Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania powiedziała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania powiedziała. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

Szkolne projekty

Moje dzieci mają niezbyt rozsądny zwyczaj zgłaszać się na ślepo do różnych szkolnych zadań, nie kojarząc zupełnie, że wiąże się to z jakimiś zobowiązaniami i terminami.

Niedawno dostałam wiadomość od wychowawczyni Najstarszej, że "dziewczynki, które zgłosiły się do robienia gazetki mają na to jeszcze dwa dni". Nie sprecyzowała które dziewczynki, ale coś mnie tknęło. Poszłam do pokoju Najstarszej i ściągnęłam jej słuchawki z uszu.
- No coooo? - zapytała, z niechęcią odrywając wzrok od filmiku na którym youtuber Enzzi gmerał w straszliwej, topornej pikselozie, znanej i lubianej wśród młodzieży pod nazwą "Minecraft".
- Córko, czy zgłaszałaś się do gazetki szkolnej?
- Nooo taaaak... - odpowiedziała niepewnie.
- A wiesz, że masz na to jeszcze tylko dwa dni?
- Nooo wieeem. Oj tam, coś się wymyśli - skwitowała i zrobiła ruch jakby chciała z powrotem założyć słuchawki.
- OJ NIE. - byłam nieustępliwa. - Na jaki temat ma być gazetka?
- Rok jakiśtam.
- CO?
- Rok jakiśtam... nie pamiętam.
Opadły mi ręce. - A może M wie? (M to sąsiadka i najlepsza przyjaciółka). - Razem się zgłosiłyście?
- Tak.
- No to na co czekasz? Idź i się dowiedz!

Puka do drzwi M. M otwiera.
- Cześć, pamiętasz może jaki ma być temat tej gazetki?
M myśli. Rozjaśnia się w uśmiechu - pamięta! Z dumą ogłasza:
- Rok jakiśtam!
Opadły mi ręce, nogi i inne części ciała. Po kilku smsach do wychowawczyni okazało się że chodzi o "Rok szekspirowski". Dziewczynki zgłosiły się do gazetki o roku szekspirowskim nie mając pojęcia co to takiego i kim Szekspir w ogóle był (co się dziwić, jutuber Enzzi jeszcze nie zrobił o tym filmiku). Przeprowadziliśmy szybkie konsultacje z rodzicami M, poszukałam tego i owego w necie, oni takoż i kryzys został zażegnany. Myślałam, że mam spokój. Ha ha.

Dziś wieczór, w porze kolacji Średnia robiła co mogła, żeby zejść mi z drogi (przyniosła uwagę w dzienniczku i trafił mnie szlag z przytupem). Jednak presja czasu okazała się silniejsza niż atawistyczny lęk przed gniewem rodzicielki, więc w końcu Średnia zagaiła dyplomatycznie:
- Mamooo, pamiętasz o tym stroiku?
Zrobiło mi się słabo. - Jakim stroiku?
- No tym na konkurs. To na jutro.
Zrobiło mi się bardziej słabo. - JAKIM ZNOWU STROIKU?!
- No, na Gwiazdkę. Do konkursu. Jutro.
W tym momencie z moich ust padły słowa, które z duchem Bożego Narodzenia miały niewiele wspólnego. 
Nie wiem czemu tego wszystkiego nie olałam, może dlatego że na ogół nie przejmuję sie bardzo edukacją mojego potomstwa i użarło mnie poczucie winy. A łatwiej zrobić jednorazowego crafta niż siedzieć z dzieckiem godzinami i wkuwać słówka albo odpytywać z ortografii... Poczucie winy zapcha się stroikiem i da mi żyć na jakis czas ;) 
Pinterest dopomógł i wykonałyśmy gwiazdkę z rolek po papierze toaletowym. Wreszcie się przydał miniaturowy pistolet do kleju, który przywlokłam dawno temu z Kanady bo "kiedyś się przyda". 


Nie miałam na podorędziu brokatu, więc opsikałam gwiazdkę klejem w sprayu i wytarzałam w perłowych sypkich cieniach do powiek Yves Rocher. Słabo je widać na zdjęciu, ale dają trochę koloru i trochę błyszczą.


