Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gotowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gotowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 sierpnia 2016

Ten dziwny moment...

... kiedy chcesz zrobić dla swojej rodziny pyszny i zdrowy pasztet z soczewicy, ale niechcący wychodzą ci bułeczki cynamonowe.



I pragnąc naprawić swój błąd i uchronić najbliższych przed cukrzycą, trójglicerydami, cholesterolem, za ciasną gumką w majtkach oraz setką innych kataklizmów i niechybną śmiercią, sama wpie***lasz bohatersko połowę urobku.

Może to twój urok... może to PMS.

niedziela, 4 października 2015

Boker Tov!

Czyli podobno po hebrajsku "Dobrego dnia". Dziś koleżanka W. (niech jej Pan Bóg wynagrodzi) zabrała mnie do Centrum Społeczności Żydowskiej na tamtejsze coniedzielne koszerne śniadanko.
W moim wieku hipsterka już nie przystoi, więc oparłam się pokusie fotografowania tego, co się pojawiało na stole, skupiłam się na dostojnym obżarstwie, a, zaprawde powiadam wam, było co łykać...
Na szczęście w necie słychać o śniadaniach w JCC i na tym BLOGU można obejrzeć serwowane tam smakowitości. Foccaccia była świeża i najpyszniejsza w świecie, to zielone paciajowate coś, co do tej pory nie wiem czym było, smakowało jak import prosto z raju, a marchewka z prażoną cebulką oraz sałatka z ziemniaków rzuciły mnie na kolana i zwiększyły mój obwód w miejscu, gdzie kiedyś mialam talię o jakieś 10 centymetrów. Całe szczęście, że wiedziałam czego się spodziewać i założyłam portki z gumą w pasie. Przezorny zawsze ubezpieczony.

Na TEJ STRONIE znalazłam przepis oraz zdjęcie dania, które na jakiś czas stanie się moim ulubionym przysmakiem :D

Pikantna sałatka z marchewki
wg przepisu Yotama Ottolenghiego i Sami Tamimiego z książki „Jerusalem: A Cookbook”

Składniki:
6 dużych marchewek, obranych
3 łyżki oliwy
1 duża cebula, drobno posiekana
2 łyżki harissy
1/2 łyżeczki startego kuminu
1/2 łyżeczki kminku, mielonego
1/2 łyżeczki cukru
3 łyżki octu
sól morska, do smaku
2 łyżki prażonej cebulki
2 łyżki posiekanej natki pietruszki

Marchewki włóż do szerokiego garnka, zalej wodą na tyle, by przykryła warzywa. Posól wodę i doprowadź do wrzenia. Gotuj na średnim przez ok. 20 minut, aż marchewki będą miękkie. Odcedź, ostudź, pokrój w 3 mm plasterki. Gdy marchewki się gotują, na połowie oliwy usmaż cebulkę, aż będzie złotobrązowa. Resztę oliwy wymieszaj z przyprawami. Polej sosem marchewkę, wymieszaj. Podawaj posypane pietruszką i cebulką.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Dla fanów bananów

Banana bread czyli klasyczny, hamerykański bananowiec. Przepis na specjalne życzenie ;) (pozdrawiam, Dziewczyny! i cieszę się że smakowało :D)

- 3-4 dojrzałe banany (takie z mnóstwem brązowych plamek), obrane i rozgniecione na paćkę
- około 85g roztopionego masła
- 1 szklanka (250ml) cukru (można dać mniej, np 3/4 szklanki, i tak jest pioruńsko słodkie)
- 1 jajko
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (albo ze dwie łyżeczki cukru wanilinowego)
- 1 łyżeczka sody
- szczypta soli
- 1, 5 szklanki mąki
- opcjonalnie: bakalie (zazwyczaj dodaję garść orzechów włoskich i garść suszonej żurawiny)

Rozgrzać piekarnik do 175 stopni. Dodać stopione masło do rozpaćkanych bananów i wymieszać drewnianą łyżką. Dosypać cukier, dodać jajo i wanilię. Wymieszać. Poprószyć sodą i solą, wymieszać, dodać mąkę, wymieszać. Na końcu wsypać bakalie, wymieszać. Wlać ciasto do natłuszczonej foremki o wymiarach 10x20 cm. Piec około godziny (do suchego patyczka).

