Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w dół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w dół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 marca 2016

Przydatny poradnik

W gąszczu internetowych artykułów na temat "jak pomóc smutasowi" jeden szczególnie trafny zwrócił moją uwagę. zamieszczam ku pamięci.












wtorek, 16 lutego 2016

Ukryty wymiar

Co widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?

Widzą wysoką, niestarannie ubraną i nieuczesaną matkę z kilkuletnim synem. Widzą jak syn biegnie do osiedlowej furtki, otwiera, przepuszcza matkę. Matka dziękuje, bierze syna za rękę, idą. Wszystko wygląda normalnie.

Ludzie widzą jak dwadzieścia metrów dalej syn staje jak wmurowany i oznajmia, że chce pić.
Być może widzą jak matka próbuje wytłumaczyć, że nie ma ze sobą wody ani pieniędzy i że za kilka minut w przedszkolu (do którego jest bardzo, bardzo blisko, ludzie nie wiedzą, ale matka wie, nie wybrałaby się bez wody w daleką drogę) syn dostanie tyle picia ile tylko zechce. Jeszcze chwilka.

Widzą jak syn zaczyna podnosić głos i odmawia pójścia dalej. Widzą jak matka ciągnie go za ramię do przejścia dla pieszych, a on krzyczy "nieeeee!". Widzą jak syn chce się wyrwać prosto na ulicę, między samochody, a matka trzyma go obiema rękami.

Po drugiej stronie ulicy syn staje w błocie, tupie i mówi, że nie pójdzie dalej jeśli nie dostanie pić. TERAZ. Matka wreszcie traci cierpliwość i wrzeszczy. Syn zaczyna płakać. Nadal krzyczy "nie". Nie chce iść, chociaż na dojście do przedszkola potrzebują już tylko 3-4 minut. Ludzie nie wiedzą, syn nie wie, choć powinien, ale matka wie i ewidentnie doprowadza ją to do szału. Wyraźnie wściekła ciągnie syna za rękę dalej i za zakretem znikają z oczu publiczności zgromadzonej na chodniku. Koniec przedstawienia.

Czego nie widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?

Nie widzą porannej walki syna z matką o wszystko: o serek waniliowy, który jest nie taki jak trzeba, o ubieranie, o robienie kupy, o mycie zębów, o zakładanie butów, o wychodzenie z domu. Starszych sióstr, które rano nie podrapią się samodzielnie po tyłku, jeśli się im o tym nie przypomni i wiecznie się kłócą. Nie widzą, że ojciec wyjechał i matka musi ogarnąć sama to, co zazwyczaj z trudem ogarniają we dwoje. Nie widzą niewyspania, które od dziesięciu lat ciągnie się za matką jak ołowiana kula i powoli wykańcza. Nie widzą problemów osobistych, których nie wypada opisywać, bo, jak sama nazwa wskazuje, są osobiste, ale bolą jak ropiejąca rana co nie ma szans się zagoić w najbliższej przyszłości. Nie widzą wreszcie żalu ani poczucia winy, dławiących matkę cały czas od momentu, kiedy straciła cierpliwość.
Nie trzeba rzucać słowem, ani biblijnym kamieniem. Nikt nie ukarze krnąbrnej matki boleśniej, niż ona sama.

Kiedy byłam Doskonałą Mamą, czyli zanim zaszłam w ciążę, wiedziałam wszystko lepiej. Patrzyłam z potępieniem na takie krzyczące matki. Przecież z dzieckiem można rozmawiać, wytłumaczyć mu, dzieci są mądre, zrozumieją. Ta kobieta jest niewydolna i nieudolna, jak tak można, MNIE SIĘ TO NIGDY NIE ZDARZY. Wiem co mam robić.
Zabawne, prawda?

Troje dzieci, depresja i stany lękowe nauczyły mnie pokory i wstrzemięźliwości w wydawaniu sądów. Zdaje mi się, że ludzie, którym puszczają nerwy, najbardziej potrzebują wsparcia, a nie potępiających spojrzeń, świętojebliwej wyższości i werbalnych kopniaków. Z doświadczenia wiem, że odrobina życzliwości potrafi błyskawicznie obniżyć temperaturę konfliktu.
Każdego.


