polo ("bo życie to są chwile chwile tak ulotne jak motyyyle") - sytuacja nas przerosła ;) Spojrzeliśmy z Mężem po sobie i uznaliśmy, że zdecydowanie nie jesteśmy targetem tego performansu ;) Jak ksiądz proboszcz zakontraktuje na występ Luxtorpedę to co innego, ale póki co, dziękujemy :D

Ogólnie rzecz biorąc - bardzo udany dzień :D Lubię plenerowe imprezy masowe :D

środa, 17 czerwca 2015

Zakończenie roku

Od tego się nie wykręcę... Szkoła za dwa tygodnie, dziś natomiast trzeba obskoczyć przedszkole. Nie ominie mnie część artystyczna, czyli przedstawienie. Odsiedzę swoje na krzesełku wbijającym się w ..., modląc się, żeby zaaferowany Matju nikogo nie zaatakował z nadmiaru emocji ;)
Przedszkole już do mnie dzwoniło, żeby się upewnić, że Młody dostanie strój galowy. Jego strój galowy składa się z czarnych, gładkich dresowych spodni i zielonej koszuli w kratę, odziedziczonej po synu sąsiadów. Matju nie znosi koszul. I strojów galowych.
Mam tylko nadzieję, że ja się nie muszę ubierać odświętnie.

O, tak dzisiaj wygladam. Dwie kawy (fuj, nie cierpię kawy) nie pomogły:


wtorek, 26 maja 2015

Dzień Matki

Im jestem starsza, tym bardziej mi sie wydaje, że Dzień Matki to chybiony pomysł. A może pomysł był dobry, tylko po drodze się wykoleił.

Jest to dzień, w którym liczne służebnice, oprócz codziennego zwyczajnego zapieprzania, mają obowiązek zjawienia się w placówce na akademii ku swojej czci, gdzie ociekając potem (i myśląc o tym co by tu na obiad, jajka się skończyły, i że starszaki jeszcze nie odrobiły lekcji a rachunki trzeba zapłacić i termin oddania zlecenia sie zbliża a dentysta jeszcze nie załatwiony i najmłodszemu podarła się piżama, trzeba by kupić nową i omójboże KIEDY kurwa KIEDY ja to wszystko...) przycupnięte na ławeczce bez oparcia albo wbijającym się w dupę mikroskopijnym przedszkolnym krzesełku posłuchają jak gromada nieletnich zjada spółgłoski w wierszykach o mamie i wykonuje muzycznie piosenki okolicznościowe, fałszując przy tym aż cierpną zęby. Oczywiscie, jest to niezmiernie wzruszające. Oczywiście, zdarzało mi się uronić łzę z rozczulenia. I co w związku z tym?

Potem Bohaterki Jednego Dnia obdarowane zostaną toną papierowych kwiatków, laurek, wyklejanek, mniej lub bardziej udanych podejść do origami, wycinanek i Bóg wie czego jeszcze. Dzieła owe należy z entuzjazmem przyjąć, zachwycić się pokazowo i zachować na wieczną pamiątkę, nieważne, że papierowej sztuki nie ma już gdzie trzymać i że sami autorzy za dwa dni nie będą pamiętać że i co wyprodukowali.
Wraca się do domu, gdzie zwyczajny syf, trzeba zrobić pranie i wyrzucić śmieci. W pokojach dzieci podłoga chrzęści pod nogami. Papierowe arcydzieła i wierszyki z pożartymi spółgłoskami są urocze i wzruszające i bardzo kochane, ale wiecie jaki prezent bym wolała? Poukładane książki na półkach. Poukładane ubrania w szafie. Klocki w pudełkach a nie na podłodze. Pluszaki na przynależnej im półce. Nieobecność brudnych skarpetek na parapecie. Wyrzucone bez proszenia i przypominania śmieci. Odrobione bez jęków i zapędzania lekcje. Zgodną zabawę rodzeństwa, bez bijatyk i darcia, za przeproszeniem, ryja.
Tylko to chyba za trudne. Łatwiej jest wyciąć serduszko z bibułki. I po sprawie.