Możliwe, że to najprostsze ciasto świata ;)

Zdjęcie poglądowe z neta, jakoś do tej pory nie udało mi się sfotografować mojego wypieku:


Smacznego :)

czwartek, 26 marca 2015

Sprawa smaku

W Dublinie mogłam wreszcie kupić ten wynalazek. Dużo o nim słyszałam, chciałam spróbować, ale u nas jest trudno dostępny, chyba tylko na Allegro i ewentualnie w jakichś sklepach typu "kuchnie świata". Natomiast tam stał sobie na półce w pierwszym lepszym supermarkecie.


Wikipedia rzecze: "w smaku przypomina sos sojowy".
Pomyślałam, że to dobrze rokuje, bo sos sojowy pijam prosto z butelki, a (podobną smakowo) pastę miso wyżeram z paczki łyżką (nie wiem czemu ludzie uważają, że to dziwne ;) )
Podobno Marmite albo się kocha albo nienawidzi (WikiHow ma nawet artykuł jak nauczyć się tolerować ten smak, najwyraźniej jest to jakiś problem dla ogółu ludzkości ;)
Spróbowałam i... należę, oczywiście, do zakochanych ;) Podczas każdej kolejnej podróży na Wyspy Brytyjskie, Mąż zostanie obarczony bojowym zadaniem uzupełniania moich zapasów nowego ulubionego przysmaku ;)

czwartek, 24 października 2013

Przegrana batalia serca z rozumem

Rozum mówi - kobieto, zaczynasz przypominać kulę do zorbingu, trzeba by zrzucić z parę kilo.

Serce mówi - jest ci smutno, za dużo jesieni, za mało słońca, ogólna masakra, dół i brak sił. Potrzebujesz CZEKOLADY. I czekolady. I jeszcze więcej czekolady.

Jak zwykle, poszłam za głosem serca i wyprodukowałam cztery blachy czekoladowych ciasteczek. 1/3 zniknęliśmy razem z Mateuszem od razu po wyjęciu z piekarnika. 





Mleko i ciasteczka. Mniam.

sobota, 28 września 2013

Pożreć jesień

Piękna pora roku. Sprzyjająca refleksji, która, jednakowoż, w przypadku osób podatnych na obniżenie nastroju, szybko ewoluuje w depresję.


Jesień to czas na comfort food czyli jedzenie-pocieszacz. Bo kiedy nic nie ma sensu a jedynym pewnikiem jest śmierć i podatki, nikt cie nie kocha, dzieci się drą, głowa boli i jest smutno, samotnie oraz zimno a nowa seria American Horror Story zaczyna się dopiero za tydzień, to się przynajmniej uczciwie najedz. O zwis brzuszny będziemy się martwić później.

Pierwsze danie.

Drugie danie.

Trzecie danie.

Czwarte danie.

Deser.

Więcej deseru.

All you can eat.

Odcinając wszelkie myśli, idę do kuchni.

czwartek, 23 maja 2013

Niebo w gębie

Cinnamon rolls czyli zwijane bułencje z cynamonem i cukrem. Omnomnom, zjem każdą ilość o dowolnej porze. Zakochałam się w tym wynalazku natychmiast, kiedy Best Friend nakarmiła mnie taką bułą w Kanadzie.
Oto ów podniosły moment, uwieczniony dla potomności (7 kilo temu, byłam szczupła i wiotka, ach):



Od niedawna w Polsce działa Cinnabon, jedna z bardziej znanych amerykańskich sieci ciastkosprzedajnych, od nich własnie pochodziło cudo, które zawładnęło moim sercem i żołądkiem. Tyle, że są na razie tylko w Katowicach... Więc jak, kobito, masz ciśnienie na bułę, to albo zasuwaj do Katowic albo se upiecz. Więc se upiekłam.
Przepis znalazłam tutaj.
Zrobiłam same bułki, bez tej pysznej wierzchniej polewy, bo i tak mąż skrytykował mnie zimno i surowo za wypiekanie słodkości w porze kolacyjnej (=niezdrowe i tuczące). Ale bułkę owszem, zjadł ;)