I staram się o tym nie zapominać.

niedziela, 20 grudnia 2015

Relax

Dziś pieczemy pierniczki. Mam przeczucie, że oprócz mąki, jajec i przyprawy do pierników powinnam mieć pod ręką coś na uspokojenie.



Video z bogatej kolekcji The Honest Guys na jutubie. Oprócz standardowego medytacyjnego pitu pitu mają na przykład takie dziwności jak osiem godzin deszczu, padającego na brezent namiotu. Czasem włączam sobie do czytania. Pogoda taka beznadziejna, że na prawdziwy, porządny deszcz nie ma co liczyć.

czwartek, 3 września 2015

Sposób na porost dzieci

Ania: Mamo, a trzeba płacić za to, że dzieci rosną?
Ja: Trzeba im kupować jedzenie, za pieniądze, w sklepie.
Ania [autentyczne zdziwienie]: A to dzieci rosną od jedzenia???
Ja: No tak, a od czego innego?
Ania: No, od URODZIN! Im więcej urodzin, tym dziecko starsze!

To już wiem jak zaoszczędzić kasę, jedzenie, jak widać, nie jest dzieciom potrzebne ;)

Cytat na dziś:
“God, but life is loneliness, despite all the opiates, despite the shrill tinsel gaiety of "parties" with no purpose, despite the false grinning faces we all wear. And when at last you find someone to whom you feel you can pour out your soul, you stop in shock at the words you utter - they are so rusty, so ugly, so meaningless and feeble from being kept in the small cramped dark inside you so long. Yes, there is joy, fulfillment and companionship - but the loneliness of the soul in its appalling self-consciousness is horrible and overpowering.”
― Sylvia Plath, The Unabridged Journals of Sylvia Plath





niedziela, 23 sierpnia 2015

Historia pewnej znajomości

Poznałam P w 2002 roku, kiedy, po studiach i 8 miesiącach rozpaczliwych poszukiwań przyjęto mnie do pracy do Dużej Firmy. Byłam wystraszona, zagubiona i początkująca, a P miała więcej doświadczenia i chętnie się nim dzieliła.

Była niepoprawną optymistką, zawsze uśmiechniętą, zawsze życzliwą i chętną do pomocy. Sama była na wskroś dobra i niezachwianie wierzyła, że świat jest dobry; lubiłam z nią przebywać, wtedy sama nasiąkałam jej pozytywną aurą. Dużo mówiła, często się śmiała, nie umiała żyć bez kawy, była bardzo ładna, bardzo zadbana i elegancka, miała świetne wyczucie stylu i słabość do butów, których nazbierała ogromne mnóstwo.

Miała urodziny w tym samym dniu, co mój Matju.

Życie nie było dla niej łagodne, sporo przeszła, ale wszystko znosiła pogodnie, cierpliwie i z humorem.

Mniej więcej dwa lata temu urodziła ślicznego synka. Poznałam go osobiście jeszcze przed urodzeniem, poklepując maminy brzuch i namawiając, żeby zechciał kopnąć ciocię. Przy kolejnym spotkaniu miał cztery miesiące i nie mogłam się od niego oderwać. Potem oglądałam zdjęcia i patrzyłam jak rośnie, słuchałam co już potrafi i podziwiałam jaki jest cudny i mądry i grzeczny.

Miała przyjaciół i znajomych znacznie bliższych niż ja, ale byłyśmy w stałym kontakcie i dzięki niej było mi w życiu jaśniej i cieplej.

Powtarzałyśmy sobie że musimy sie znowu spotkać, bo już za długo się nie widziałyśmy. Zawsze coś wypadało, a teraz już za późno.

W piątek, 21 sierpnia, nagle zmarła.