Jest to dzień, w którym matkami wycierają sobie gębę wszyscy, od księdza w kościele, przez polityków, po panów prezenterów z modnych stacji radiowych. Dzień, w którym jesteśmy najważniejsze a nasz wkład w rozwój ludzkości płonie jasnym blaskiem jak Rzym za Nerona. Cieszmy się i radujmy tą podniosłą chwilą, albowiem jutro znowu wtopimy się w tło, wózek z wrzeszczącym dzieckiem bedzie przeszkadzał w autobusie, skrzywią się na nas w restauracji, każą iść nakarmić niemowlaka piersią w kiblu, żeby nie obrażać delikatnego poczucia estetyki  pięknych i młodych, którym gówno, zmarszczki, ludzkie mleko, nieświeże włosy, nieogolone pachy, starość, zmęczenie, połamane paznokcie i poznaczone żyłami cycki są zupełnie obce, fuj. Przez jeden dzień mamy otwarte drzwi do tego świata zbiorowej iluzji, pod warunkiem, że nie wspominamy o rzeczach tak skandalicznych jak brudna pielucha i nie przedstawiamy żadnych wymagań, tylko grzecznie i z matczynym wdziękiem przyjmujemy te hołdy, które świat akurat ma fanaberię nam złożyć. Miłe są peany pochwalne na cześc matek w radiu, miłe są wzruszające memy na fejsbuniu ale milszy byłby czysty przewijak w każdej toalecie, tolerancja dla karmienia piersią, oddziały położnicze zapewniające godne warunki do rodzenia w każdym szpitalu, podjazdy i windy dla wózków, mniejszy VAT na artykuły dziecięce... Lista jest długa. Ale łatwiej jest puścić w radiu piosenkę okolicznościową i złożyć duszoszczypacielne życzenia w tv. I pozamiatane.

Ja, prosta kobieta, nie wiem po co ten cyrk i szopka. Mój Dzień Matki odbywa się w niemal każdy weekend, kiedy zmordowany po tygodniu pracy Mąż gotuje obiad, zajmuje czymś dzieci albo zabiera je na kilka godzin z domu, żebym w spokoju mogła popracować albo zwyczajnie odsapnąć. Czego wszystkim Matkom życzę. Nie tylko dziś.


poniedziałek, 18 maja 2015

Nic, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny

Oto, jaką przeszkodę musimy pokonywać w drodze do szkoły.
Wody w tym rowie jest na oko tak prawie po kolana (moje). Czasem jest żółta. Albo brązowa. Dziś była czysta.


Mosteczek z deseczek ugina się i kiedy się na nim stanie takim ciężarem jak na przykład obfita ja, zanurza się częściowo w wodzie.


Droga do szkoły zapewnia w ten sposób ów jakże przyjemny dreszczyk emocji. Czekam aż któreś z dzieci sie w tym korytku wykąpie :)

Po sobotniej komunii czeka nas Biały Tydzień. Szczęśliwie miałam dziś ze sobą Matju, więc mogłam polatać na świeżym powietrzu wokół kościoła. Uczestnictwo w mszy z udziałem kilkudziesięciu trzecioklasistów stłoczonych w mikroskopijnym kościółku przerasta moje możliwości psychiczne.


A na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. Chociaż znowu nie udało nam się zobaczyć kucyka księdza proboszcza. Ale znaleźliśmy tabliczkę z jego danymi osobowymi :D


niedziela, 17 maja 2015

Komunistka

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem Pierwszej Komunii Zuzi.
Dzieci od rana kręciły się po mieszkaniu jak ruchliwe psiaki. "Kiedy sie ubierzemy? Kiedy wychodzimy? Kiedy kiedy kiedyyy?"
Miałam szczery i chwalebny zamiar wykonania Zu na głowie jakiejś ozdobnej fryzury. Próbowałam zapleść warkocz, ale wygladał jak niewielki chochoł z rozłażącej się słomy. Próbowałam zakręcić loki, ale włosy za nic w świecie nie dały się zalokować (mimo tego, że trzy dni wcześniej przeprowadzałam lokowanie próbne i wtedy kręciły się bez problemu). W końcu uznałam swoją porażkę, dziecko moje dobre jest i łagodne, więc nie protestowało i pogodziło się z losem.
Wystrojeni, ruszyliśmy do świątyni ;)
Obok przybytku Pana proboszcz trzyma konika. Konik jest, rzecz jasna, niezwykle atrakcyjnym zjawiskiem, moje dzieci też się nie oparły. Niestety konik się schował, więc jedyne co się udało, to wysmarowanie dołu sukni Zu trawą na zielono.


Ania, przyodziana w sukienkę specjalnie na tę okazję zakupioną w Smyku za ciężkie pieniądze, wpadła w taki samozachwyt, że na jej widok nie mogłam zachować powagi. Gibała się i wyginała, wzdychając przy tym "och, jak ja ładnie wyglądam! oooo! ach! jaka jestem piękna!".


Mateusz nie pozwolił się wystroić, i on, jako jedyny, miał w nosie całe zamieszanie ;)

W końcu się zaczęło. Wysłuchaliśmy przemówienia księdza. Potem, razem z pozostałymi rodzicami, wygłosiłam uroczyście "błogosławieństwo nasze niech z tobą idzie w drodze do ołtarza Pańskiego, abyś godnie i radośnie przyjęła ciało Chrystusa", nie myląc się przy tym ani razu, co jest niewątpliwie oznaką działania Ducha Świętego, albowiem tekstowi przyjrzałam sie tylko raz, tuż przed mszą.
Dzieci ruszyły.