Sąsiadka poratowała nas gałązką świerku i trzema szyszkami (niechże jej bedą dzięki i chwała). Jeszcze trochę kleju i efekt końcowy:


Nie liczę na nagrodę główną, ale czuję się spełniona artystycznie oraz rodzicielsko. 
Myślę (tfu tfu), że na razie chyba mam spokój... ;)

sobota, 19 listopada 2016

Gdzie znaleźć żonę

Matju i Ania siedzą w wannie i rozmawiają o życiu. Nasłuchuję zza drzwi. Ania wyjaśnia.

Ania: Nasza mama jest żoną naszego taty.
Matju: yyyy?
Ania: No tak, jak się chce mieć dzieci to trzeba być zakochanym i mieć żonę.
Matju: No, ja będę miał dzieci!
Ania: No to musisz mieć żonę.
Matju: Ale skąd wezmę żonę?
Ania: No co ty, nie wiesz? Na studiach się znajduje! Potem się razem chodzi i czasem się kłóci a potem się ma dzieci.
Matju: [puszcza głośnego bąka]
Ania: Nie, tak nie zdobędziesz kobiety.

:D


wtorek, 26 lipca 2016

Dlaczego? Dlatego.

Ja: [pracuję]
Matju: Poproszę płatki i mleko.
Ja: [wstaję, dostarczam płatki i mleko]
Matju: [je]
Ja: [wracam do pracy]
Ania: Mamo, zdejmij mi miskę z półki.
Ja: [wstaję, zdejmuję miskę z półki]
Ania: [je]
Ja: [wracam do pracy]
Matju: Poproszę jeszcze płatki i mleko!
Ja: Ania, daj mu płatki z mlekiem.
Ania: Nie mogę. Jem.
Ja: A ja nie mogę bo pracuję, ty jesteś w kuchni, czemu twoje "nie mogę" jest ważniejsze od mojego "nie mogę"? Jestem waszą matką, nie służącą.
Ania: Bo jesteś naszą matką, sama chciałaś nas urodzić to teraz się nami zajmuj.

Wnioskując z poziomu asertywności (czytaj: bezczelności), zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno jestem matką tego konkretnego dziecięcia. Córko, your argument is chyba invalid.


środa, 6 lipca 2016

Samoświadomość

Wczoraj.
Ja: Idę po Matiego do przedszkola.
Ania: Tak, idź! Po tego mojego okropnego brata! Nienawidzę go, jest okropny! I moja siostra też jest okropna!
Ja:... ok.

Dziś.
Ania: Mamo, mamo, chodź, muszę ci koniecznie coś powiedzieć.
Ja: ?
Ania: Coś odkryłam!
Ja: ?
Ania [z zadowolonym uśmieszkiem]: Odkryłam, że też jestem okropna, tak jak moje rodzeństwo.



wtorek, 5 lipca 2016

Obiad czyli o sensie życia

Ja: zamiast pracować lecę po zakupy i stoję godzinę nad garami, gotując obiad.
Moje dzieci: Nie będę tego jeść, to jest obrzydliwe.
Moje dzieci za dwadzieścia minut: Jestem głodna. Co mogę zjeść? Jestem głodnaaa. Co mogę zjeeeść? Jestem głodnaaaa. Co mogę zjeeeeść? Jestem głodna. Co mogę zjeeeeść?
Ja: zamiast pracować opędzam się od dzieci i nie mogę się skupić.

Ja: Bycie rodzicem jest takie satysfakcjonujące.


Apdejt: Ania szlocha w pokoju, bo mama ugotowała coś, na co Ania nie miała ochoty. Znaczy to, że mama jest niedobra, Ania jest zrozpaczona i chce umrzeć oraz wolałaby się nigdy nie urodzić, bo jej życie nie ma sensu.
Disklajmer: Przed wyjściem na zakupy powiedziałam co będzie na obiad i nikt nie zgłosił sprzeciwu.

Jak już wspominałam: bycie rodzicem jest naprawdę wspaniałe. 


niedziela, 3 lipca 2016

Problemy współczesności

Ania: Mamo, co mogę zjeść na podwieczorek?
Ja: Cokolwiek znajdziesz w lodówce, ja pracuję.
Ania: Ale ja nie wiem co chcę.
Ja: To nie mój problem, sorry. Ja nie zgadnę przecież.
Ania: A możesz mi coś zaproponować?
Ja: Nie, pracuję. Lodówka jest w kuchni, rozejrzyj się.
Ania [foch]: W dzisiejszych czasach coraz trudniej o dobrą służbę.

I wyszła.