Powiedziano mi o tym wczoraj, w sobotnie popołudnie, i zupełnie nie radzę sobie z tą wiedzą.
Patrzę na jej ostatni komentarz na moim blogu, sprzed dwóch tygodni. Patrzę na nasz czat z zeszłej środy, kiedy jej synek, korzystając z nieuwagi mamy, spryskał mieszkanie płynem do mycia szyb. Śmiałyśmy się z tego. A dwa dni później już jej nie ma. Mały chłopczyk został bez mamy. Nie potrafię w to uwierzyć. Nie umiem się z tym pogodzić.
Świat nie stanął w miejscu, ale życie jednej rodziny się zatrzymało. A ja zatrzymałam się razem z nim. Żałoba jest samotnym zadaniem a smutek jest niepożądany towarzysko jak trąd. Będę więc płakać po cichu i może kiedyś dostrzegę w tym wszystkim jakiś sens.



poniedziałek, 13 lipca 2015

Momencik

W tym miejscu miał powstać pamiętnikarsko-humorystyczny post na temat naszych wakacji na Mazurach. I powstanie. jak tylko ogarnę rotawirusa, który od tygodnia usiłuje mnie wykończyć i towarzyszącą mu kompletną psychiczną rozsypkę.

Tymczasem:


wtorek, 16 czerwca 2015

Jeśli wiesz co chcę powiedzieć

No muszę, nie wytrzymam.
Trafiłam w sieci na akcję, która mnie poruszyła.
Pojawiło się sporo podobnych tekstów, niektóre bardziej przejmujące, inne mniej. W tym konkretnym potrząsnął mną jeden argument:

"Zabijając się odchodzisz. Ale świat pozostaje. Bez Ciebie będzie bardziej beznadziejny. Bo wszyscy, których znasz będą na zawsze dotknięci Twoim odejściem. Im nie będzie lepiej. Oni nie zrozumieją. Nawet rodziny osób popełniających samobójstwo w dramatycznych okolicznościach cierpią, ponieważ wiedzą jaki psychiczny ból wiąże się z targnięciem na własne życie. Ta świadomość pozostaje z nimi na zawsze. To nie jest tak, że kiedyś zapomną. Wszystkie wspomnienia związane z Tobą będą za każdym razem wracać do jednego punktu. Zawsze będą Cię pamiętać, słysząc o samobójstwie w wiadomościach czy w przypadkowych rozmowach, czytając o nim w książkach czy gazetach. Nawet jeśli wydaje Ci się, że jest bardzo źle, oni zdecydowanie na to nie zasługują."

Potrząsnął mną, ale nie w sposób zamierzony przez autora. Bo ja się nie zgadzam. Nie zgadzam się na to, żeby człowieka u kresu wytrzymałości, cierpiącego i emocjonalnie poszarpanego  obarczać dodatkową odpowiedzialnością "bo inni". Zwłaszcza, że czasem ci "zatroskani" inni znajdą czas na rozrywki i zamulanie się  przed telewizorem, ale nie znajdą nigdy czasu żeby porozmawiać, albo przez godzinę słuchać jak tylko płaczesz, bo nie masz siły mówić a w głowie mgła. Wszyscy są tacy zajęci. Albo nie wierzą, że spotkało cię to, co cię spotkało, cokolwiek to było. Bo "ileż można się nad sobą użalać", "nie przesadzaj", "wszyscy maja ciężko", "weź pigułkę i się uspokój". Nie wszyscy dostają wsparcie, którego potrzebują.

To czasem skuteczny argument, nie przeczę. I, przyznaję, o to w sumie chodzi. W najgorszych chwilach migała mi jedna myśl - "nie mogę tego zrobić dzieciom". Tyle, że taka myśl to żadne pokrzepienie, ale kolejny kamień do ciężaru, który ledwie wlokłam z dnia na dzień. 

Zamiast "oni na to nie zasługują", powiedziałabym "TY zasługujesz na to, żeby żyć. TY jesteś najważniejszy. Żyj dla siebie. Wytrzymaj. Spróbuj. Szukaj pomocy, telefonu zaufania, lekarza, terapeuty. Warto, nawet kiedy wydaje się, że nie ma nadziei i nie ma światła i nie ma nic przed tobą; że to koniec i nic dobrego się nie zdarzy i już nie wytrzymasz. Zdarzy się. Ból minie, i strach, i rozpacz. I bedziesz wolny. Zasługujesz na to."