Ciasto drożdżowe wyszło idealnie, rosło jak głupie, w pewnym momencie uciekło mi z miski ;)
Tak wyglądały bułcie w fazie drugiego wyrastania (niezbyt równe, ale co tam, taki urok domowych wypieków, prawdaż;) ):



Tak siedziały w piekarniku:

A wyszły tak:


Zjadłam trzy i tylko zdrowy rozsądek powstrzymał mnie przed dalszą konsumpcją ;)



czwartek, 2 maja 2013

Jeszcze o paszy

Otóż wykonałam bananowca. Banana bread, znaczy się. Efekty były zadziwiające - mnie całkiem smakuje, zwłaszcza z herbatą/kawą. Ma miłą, gliniastą konsystencję (lubię, im bardziej glinowate ciasto czy chleb tym bardziej mi smakuje) a smród bananów nie jest dominujący ;)
Zuzia (która banany jada rzadko i jednym zębem) pożarła trzy kawałki i domaga się więcej, "mamo, będziesz mi robić takie ciasto? jest pyyyyszne!". Natomiast Ania, maniaczka bananów w postaci surowej, ugryzła, wykrzywiła się i wypluła. "Fuj, niedoble." A byłam taka pewna. Że polubi.
Jeśli chodzi o Kluska to nic sie nie zmieniło, przed ciastem bananowym ucieka z krzykiem tak samo jak przed bananami saute.
"Nieeeee, bleeeeee!"

W kulinarnym szale stworzyłam dziś również lody z awokado. Jak wyjdą jadalne, to opowiem. Na razie podziwiłam subtelny, zielonkawy kolorek ;)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Spożywczo

Za masłem orzechowym nie przepadam, jest dla mnie jadalne tylko pod grubą warstwą Nutelli lub w postaci ciasteczek. Mniam. A TE są wyjątkowo pyszne. Piekę je ostatnio codziennie i znikają błyskawicznie.
Matju ciastek nie tyka, natomiast radośnie wylizuje trzepaczki od miksera. Wylizawszy, przychodzi do mnie i podaje trzepaczkę, mówiąc grzecznie: "popi, mama!" co w jego języku oznacza "proszę", "potrzymaj" albo "popilnuj". Nie ma to jak dobre maniery ;)



Następnym moim krokiem na polu kuchni północnoamerykańskiej będzie BANANA BREAD. Upiekę głównie dla Ani, bo jest fanatyczną wielbicielką bananów. Sama muszę się przekonać do tego żółtego świństwa, bo zdrowe... Stawiam sobie wyzwanie, bo od samego zapachu bananów odrzuca mnie na kilometr. Nawiasem mówiąc, Mateusz, kiedy podstawiam mu banana pod nos, ucieka, machając rękami i krzycząc "nieeee, bleee!". Moja krew.

niedziela, 30 grudnia 2012

Rodzinne rozrywki

Dziś po południu doznałam traumy - Kluś dziabnął mnie w pierś tak mocno, że poplamiłam bluzkę krwią. Uznałam, że to bolesne doświadczenie uprawnia mnie do regeneracyjnej drzemki, więc wypięłam się na wszystko, oznajmiłam, że idę spać i poszłam spać.
Małżonek w tym czasie postanowił spędzić czas kreatywnie - zaczęli z Zu robić ciasteczka :) Matju oczywiście spadał na nich jak jastrząb z każdej strony a, odganiany, podnosił alarm, który słychać było w całym bloku. A z pewnością w sypialni, przez co musiałam spać z poduszką na głowie. Cóż za niedogodność! :P
W końcu nie wytrzymałam, zwlokłam się z łóżka i zaczęłam robić dokumentacje fotograficzną.

Zu była bardzo przejęta swoim poważnym zadaniem.


Tata pilnował ergonomicznego wykorzystania ciasta ;)



Matju pomagał. Bardzo się starał.



Zrobiłam lukier i zabraliśmy się za, jak mówi Ania, lukierowanie.





Ciasteczka wyszły znakomite. Gdybyż tylko Małżonek nie wydawał ich nam po sztuce na raz ;)

Matju jest nie do zdarcia. Nie nadążam z usuwaniem przedmiotów z jego zasięgu. Nie da się przy nim zrobić dosłownie nic, jest w pięciu miejscach na raz a rąk ma chyba ze dwadzieścia. I energii tyle, że mógłby zasilać cale miasto.



poniedziałek, 26 listopada 2012

Proszę Państwa, oto MIŚ...