Serio serio, to stwierdzenie wypełzło z ust mojej córki. Tylko patrzeć, jak mnie zwolni z owej - jakże intratnej - posady. Są dni, kiedy nie mogę się doczekać.


niedziela, 19 czerwca 2016

Ile lat ma świat...

... czyli spór ewolucjonizmu z kreacjonizmem.

Kiedy kurier dostarczył mi moje zamówione pięć litrów miodu z warmińskiej pasieki, Ania pokiwała głową z politowaniem:
Ania: Po co aż tyle? Zepsuje się.
Ja: Jemy dużo miodu, nie zdążyłby się zepsuć, nawet gdyby mógł. Ale miód się w zasadzie nie psuje.
Ania: Jak to nie?

Ja: Archeolodzy znaleźli miód, który ma 3500 lat i jeszcze się nadaje do jedzenia. Nasz miód zjemy znacznie szybciej, uwierz mi.

Nastąpiła chwila ciszy.

Ania: Mamo, zmyślasz. Nie mogli znaleźć miodu co ma 3500 lat, bo mamy dopiero 2016 rok.

Ja: ...
Zuza: ...

Ja: Ale to jest rok liczony od narodzin Chrystusa. Przedtem ludzie żyli od wielu tysięcy lat.
Ania: Ale jak to? To kiedy żyli Adam i Ewa?
Zuza: Wcale nie żyli, ale były dinozaury.
Ania: Ale przecież to Pan Bóg stworzył ludzi.
Zuza: Nie, ludzie pochodzą od małp.

Ja: [siadam wygodnie i z torbą mentalnego popcornu obserwuję dyskusję światopoglądową]

Ania: Ale przecież to Pan Bóg stworzył świat, tak jest napisane w Biblii.
Zuza: Ale Biblia to tylko takie opowiadania.
Ania: Nieprawda!
Zuza: W Biblii nie ma o dinozaurach. A dinozaury były. Wszyscy to wiedzą.
Ania: To Biblia kłamie?
Zuza: Nie, tylko opowiada o wszystkim inaczej, to takie jakby bajki o prawdzie.
Ania [wściekła]: Nikomu nie trzeba już wierzyć! To wszystko głupie!

Poszła do pokoju i trzasnęła drzwiami.

Sytuacja na dziś: dinozaury kontra Adam i Ewa - 1:0.

sobota, 4 czerwca 2016

Dzień Dziecka

Średnia dostała na Dzień Dziecka wymarzone białe słuchawki. Do tego starą empetrójkę Męża z wyborem piosenek rozmaitych.

Nie wiem czemu, ale moje dzieci mają trudność ze zrozumieniem koncepcji słuchawek, czyli "ja słyszę co słyszę, ale inni nie słyszą co ja słyszę". W związku z powyższym, od jakiegoś czasu usiłuję pracować, a zza zamkniętych drzwi dobiega mnie wiązanka przebojów Arki Noego, z entuzjazmem i głośno wykonywana muzycznie przez Średnią w słuchawkach. Nie dociera do niej, że jedyne co słyszymy my (i zapewne sąsiedzi) to jej głos, wywrzaskujący rytmicznie i nieco obok właściwej melodii "nie boję sieeeeeę gdy ciemno jeeeeeest, ojciec za rękę prowadzi mnieeeeee!".

Najstarsza za to ma zwyczaj zakładać słuchawki i rozmawiać z filmikami na jutubie. Tymi o Minecrafcie. Plaga dzisiejszych czasów, zaprawdę powiadam wam.




niedziela, 15 maja 2016

Opowieści dziwnej treści

Średnia nadal uprawia kreatywne pisanie w swoim kajeciku. Właśnie odczytała mi opowiadanie o tym jak Panna Kotka była chora i posłała po doktora. Doktor przyjechał, potwierdził chorobę, przepisał lekarstwo. Następnego dnia, uwaga, plot twist... Pannę Kotkę zaczęły jeść myszy. Zjadły ją i zdechły, a Pan Doktor nie wiedział gdzie się podziała.

Średnia zareklamowała ową historię jako opowieść humorystyczną. Po wysłuchaniu ostatniego zdania faktycznie ryknełam śmiechem. Nie wiem o kim gorzej to świadczy - o niej czy o mnie ;)

A tu kolejne horror story na niedzielny wieczór:


czwartek, 12 maja 2016

Literacko

Zadanie z języka polskiego, klasa II.