Msza trwała miłosiernie krótko, z poprawką na przemówienia, podziękowania, kwiaty i inne tego rodzaju atrakcje. Mieliśmy miejsca siedzące, Mateusz nie skorzystał ze swojego miejsca siedzącego, tylko łaził po mnie jak drzewna żaba. Pod koniec mszy dostał absolutnej korby i zaczął łapać mnie za cycki, pokrzykując na cały kościół "a titi, akuku!", więc uznałam dyplomatycznie, że uprawnia mnie to do opuszczenia lokalu, zabrałam winowajcę i po cichu wywlokłam przed świątynię, gdzie natychmiast zaczął włazić na okręcony białym tiulem słup. Zastanawiam się czy przypadkiem się literki nie pomyliły i zamiast AZS on ma może ADHD.


Po zakończeniu części kościółkowej, przyszła pora na uświęcone tradycją komunijne obżarstwo. Odbyło się w restauracji hotelu Marina Diana w Bialobrzegach. Bo Zalew, bo miejsce do zabawy dla dzieci, bo ładnie tam. I niedaleko.
Jedzenie było dobre, okolica była dobra, tylko pogoda była niedobra bo piździło. Ale nie padalo, co należy Losowi policzyć na plus. Mogło być gorzej.
Dzieci siedzialy przy stole jak psy pociągowe przed wyscigiem. "Możemyy iść sie pobawić?? Możeeemy? Możeeemy? Kiedy możemy iść?"





Najpierw jednakowoż wszyscy musieli sie najeść. Matka też.



Zachowałam się jak na prawdziwego wieśniaka przystało i sfotografowałam swoje jedzenie ;)


Smakowało lepiej niż wyglądało ;)


Dzieci poszły się bawić. Obok restauracji stało takie dmuchane coś do skakania. Fajnie, że stało, tylko niefajnie, że na plaży ;) Dziecięta natychmiast się niefrasobliwie rozzuły i kiedy poszłam ich pilnować, oczom mym ukazały się biegające po brudnym piasku nogi mojej średniej córki. W ślicznych, nowo zakupionych specjanie na tę okazję skarpetkach. Kremowych. W kwiatuszki.
A następnie jej cudna odświętna sukieneczka uświniona na tyłku zegrzyńskim błockiem ;) Cóż, powszechnie wiadomo, że dzieci są albo czyste albo szczęśliwe.
Matju był zachwycony.



Nie mogłam go zostawić samego, więc stałam tak sobie i stałam, pełniąc rodzicielski obowiązek i prezentując mojej Siostrze do aparatu to lewy profil to prawy... :D


Aż  się zbuntowałam, tupnęłam nóżką, bluznęłam i zawezwałam Męża, a sama poszłam obżerać się ciastem, popijać herbatkę i plotkować z zuzinymi Chrzestnymi, których (razem z ich czworgiem przefajnych dzieci) widujemy za rzadko, a szkoda bo cudowni ludzie to są :) Wkleiłabym fotki, ale nie wiem, czy mogę, bo jeszcze nie pytałam.

Koniec końców - impreza się udała, wtopy żadnej nie było, wszyscy wyglądali na zadowolonych. Sama czuję się jakbym przerzuciła tonę węgla, nie wiem czemu, bo moja rola zasadniczo ograniczyła się do bycia przewożoną tu i tam, jedzenia oraz utrzymywania przyjemnego wyrazu twarzy ;) Trochę odwykłam od ludzi ostatnio i to chyba dlatego :)
Następna komunia na szczęście dopiero za dwa lata. ;)

poniedziałek, 4 maja 2015

Star Wars Day

Dzisiaj mamy święto!


W związku z tym, w warszawskim metrze... :D :D


Zdjęcie z fejsa, ze strony Mordoru na Domaniewskiej.

I jeszcze:

WARSZAAAWAAAA! :D

wtorek, 7 kwietnia 2015

I po świętach

Ufff, nareszcie. Cisza i spokój, dziecięta w placówkach edukacyjno-wychowawczych a ja dochodzę pomału do siebie.
Od soboty narastało w domu nieokreślone napięcie, podsycane krzykami znudzonych potomków. Nie można było nigdzie z nimi wyjść bo zimno i wszędzie dziki tłum. Nie można było wyjść w niedzielę, bo kichali, zimno oraz wszystko co nas ewentualnie ratuje, było zamknięte. W święta należy iść do kościoła a resztę czasu spędzić za stołem, żując białą kiełbasę i oglądając transmisję z Watykanu, a nie szukać rozrywek na mieście.
Kulminacja nastąpiła w nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy o 1.30 zbudziła mnie zarzygana Średnia, a o 4.30 zarzygana Najstarsza. Najmłodszy nie rzygał bo nie jadł niedzielnego obiadu (coś musiało być nie tak z karkówką). Ale za to ma rzut AZS.
Poniedziałek upłynął pod znakiem wizyty u Babci. Dzieci, stłoczone w jednym, niespecjalnie wielkim, pokoju narobiły takiego zamieszania i hałasu, że Babcia z ulgą wystawiła nas za drzwi po trzech godzinach (nie żebym się czuła urażona, sama nalegałam, żeby wyjść wcześniej bo nie dało się wytrzymać).
Powrót do domu, niespiesznie, 70km/h, żeby przedłużyć ten rozkoszny czas, kiedy potomstwo odpływa w sen na tylnym siedzeniu.
Jakie to szczęście, że święta tego kalibru są tylko dwa razy do roku. Przyprawiają mnie o klaustrofobię.

sobota, 4 kwietnia 2015

Wesołych

Wesołych świąt...


.. życzę wszystkim, usiłując zachować spokój ducha w rodzinnym chaosie.

środa, 25 marca 2015

Światowy Dzień Czytania Tolkiena

Otóż takie właśnie święto przypada dzisiaj :) 


Ogarnę chociaż z jeden rozdział Silmarillionu, żeby to uczcić :D Mój ulubiony fragment to ten o Berenie i Lúthien :)



środa, 11 marca 2015

Kobieta

Trochę spóźniony refleks mam, bom zapracowana (praca po angielsku = "job", czyli jestem zapracowana = "jestem zajob" ;) przepraszam za suchara,  mnie zawsze śmieszy :D).
Ale z okazji minionego Dnia Kobiet nie mogę się nie podzielić poniższym cytatem. Zdrowie wszystkich Pań!

"Dziewczynka, gdy stanie się kobietą, będzie wiedziała, jak poruszać się w świecie. A w szczególności zrozumie, że gdy ją boli, to tak naprawdę nie boli.

Gdy jej się chce, to tak naprawdę jej się nie chce, a gdy nie chce, to właśnie chce.
Gdy płacze, to histeryzuje i jest niewdzięczna.
Gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna.
Gdy się cieszy, to się wygłupia, albo jest pijana.
Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy się kimś zainteresuje, to się puszcza.
Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi to jest bezwstydna.
Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się nie upiera, to nie wie czego chce.
Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna.
Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką.
Jeśli chce być kimś – to znaczy, że przewróciło się jej w głowie, a jak nie chce być kimś, to jest głupią kurą.
Jeśli jest sama, to znaczy, że nikt jej nie chciał, a jeśli jest z kimś, to znaczy, że cwana.
Wtedy też będzie wiedzieć, że gdy dostaje furii – to jej się tylko tak zdaje.

W każdym razie, może być pewna, że nie ma żadnych prawdziwych powodów do gniewu i powinna udać się po poradę do psychoterapeuty."

— Wojciech Eichelberger


No! :D

poniedziałek, 16 lutego 2015

Telewizja dogania życie

Koleżanka na fejsiku bardzo pięknie wypunktowała program Telewizji Polskiej na walentynkowy wieczór. Parskłam gorzkim śmiechem.

22:25 "W matni"
00:05 "Żywe trupy"
00:50 "Żywe trupy"
01:45 "Wyrolowani"

Mój Boże, idealne, perfekcyjne, doskonałe. Dokładnie tak jest :D


sobota, 14 lutego 2015

Happy Valentine's Day!


Numer 1 i 2 zaliczone :) Przymierzam się do numeru 3, chyba pójdę do sąsiadów pożyczyć kota :D, o tego właśnie, co wpada do mnie co jakiś czas wyspać się w mojej pościeli ;)



Numer 4 to żadne wyzwanie, zwykłam to robić z zimną krwią i na trzeźwo ;) Aby do wypłaty ;)

Z doświadczeń bieżących: dostrzegam pozytywny aspekt zaciśniętej pętli kredytowej - jeśli mam kaprys sobie coś nadplanowego kupić, to muszę najpierw kilka zbędnych rzeczy opchnąć na Allegrze i zgromadzić środki. Bardzo to pomaga w dążeniu do minimalizmu i ćwiczeniu cierpliwości. Chyba utrzymam tę zasadę na stałe, o ile sytuacja się nie pogorszy. Bo wtedy będe zbierać nie na zakupy tylko na rachunki i przestanie być przyjemnie ;)
Tym przemyślnym sposobem pozbyłam się trzech bluz, pary butów, dwóch torebek i jednej pary spodni, a zakupiłam książkę, nad którą będę się w szczegółach rozpływać na blogu, jak tylko przesyłka do mnie dotrze. Kniga jest gruba (416 stron), niezwykła, piękna, dziwna i tajemnicza :) Moj wymarzony prezent ode mnie dla mnie :)
Tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy dzień :)