Nie wiem kto ustanowił Dzień Pluszowego Misia, ale myślę o nim raczej nieżyczliwie. A czemu? Albowiem przysparza mi pracy co roku, wrrr.
Na początku listopada otrzymałam z przedszkola następującą informację:

"26.11 Dzień Pluszowego Misia - tak jak w tamtym roku szkolnym, organizujemy konkurs na najładniejszego i najbardziej pomysłowego misia. Dzieci wykonują misia w domu wraz z rodzicami. W tym roku temat przewodni to "Miś, którego można zjeść". Jurorami w konkursie będą dzieci - twórca wybranego przez jury misia otrzyma nagrodę."

Cóż było robić? W niedzielny wieczór zabrałam się za wykonywanie misia w domu wraz z dzieckiem. Poszłam po najmniejszej linii oporu - zagniotłam kruche ciasto i zrobiłam misiowe ciacha. Ukręciłam lukier, wyciągnęłam kolorowe groszki i postawiłam Średnią przy stole, żeby misia ozdobiła. Działała samodzielnie, ponieważ całą moją uwagę i energię pochłaniało powstrzymywanie wyjącego Najmłodszego od ataku desantowego z powietrza na blachę z misiami.
Rezultat mógłby śmiało startować w konkursie z okazji Dnia Pluszowego Zombie ;) Ale grunt, że miała co zabrać do przedszkola.

Misiowa rodzinka zombie:


Konkursu oczywiście nie wygraliśmy (och, doprawdy nie wiem czemu :PPP ) ale misie były pyszne :P

wtorek, 20 listopada 2012

Gospodarka niedoboru

W związku z różnymi okolicznościami życiowymi, nasza sytuacja finansowa jest daleka od ideału. Jest tak bardzo daleka od ideału, że dziś nie miałam za co zrobić zakupów, a pieczywo się akurat skończyło... Jednakowoż, jako, że jestem perfekcyjną panią domu ;) zamiast chleba będziemy jeść dziś na kolację pyszne, drożdżowe bułeczki :) Koleżanka na fejsie podzieliła się przepisem (Ithil, jeszcze raz bardzo wielkie dzięki!).

A leci to tak:


350g wody lub mleka
50g oleju
jajko
615 - 625g mąki
25g drożdży
cukier, sól

Składniki wrzuciłam do automatu chlebowego, który odpracował za mnie proces wyrabiania i wyrastania ciasta. Pewnie można też ręcznie, ale oprócz tego, że jestem perfekcyjna ;) , jestem też zmęczona, więc dopóki nie muszę, nie będę się przepracowywać ;)
Ulepiłam bułeczki, posmarowałam mlekiem, żeby się ładnie zrumieniły i wstawiłam na 30 minut do piekarnika nagrzanego do 200 stopni.

Gotowy produkt wygląda tak:



Są pyszne, miękkie, cięższe i bardziej mięsiste od dmuchanych bułek ze sklepu. I, w przeciwieństwie do tamtych, mają smak :)

piątek, 2 listopada 2012

Na osłodę

Aktualnie trwa długi weekend. Ludziska wypoczywają między jedną wyprawą na cmentarz a drugą. Ja nie wypoczywam, bo moje dzieciątka wstały o 4.30 :)
Teraz hasają sobie radośnie wszyscy troje (bawią się we wróżki - Zuzia jest Kwiatową Wróżką, Ania jest Wróżką Zębuszką a Mateusz jest dzidziusiem. Zabawa polega na galopowaniu w stadzie po korytarzu i produkowaniu jak największego hałasu.). Usiłuję nie myśleć o tym, co czują sąsiedzi z dołu. Za to mam czas na spokojne śniadanie i blogowanie :)

Trochę późno, ale lepiej późno, niż wcale:


... czyli sezon dyniowy. Jeszcze kilka lat temu trudno było u nas o dynię. Teraz na każdym straganie i w każdym warzywniaku piętrzą się zachęcające, pomarańczowe stosy, obowiązkowo zwieńczone dyniową, szczerzącą się gębą.
Co roku ulegam dyniowemu czarowi i przerabiam owo użyteczne warzywo na ciasta oraz prażone pestki. W ilościach hurtowych.
Moja ulubiona wersja to klasyczna tarta dyniowa, czyli w języku language - pumpkin pie. Lubię to słowo, brzmi zabawnie.
Smakuje znacznie lepiej niż wygląda ;)


Żeby zrobić tartę dyniową, trzeba najpierw mieć puree z dyni. W krajach cywilizowanych kupuje się je w puszkach, w supermarkecie. Jako, że żyjemy w kraju niezbyt cywilizowanym oraz jesteśmy ekonomiczni i ekologiczni - puree robimy sami.

Dynię pozbawiamy pestek i flaków ze środka. Kroimy na ćwiartki, ćwiartki na pół. Układamy kawałki na blasze do pieczenia miąższem do dołu, nalewamy na blachę szklankę wody i wstawiamy do piekarnika, nagrzanego do 200 stopni. Pół godziny powinno załatwić sprawę, jeśli warzywo stawia opór, to dłużej. Dynia po upieczeniu ma być miękka (pomocny w ocenie jest test widelca).

Wyjmujemy dynię z piekarnika, czekamy aż ostygnie. Następnie wyskrobujemy z niej upieczony miąższ. Zazwyczaj robię to łyżką do lodów, bo tak najwygodniej.
Wrzucamy do malaksera i miksujemy na gładkie puree. I już :) Prościzna :)
Nadmiar puree można, a nawet należy zamrozić na zimę :)

Do tarty potrzebujemy też kruchego ciasta. Mam swój niezawodny przepis, który sprawdza się jako spód do słodkich tart oraz szarlotki:

375 gram mąki (nie jestem w stanie zapamiętać ile to szklanek), najlepsza jest krupczatka
1 szklanka cukru (najlepiej pudru)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Suche składniki wsypujemy na blat i mieszamy rękami. Świetna zabawa dla dzieci.

Następnie wyciągamy z lodówki masło (1 i 1/5 kostki) lub margarynę (1 kostka), wrzucamy do suchych składników i siekamy nożem, aż kawałki masła będą mniej więcej wielkości ziaren fasoli. Czyli dość drobno.

Wyjmujemy z lodówki jajko i wbijamy do ciasta. Szybko zagniatamy. Pakujemy kulę ciasta w folię i wkładamy na co najmniej godzinę do lodówki. Można zrobić więcej, zamrozić i mieć z głowy.
Z tej porcji ciasta wychodzą mi dwa spody do tarty.

Jeszcze tylko dyniowe nadzienie:

Do miski wrzucamy:

2 szklanki puree z dyni
1/2 - 1 łyżeczki mielonego imbiru
1/2 - 1 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki kardamonu
szczypta mielonych goździków
1 łyżeczka soli
4 jaja, lekko ubite
1 szklankę miodu
1/2 szklanki mleka
1/2 szklanki słodkiej śmietanki

Mieszamy. Starcza na wsad do 2 niedużych tart.

Formę do tarty smarujemy masłem, wykładamy rozwałkowanym ciastem. Wlewamy nadzienie. Pieczemy w temperaturze 205 stopni przez około godzinę, albo do momentu, kiedy nóż/patyczek wbity w ciasto około 4 cm od brzegu będzie mniej więcej suchy.

Najlepsza lekko ciepła, z bitą śmietaną.
Mlask ;)

poniedziałek, 29 października 2012

Jest ci smutno, jest ci źle? Idź do kuchni, nażryj się! ;)


Oto brownie.



Kocham. Uwielbiam. No bo kto nie lubi czekolady? Zazwyczaj robiłam brownie z przepisu Nigelli, ale Ktoś podzielił się ze mną recepturą, która Nigellę pokonała w przedbiegach. To ciasto jest proste, nie ma prawa się nie udać, jest przepyszne i dużo tańsze ;)

Przepis:

Do miski wsypujemy:

1/2 szklanki mąki
1/2 szklanki gorzkiego kakao
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
1 szklankę siekanych orzechów włoskich

Żeby złamać smak gorzkiej czekolady, dodaję jeszcze autorsko 1/2 szklanki odtłuszczonego mleka w proszku, ale nie jest to konieczne.
Można nie dodawać orzechów. Zamiast nich wrzucam czasem to, co akurat mam pod ręką - orzechy laskowe, rodzynki, ostatnio mieszankę studencką.