"Przeczytaj wyrazy. Napisz zabawne opowiadanie, które będzie zawierało podane wyrazy. Pamiętaj, że możesz ich użyć w różnej formie."

Średnia popłynęła na falach kreatywności:


"W zamku mieszkała wróżka i dopadł ją duży nietoperz. Krasnal chciał ją bronić, ale stcurzył, bo uderzył się o korzeń i upadł na pupę."

Ja: ... yyyyy
Średnia: No co! Miało być zabawne! Pupa jest zawsze śmieszna!
Ja: .... yyyyyy
Średnia: No co! Ciesz się, że nie napisałam "dupa".

Odczuwam instynktowną dumę. Moje dziecko niewątpliwie będzie kiedyś pisywać do ogólnopolskich dzienników. Czuje rejestr.

piątek, 6 maja 2016

Żelazna logika

Opowieść z klasy II.

Średnia: Mamo, a mama kolegi X sprzedaje biustonosze! Wszyscy się dziś z tego śmiali!
Ja: No wiesz! A z czego tu się śmiać? Co jest śmiesznego w biustonoszach?
Średnia: No bo biustonosze dotyczą cycków
Ja: PIERSI! PIERSI! Tak sie nazywa ta część ciała! Wrrr.
Średnia: No, i pierwsi to część in... ity..intymna, i pupa to część intymna a pupa dotyczy kupy a kupa jest śmieszna!
Ja: ...



poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Jestem błąd. Dżejms błąd.

Chyba osiągnęłam nowy poziom dna: w poniedziałkowy ranek rozsypałam się psychicznie, przygotowując drugie śniadania do szkoły.

Rozmowa ze Średnią.
- Co chciałabyś na drugie śniadanie? Kanapkę z salami? Albo z serem? Z dżemem?
- [skrzywienie usteczek] Nieee, nie bardzo mam ochotę.
- Jabłko, marchewki, banana, pomidorki koktajlowe? Rzodkiewki?
- Nieeee, nie bardzo [kręci głową]
- Ciasteczka Lu, herbatniki, krakersy?
- Nie.
- Kabanosy?
- [lekki foch] Przecież wiesz że nie lubię kabanosów!
Zaczynam tracić cierpliwość.
- To nie wiem, może po prostu nic, skoro na nic nie masz ochoty. Nic więcej nie mogę ci zaproponować, bo naprawdę nie mam.
- [nagła histeria oraz wyrzut, łzy w oczach] Ale mamo, ja będę głodna! Chcesz, żebym była głodna?!

Tu spuśćmy kurtynę, bo dalszy rozwój wydarzeń nie był ani kształcący, ani budujący.

Wiem, co zrobiłam źle: bardzo chciałam żeby dzieci nie były w szkole głodne i żeby dostały coś, na co mają ochotę, co lubią i co zjedzą, a nie przyniosą z powrotem do domu. Błąd. Nieustanne dogadzanie dzieciom za wszelką cenę to pułapka, w którą rodzice wpadają całymi stadami i w którą ja też wpadam na każdym kroku. Aż cała jestem od tego wpadania poobijana.
Produktem ubocznym takich starań jest zjawisko o nazwie "rozwydrzony bachor, który myśli że świat jest po to by mu służyć", czyli coś, czego serdecznie nie znoszę. Od dziś dzieciątka będą wybierać śniadania z maksymalnie dwóch opcji. Nie zamierzam ich wysyłać do szkoły bez jedzenia, ale wybór: czy zjedzą czy wolą być głodne, pozostawiam im. Nie uciągnę dłużej wszystkich odpowiedzialności, które na siebie wzięłam. Nie dam rady być odpowiedzialna za każdy najdrobniejszy aspekt ich życia, co więcej, nie powinnam takiej odpowiedzialności na siebie brać. A już zupełnie nie jest mi potrzebne zamartwianie się o to, czy szkolne śniadanie zostanie zjedzone.