Człowiekowi w pułapce trzeba dać przestrzeń, a nie ją odbierać.

wtorek, 5 maja 2015

Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć :)

Taka fajna mała dziewczyneczka z pasją :)



Kolejną rzeczą z cyklu "tego się nie da opisać" jest (przynajmniej dla mnie) niemal każde zetknięcie z NFZ. Wczorajszy wieczór spędziłam na SORze ze spuchniętym, obolałym okiem i zaburzeniami widzenia. Wszystko skończyło się dobrze, czyli dostałam się do okulisty w trybie pilnym (zanim dostałabym się do lekarza w tybie niepilnym, oko prawdopodobnie by mi zgniło i samo wypadło. Czasem myślę, że to jest logika państwowej służby zdrowia - niech pacjenci czekają tak długo aż najsłabsi padną ;) taki pierwszy odsiew ;)
Za to dziś, przy śniadaniu, któraś stacja radiowa poinformowała w wiadomościach, że, uwaga, wielki sukces, od teraz komornicy mają możliwość szybko sprawdzić, czy wyrok sądu, który dostali do egzekucji, jest prawdziwy. Czyli do tej pory można było wstawić komuś na kark komornika sfałszowanym wyrokiem. Odjęło mi mowę i przypomniałam sobie, czemu właściwie unikam wiadomości :)




piątek, 24 kwietnia 2015

Dobranoc



Orze na ugorze

Matju jest w domu, od tygodnia nie chodzi do przedszkola.
Siadam do pracy.

"...kompleksowy montaż konstrukcji systemowych ścian i sufitów..."
- Mamaaa, kupisz mi Playdoh?
- Tak! Ale teraz bądź cicho, muszę pracować.
"kompleksowy montaż konstrukcji systemo..."
- Mamaaaa, nie lubię tej kanapki, zrób mi jajecznicęęęęę.
Wstaję i robię jajecznicę, przecież musi coś zjeść, a jak mu nie zrobię to nie zamilknie.
"kompleksowy montaż konstrukcji systemowych..."
- Mamaaa, przełącz na inny prograaam!
Synu przełącz sobie sam, ja muszę tu skończyć, bądź cicho.
"kompleksowy..."
- Mamaaa, ja chcę hokejeeee!
"kompleksowy montaż..."
- Mamaaaa, czy są jeszcze naklejkiii?
"kom..."
- Mamaaaa, chcę iśc na plac zabaw! Chcę iiiiśććććć [ryk]
- Nie, teraz nie możemy, ja pracuję a ty jestes chory.
"kompleksowy montaż kon..."
- Mamaaaaa, a kupisz mi spajdermena?
- Tak, kupię ci co chcesz, tylko zamilknij bo muszę to skończyć!
"kompleksowy montaż konstrukcji syst..."
- Mamaaaaaa, chce na opaaaa!!!
"kompleksowy montaż..."
- Mamaaaaaa...!!!!!
"kompleksowy..."
- Mamaaaaaaaa...!!!!!
"kom..."
- Mamaaaaaa!!!!!


Z grubsza tak to wyglada. Po kilku godzinach jestem psychicznym wrakiem, a po powrocie dziewczyn ze szkoły, kiedy "mamaaa!!!" mnoży się razy trzy oraz dochodzą wrzaski tłukących się Ani i Matju, nader często myślę o ucieczce. I o spaniu. Stracić przytomność albo być gdzie indziej. W karaibskim hotelu dla singli. W drewnianej chacie w Bieszczadach. W namiocie na Mazurach. W samolocie do Australii. Ratunku.