W garnku na małym ogniu roztapiamy 1/2 szklanki masła (albo margaryny, z masłem jest oczywiście lepsze, ale droższe ;) jako, że nie mam pojęcia ile to 1/2 szklanki masła, biorę nieco więcej niż pół 200-gramowej kostki).

Kiedy masło się roztopi, wsypujemy do garnka 1 szklankę cukru, wbijamy dwa duże jajka i wlewamy łyżeczkę esencji waniliowej (albo wsypujemy opakowanie cukru wanilinowego). Mieszamy wszystko dokładnie i wlewamy do suchych składników.

Mieszamy. Całość wlewamy do blachy, foremki czy czegoś tam (wysmarowanej masłem). Pieczemy 25-30 minut w temperaturze 180 stopni. Ciasto z wierzchu powinno być lekko suche, w środku czekoladowo wilgotne i miękkie.
Voila! Siadać i zjadać :) Najlepsze lekko ciepłe.
Jeśli ktoś jest w głębokim dołku i potrzebuje ekstra pocieszenia, można podrasować lodami lub bitą śmietaną ;)

Pełniutki talerz lepkiej, czekoladowej błogości, do tego mocna, gorąca herbata i świat nie jest już taki nieprzyjazny jak przed chwilą ;) Tyłek rośnie i rośnie, ale kto by się tym przejmował... Wszak trzeba dbać o linię a linia musi być gruba i wyraźna ;)

piątek, 7 września 2012

Codzienne poyerbanie


Moje dzieci przed osiągnięciem szacownego wieku 3 lat sypiają niezbyt dobrze. W zasadzie bardzo źle. Skutkiem tego nie dane mi się było wyspać porządnie od jakichś 6 lat.
Przedwczoraj, na ten przykład, Kluś cierpiał z powodu biegunki i zęba, więc trzymał mnie na nogach od 1 do 3.30 w nocy.
Niegdyś unikałam kawy jak ognia, bo nie cierpię kawowego paskudnego smaku, obecnie jestem w stanie wypić trzy filiżanki tego świństwa dziennie, na przemian z dwoma litrami Pepsi Max. A i to czasem nie pomaga, pod wieczór obijam się o meble i słaniam na nogach, marząc tylko o utracie przytomności w miękkiej pościeli.
Kiedy kilka dni temu przyłapałam się na otwieraniu drugiej dwulitrowej butelki Pepsi przed godziną 16.00, stwierdziłam, że czas wyciągnąć ciężką kofeinową artylerię.
Teraz będzie subtelny product placement ;)
Otóż, wróciłam do zarzuconego kilkanaście miesięcy temu zwyczaju picia yerba mate. Smakuje, pachnie i wygląda jak zalane wodą sianko, ale daje zaprawdę potężnego kopa. Kawa może się schować.
No i ten szyk oraz szpan, kiedy tuptasz po ulicy z kubeczkiem, wystającą z niego dziwną rurką i termosikiem pod pachą ;) Tak, swego czasu kultywowałam ten szlachetny południowoamerykanski zwyczaj w mojej okolicy, budząc niekiedy uśmiechy politowania ;)
Skończyły mi się zapasy ziela, które Małżonek przywlókł z Argentyny, więc musiałam się zaopatrzyć lokalnie. Zamówiłam mate z Yerba Mate Store. Preferuję wersje dosmaczane, więc nabyłam cytrynową, ziołową i miodową.
Siorbię po argentyńsku - tę samą porcję sianka zalewam kilkakrotnie woda z termosu (woda musi mieć około 80 stopni, żeby nie przedobrzyć, mam nawet termometr ;) Można zalewać mlekiem, wtedy nazywa się to mate de leche, ale na samą myśl o smaku ciepłego mleka robi mi się słabo, więc nie zaryzykuję.
Zalety są nie do przecenienia - już po drugim kubku umysł mam ostry jak brzytwa, latam po domu robiąc pięć rzeczy na raz, chcę działać, wydatnie mi wzrasta poziom optymizmu i nie odczuwam tego ogólnego, smętnego życiowego zwisu. Poza tym - mate hamuje apetyt, co nie jest bez znaczenia, ponieważ, jak wiadomo, przemęczony i pozbawiony snu organizm domaga się węglowodanów. Ludzie, którzy za mało sypiają mają niepowstrzymane parcie na słodycze... Czuję to w biodrach, bo nowe spodnie już się nie dopinają ;) A więc... Nutello spier***aj :P
Co więcej - yerba nie wywołuje u mnie syndromu kofeinowego: rozedrgania, łomotania serca, zawrotów głowy, niepokoju i innych niedogodności. Czysta energia.
Do picia yerby przydaje się kilka przedmiotów: naczynko czyli matero, rurka czyli bombilla (uwielbiam to słowo, zawsze się przy nim uśmiecham :P), termometr (sianko zalane zbyt gorącą wodą jest zmarnowane i smakuje jeszcze gorzej niż normalnie ;) i termos (zapas wody w odpowiedniej temperaturze).
Używam yerbonaczyń ceramicznych, z czystego lenistwa. Tradycjonaliści siorbią z naczyń wykonanych z tykwy , nazywa się to calabaza i wygląda bardzo trędi, podobno poprawia smak mate, ale wymaga pielęgnacji, specjalnego przygotowania do użytku a do tego jest drogie i cieknie ;)
W sumie jedynym sprzętem tak naprawdę niezbędnym dla siorbacza jest bombilla. Bez bombilli zielsko włazi w zęby i psuje całą przyjemność.