W ogóle dobrze jest przemyśleć taką sytuację pod kilkoma kątami. Na przykład: kogo ja właściwie usiłuję ratować przed dyskomfortem? Moje dzieci, czy siebie samą sprzed 30 lat? Jeśli to drugie, w takim razie jestem na drodze donikąd.
Nie wolno młodym usuwać sprzed nóg wszystkich przeszkód i niedogodności, co do tego chyba wszyscy się zgadzamy. Ale jak rozróżnić co jest przeszkodą do usunięcia a co nie? Jaki stopień surowości jest odpowiedni i nazywa się "zdrowym rozsądkiem" a jaki subtelnie przechodzi w obojętność czy wręcz okrucieństwo? Wystarczy zajrzeć do komentów pod artykułami o rodzicielstwie, żeby się zorientować, że ilu ludzi, tyle opinii. To, co dla jednych jest normalne, w opinii innych zakrawa na sadyzm. Ja nie wiem, bo nie mam żadnych wzorców na ten temat. Muszę zgadywać.
Im dziecko jest starsze, tym trudniej przychodzą mi takie decyzje. W przypadku niemowlęcia sprawa jest, przynajmniej dla mnie, zupełnie jasna. Ale jeśli chodzi o dwulatka, zaczynam mieć wątpliwości, a przeciez nie można traktować dwulatka jak niemowlęcia, to przepis na katastrofę.
Teraz, przy siedmio- i dziesięciolatce bardzo rzadko jestem pewna czegokolwiek. I będzie tylko gorzej.

Nie ma doskonałych ludzi. Dzieci, ani rodziców. Nie ma zatem i doskonałego rodzicielstwa. Sztuka polega na tym, żeby nie przestać się starać. A chciałoby się, oj czasem by się chciało.



sobota, 2 kwietnia 2016

Autoportret

Średnia: Tak siedziałam i myślałam... I nie wiedziałam co mam narysować. Aż tu nagle, wpadło mi do głowy: AHA! Mogę narysować SIEBIE!


Średnia: Czy widzisz nad moją głową are... aue... arr...
Ja: Aureolę?
Średnia: Tak, właśnie. Narysowałam ją, bo jestem taką WSPANIAŁĄ dziewczynką! Prawda?
Ja [prawie zemdlałam, ale zachowałam twarz pokerzysty]: Oczywiście.

Samozadowolenie, level: expert. Nie wiem skąd ona to bierze, jeśli ode mnie, to nieświadomie.

Dzieci są męczące, opieka nad nimi trudna i frustrująca (w Niedzielę Wielkanocną moje zdolne potomstwo bawiło się tak energicznie, że wyrwało z zawiasów drzwi do swojego pokoju. Dobra Matka ucieszyłaby się, że nic się nikomu nie stało. Niestety, na miejscu byłam tylko ja. Reszta jest milczeniem.). Ale jedno jest pewne: dostarczają rozrywki, co ma znaczenie w chwilach kiedy wszystko, łącznie ze mną, rozpada się na kawałki.
Ania ze swoją aureolą i ego wielkosci Kilimandżaro, Matju wrzeszczący do Zuzy "pobiłaś mnie, jesteś... jesteś... (szuka odpowiednio mocnego słowa) jesteś KARTOFELEM!". Może nie jest wesoło, ale bywa zabawnie.

Świetlicki na deser.



środa, 30 marca 2016

W rodzinie

Zastanawiające... Wszystkie moje dzieci uważają założenie rodziny i rozmnażanie się za coś absolutnie pewnego i niepodlegającego dyskusji. Ania do tego chce zostać przedszkolanką i na widok niemowlaka zawsze robi dziubek i ćwierka "och jaki on słooooooodkiiiii". Że dziewczynki, to jeszcze od biedy rozumiem, ale Matju?
Wczoraj zasypiał, leżałam obok, on coś opowiadał. Słuchałam jednym uchem i wypuszczałam drugim, sama trochę przysypiając, aż nagle padło: "...wtedy, kiedy będę tatą i będę miał własne dzieci. I będę wujkiem bo Zuzia i Ania też będą miały swoje dzieci.". Ocknęłam się natychmiast. Może coś ze mną nie tak, ale tego rodzaju rozważania w ustach czterolatka przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Czy nie powinien przypadkiem opowiadać, że zostanie strażakiem, pilotem albo kosmonautą i wokół takich założeń snuć narrację?
A może po prostu jest realistą.
Na wszelki wypadek dałam mu buziaka w nos i dyskretnie zmieniłam temat.

czwartek, 24 marca 2016

Menu

Dzisiejszy obiad miał być nieco opóźniony, bo nie było mnie w domu. Kiedy wróciłam, nie chciało mi się gotować, więc postanowiłam zamówić pizzę.
Zamawiam i płacę online, więc wołam znad komputera:
- Dzieci, chodźcie tu, wybierzemy pizzę.
Nic.
-Dzieciiiiii!
Nic.
Wstaję więc i idę do dużego pokoju, gdzie zastaję trzy telewizyjne zombie wpatrzone w "Biedronkę i Czarnego Kota".
Ja: Podobno byliście głodni, zamawiam pizzę, chodźcie to wybierzemy.
Dzieci: Ale mamoooo! Jeszcze się nie skończyyyłooooo! Nie teeeraaaz! Nieee!
Ja: Ale pizzę trzeba zamówic jak najszybciej bo o tej porze będzie trzeba sporo czekać.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Chodźcie.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Ok.

Wrócilam do siebie i zamówiłam swoją ulubioną pizzę.
Dostarczono ją, zawołałam dzieci, otworzyłam pudełko.

Matju: Ale to nie margherita! Ja lubię margheritę!
Ania: Bleee, pieczarkiii, ja rzygam po pieczarkach!
Zu: Nie chcę pomidora!

Jeszcze miesiąc temu chyba popłakałabym się z frustracji. Albo wściekłabym się. Nie dziś.

Ja: [ZEN-on] Odmówiliście pomocy przy zamawianiu, musiałam zrobić to sama. W związku z powyższym, wasze dzisiejsze menu obiadowe składa się z pizzy w dwóch smakach do wyboru: "JEDZ" albo "NIE JEDZ".

Zjedli.



niedziela, 20 marca 2016

Bajki

Z czytaniem u nas słabo, mimo wysiłków, ale za to...

Ania wyprosiła ode mnie kolorowy notes z czystymi kartkami. Myślałam, że zrobi z nim to co zwykle robi z zeszytami: oblepi mnóstwem naklejek, zamaże kredkami i wyrzuci.
Zdziwiłam się.

Zeszyt nie wala się po podłodze jak inne. Leży na honorowym miejscu na biurku.


Ania pisze w nim bajki i własnoręcznie je ilustruje :)



Mówi, że bajki są dla Matiego.
A wieczorem siada przy nim na łóżku i czyta mu na głos :) A on słucha :)

czwartek, 25 lutego 2016

Prezent dla mamy

Wczoraj zastałam na biurku to arcydzieło:


z notką:


Jeśli na pierwszy rzut oka nie widać, to spieszę wyjaśnić, że to zakładka, wykonana własnoręcznie przez Anię w szkole.
Ania upewniła się, że znalazłam prezent, po czym zaczęła krążyć wokół biurka i nadawać:
- A widziałaś jakie piękne błyszczące brokatowe naklejki? Ja wzięłam najwięcej.
- Prawda, że jest piękna?
- Kto zrobił najładniejszą zakładkę, prawda, że ja?
- Podoba ci się?
- Kto jest najlepszym dzieckiem ze wszystkich?
- Wzięłam najwięcej brokatowych naklejek!
- Widzisz jakie ładne brokatowe naklejki?
- Kto jest najlepszą córką która kocha swoją mamę?

I tak dalej.
Doceniłam, podziekowałam, pochwaliłam, wyraziłam wdzięczność.

Dziś odprowadziłam Matju do przedszkola a po powrocie zastałam na biurku to:



A po drugiej stronie:


Najskuteczniej rozłożyło mnie: "... I ZWRUĆ MI KRETKĘ" !!!

Cóż, łaska pańska na pstrym koniu jeździ ;)
I nie liczę specjalnie na przysłowiową szklankę wody na starość ;)

środa, 24 lutego 2016

Skąd

Skąd mi się wzięło takie dziecko?:

Ania: Bo jak mi się coś nie udaje, to nie zwracam uwagi i próbuję dalej.