To ja sobie teraz posiedzę, lekceważąc dookolny rozgardiasz i siorbnę. Ruszę się dopiero kiedy stosunek zombie do człowieka zmniejszy mi się do minimum 20% ;)

środa, 14 września 2011

Peanut butter cookies

Ciasteczka z masłem orzechowym. Zaraz po nutelli moje ulubione pocieszacze :) Przepis znalazłam na stronie Marthy Stewart. Zamieszczam na prośbę i dla potomności ;)

1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka sody
1/4 łyżeczki soli

110 g masła w temperaturze pokojowej
1 szklanka cukru (białego lub brązowego)
cukier wanilinowy (w oryginale był ekstrakt z wanilii)
1 duże jajo
1 szklanka masła orzechowego

opcjonalnie:  1 tabliczka czekolady, drobno posiekana

Zmiksować masło z cukrem i cukrem wanilinowym na gładko, dodać jajo, zmiksować, dodać masło orzechowe, miksować na wolnych obrotach aż wszystko się połączy. Dodać suche składniki, wyrobić ciasto. Dodać kawałki czekolady, wymieszać.
Ciasto trzeba wstawić do lodówki na co najmniej godzinę.
Potem formować kulki wielkości mniej więcej orzecha włoskiego, lekko je spłaszczyć, układać na blaszce na papierze do pieczenia w odległości ok. 5 cm.
Piec w temperaturze 180C przez mniej więcej 12-14 minut. Studzić na kratce. Świeżo wyjęte z piekarnika są miękkie, na powietrzu twardnieją i robią się pysznie chrupkie :)

niedziela, 6 czerwca 2010

Bobożercy

Usilnie pracujemy nad antypatią Zuzi do jedzenia wędlin. Powiedziałby kto - ale po co? Przecież wędliny to sama sól i konserwanty... Odpowiem - bo moje dziecko żywi się, póki co, serkami Danio, składającymi się z cukru i konserwantów, a w wędlinach jest przynajmniej odrobina łatwo przyswajalnego białka...
Takie oto coś spostrzegłam w firmowym sklepie Olewnika:

Nazywa się "Smakołyk Boba" a widoczna na kiełbasie gęba należy, jak zakładam, do Boba Budowniczego :)
Podstęp zadziałał, kanapka z Bobem została skonsumowana. Liczę po cichu na rozszerzenie oferty Olewnika o padlinę z wzorkiem na przykład w kwiatki :)

poniedziałek, 3 marca 2008

Nigella ruleeeez

Najlepszy z Mężów wczoraj wrócił z USA. Zuza utonęła w nowych zabawkach, mnie też skapnęło cos niecoś;) Między innymi książka kucharska.
Mam taką dziwną manię - uwielbiam książki kucharskie. Kocham czytać przepisy, analizować, porównywać i czasem nawet wypróbowywać co prostsze potrawy. Oczywiście zawsze robię się przy tym okropnie głoda i przypuszczam co jakiś czas gwałtowne ataki na lodówkę. Pewnie dlatego wyglądam tak jak wyglądam, ale co tam :)
Tym razem Mąż dostarczył mi książkę Nigelli Lawson jeszcze niedostępną w Polsce. Oboje uwielbiamy Nigellę L. i nie wiem kto bardziej - Raf czy ja. Jest mi dokładnie obojętne jakie sa jej przekonania polityczne, wyznanie, czy jest inteligentna, jak sie ubiera i czy ma w życiu prywatnym wredny charakter. Kocham patrzeć jak gotuje i już ;)
"Nigella express" to 130 przepisów na potrawy, ktore mozna przygotować w kilka(naście) minut. Twarda oprawa, gruby papier. Jeden przepis (przejrzyście, w formie ponumerowanych punktów ) na stronie, zeby nie trzeba było odwracać kartek w trakcie gotowania. Przed każdym przepisem - krótkie omówienie, często pełne humoru. Do tego absolutnie piękne zdjęcia - co poniekóre miałam ochotę polizać;) Oczywiście są tam i takie potrawy, ktorych raczej nie przyrządzę, niby skąd mam wziąć małże na przykład... Ale większośc jest jak najbardziej do wykorzystania, mniam mniam. Nawet te dziwaczne angielskie miary nie są przeszkodą, bo już dawno temu Małżonek zaopatrzył mnie przezornie w komplet porządnych amerykańskich miarek kuchennych oraz elektroniczną wagę, i te cholerne cupy i ozy nie mogą mnie powstrzymac :P
Wczoraj cały dzień przeglądałam tę książkę, wkutek czego w nocy śniły mi się talerze z puddingami, ciasta, lody i pieczony drób :P Jestem głodnaaaa :)

piątek, 18 stycznia 2008

Najlepsze Ciasto

Drogi Czytelniku, mam dziś wenę i natchnienie mnie pcha, więc chcesz czy nie chcesz, zostaniesz uszczęśliwiony jeszcze jednym przepisem, tym razem spożywczym.
Jest to przepis na Najlepsze Ciasto Na Świecie, noszące banalną nazwę "miodownik". Zapewniam, że choć ciut pracochłonne, jest warte każdej minuty poświęconej na jego wytworzenie:)

Ciasto
3 szklanki mąki
1,5 szklanki cukru
0,5 kostki masła
3 jaja
3 łyżki miodu
3 łyżeczki sody

Masa
1 litr mleka
0,5 szklanki kaszy manny
kostka masła
1,5 szklanki cukru pudru
zapach waniliowy/śmietanowy

Polewa
1/4 kostki margaryny
7 łyżeczek cukru
7 łyżeczek wody
2 łyżki kakao

Włożyć wszystkie składniki do garnka i gotować na małym ogniu azż się cukier rozpuści i polewa zacznie gęstnieć. Zamiast polewy można użyć kajmaku z mleka skondensowanego.

Ciasto: utrzeć jaja z cukrem i masłem, dodać miód, sodę, mąkę i zagnieść ciasto. Podzielić je na 3 równe części i zrobić z nich 3 jednakowe placki. Upiec ciasto na jasnobrązowy kolor (20 min. w ok 180 stopni). Nie nagrzewać piekarnika przed wstawieniem blach. Po upieczeniu placki ostudzić i każdy rozciąć na 2 równe części.

Masa: Utrzeć masło z cukrem i, cały czas ucierając, dodawać powoli ugotowaną na mleku ZIMNĄ kaszę mannę. Na koniec wlać zapach. Przełożyć placki kremem, owinąc ciasto folią i odstawić w chłodne miejsce na 1-2 dni by nabrało wilgoci. Potem wyciągnąć, polać polewą i posypać np. włoskimi orzechami.

Gotowy wyrób wygląda mniej więcej tak (szczęście że zdążyłam mu zrobić zdjęcie, bo znikał z prędkością światła :D