To stwierdzenie nieomal ścięło mnie z nóg. Jest zgodne z prawdą: jeśli Średniej coś nie wychodzi, to owszem, frustruje się, może zapłakać, wściec się, zajęczeć, ale próbuje dalej i nie daje się złamać ani zniechęcić. W odróżnieniu od Zu, która (zupełnie tak samiuteńko jak ja, Zu jest moim klonem pod wieloma względami) najpierw wpada w złość, potem rozpacz i histerię, potem depresję (ja się do niczego nie nadaję, jestem beznadzieeejnaaaa) a potem poddaje się i stwierdza, że to coś, co próbowała zrobić, w sumie nie jest takie strasznie potrzebne. (Na własny użytek nazywam to "zdolnościami adaptacyjnymi". Inni ludzie nazywają to "lenistwem" ;) ale cii, to nie brzmi tak dobrze :D)
Kiedy Średnia dostaje karę, jest zacięta, zawzięta i za wszelką cenę chce pokazać, że kara jej w żaden sposób nie dotyka. "I tak tego nie chciałam!" "Haha, wcale mi nie zależy!" Albo dumny uśmiech i podniesiona głowa w obliczu mega-opierdolu. Zuza i (częściowo) Matju natomiast przejmują się bardzo, czują dużo, potrafią się przyznać do tego co czują i wyrazić to słowami, oraz umieją szczerze przepraszać.
Jak to się stało?

Zadumałam się chwilę nad procesem wychowawczym i jego wpływem na dzieci. Dwie siostry i brat, tak odmienni, a przecież ten sam dom, ci sami rodzice. Te same założenia wychowawcze. Tak bardzo różne efekty.
Przykład, który podałam, jest akurat pozytywny (determinacja w dążeniu do celu to bardzo chwalebna cecha, którą podziwiam). Ale mam i negatywne przykłady, nad którymi na razie wolę się nie zatrzymywać myślą zbyt długo ;)
W każdym razie pociesza mnie trochę fakt, że oprócz mnie są i inne czynniki, które ich kształtują :) Gdybym była w stu procentach odpowiedzialna za ludzików, których wypuszczę w świat, świat mógłby khem khem... ucierpieć ;)



piątek, 5 lutego 2016

Rozmowy rozkojarzone

Możliwe, że jestem ostatnio trochę zmęczona.

Sytuacja pierwsza. Wczesne popołudnie.
Sprowadziłam Anię ze szkolnych zajęć do domu. Wchodzimy. Ania zeznaje, że nie zjadła Danonka, którego dostała w ramach drugiego śniadania.
Ja: To włóż go do szafy.
Ania [najwyraźniej uznaje, że nie należy kwestionować poleceń matki wariatki, więc patrzy na mnie uważnie i całkiem serio pyta]: Do której?
Ja [coś mi się bardzo nie zgadza, dociera do mnie, że chyba nie przekazałam tego komunikatu, o który mi chodziło, więc myślę z całej siły]: Tam... No tam... Tam gdzie zimno.
Ania [wciąż patrzy na mnie uważnie]: Aaaa... yyyy... chodzi ci o lodówkę?
Ja [bingo, eureka, stała się jasność]: Tak! Tak! Do lodówki!
Ania:...


Sytuacja druga. Dopiero co.
Wychodzę spod prysznica, staję przed lustrem. Biorę krem do twarzy, starannie smaruję twarz i okolice oczu,
Czuję się dziwnie.
Oczy zaczynają mnie szczypać i przestaję widzieć.
Bardzo dokładnie posmarowałam się pastą do zębów.
OMG.


Dobranoc :)

wtorek, 12 stycznia 2016

Z bańki

Powszechnie wiadomo, że zdrowie psychiczne zazębia się z fizycznym: przewlekły stres odbija się somatycznie. Z dużym rozmachem.
Owa prawidłowość występuje u mnie w postaci ostrego zapalenia zatok. Kiedy stres trwa za długo i jest go za dużo, organizm mówi "pas" i z nosa zaczyna mi lecieć coś, czego nie powinno się opisywać, boli głowa, bolą zęby, bolą uszy i oczy, błędnik wariuje i jakoś trudno cieszyć się życiem. Antybiotyki pomagają na chwilę, więc staram się ich unikać jak tylko mogę. Pozostają metody naturalne.
Jedną z nich, bardzo skuteczną, są bańki. Dzięki nim już chyba wychodzę na prostą, chociaż wyglądam jak biedronka - cale plecy mam w ciemnych kółkach.

Dziś Ania przyjrzała się moim plecom i zaczęła się śmiać.
Ja: O co chodzi?
Ania: Bo masz na plecach kółka i wiesz jak co wyglądają?
Ja: Yyyy, nie wiem - jak siniaki?
Ania: Nie, jak te kółeczka na pizzy... O, pepperoni!

I widzicie, chociaż nadal jestem półżywa, przynajmniej z czystym sumieniem mogę o sobie powiedzieć, że wyglądam APETYCZNIE.
;)