Stoję w kuchni i obieram ziemniaki na obiad. Kiedy tylko odwrócę sie do Matju plecami, on z radosnym rechotem usiłuje mi wbić w tyłek plastikowy zabawkowy nóż.Zabieram narzędzie. Za chwilę przychodzi z kolejnym (ile na litość boską mamy w domu plastikowych zabawkowych noży???). Zabieram i ten. Wraca z drewnianym młotkiem. Zabieram młotek, wszystko kładę wysoko na półce w przedpokoju. Wracam do kuchni, trzeba przygotować obiad w miarę szybko.
JEBUT! Koszmarny łomot. Obieraczka wypada mi z ręki. ŁAAAAA ŁAAAAAAA! Wycie.
Idę sprawdzić co się stało.
Matju zapragnąl odzyskac swoje utensylia. Koło regału w przedpokoju ustawił przyciągnięte z pokoju obok krzesło komputerowe (na kółkach), na nim ustawił plastikowy stołek. Wspiął się na to i spadł.
Już nie ryczy, ale nie wygląda jakby się czegoś nauczył, prawdopodobnie zrobi to drugi raz bez chwili namysłu.



czwartek, 23 kwietnia 2015

Maska

Wszystko w porządku, mam się doskonale, poradzę sobie, nie ma o czym mówić.


Tylko co czynić wypada, kiedy maska na gębie zaczyna pękać? Kiedy nerwy wibrują tak, że wprawiają ręce w dygot, a stężony krzyk przemocą wyrywa się z gardła. Wszystko w porządku, wszystko cudownie, bo kogo obchodzi, że wcale nie.


Nie wiem czy to zmęczenie czy kryzys egzystencjalny, ale nadal nie widzę sensu w niczym. Mam w sobie tyle życia ile zdechłe żaby z eksperymentów Galvaniego. Zmagania ostatnich kilku lat wypaliły mnie wewnętrznie na żużel, a ostatnie miesiące zaorały mi psychę jak pole kartofli.

Siedzę więc teraz nad szklanką wina i, żując 200-gramowy kawałek żółtego sera, snuję rozważania o sensie życia. Jak każda szanująca się podstarzała gospodyni domowa w kryzysie wieku średniego.

Pokruszyło się to, w co wierzyłam i na czym się przez lata opierałam, ilość rozczarowań przekroczyła dopuszczalne normy unijne. Zderzyłam się czołowo z elementarną prawdą: "Umiesz liczyć - licz na siebie, twoje życie innych jebie." I niesłychanie trudno było mi się z tym pogodzić (proces nadal trwa i jeszcze pewnie potrwa). Trochę późno, rzec by można, na czterdziestkę mi idzie a dopiero teraz zorientowałam się, że zasadniczo ufność nie popłaca a dobroć się nie zwraca. I wszyscy jesteśmy osobni, tak osobni i wsobni, że boli sama myśl.

Oglądam filmik z pewnego korporacyjnego "iwentu". Mam za zadanie przełożyć na obce narzecze niezbyt składne wypowiedzi przemówców. Patrzę na ten cyrk, małpy w garniturach, przekonane o swojej ważności i wyższości, zza obowiązkowych profesjonalnych uśmiechów wypadają wiązki życiowych pseudoprawd, tak bzdurnych że puszczają od nich zwieracze. Oni udają że to serio, publicznośc udaje że łyka te debilizmy i im smakuje, wszyscy klaszczą, uśmiechamy się uprzejmie, brawo!
Teatr, wszędzie teatr, wszyscy razem wystawiamy jakąś sztukę nowoczesną w obcym języku, a reżysera brak.

środa, 22 kwietnia 2015

Wszędzie dobrze


Trawa jest zawsze zieleńsza tam, gdzie nas nie ma.
Wydawało mi się, że dostąpię szczęśliwości jeśli: podejmę jakąkolwiek działalność zarobkową/ podejmę działalność zarobkową, która nie będzie budzić mojej niechęci/dzieci podrosną/przyjdzie wiosna/ cokolwiek innego. Jeszcze tylko to/tamto/owamto i już wszystko będzie dobrze, już za chwileczkę już za momencik.
Błąd.
Czegokolwiek nie zrobię, gdziekolwiek nie pójdę, z kimkolwiek się nie zadam, wszędzie noszę w głowie swoje pogorzelisko. Nie ma na to rady.
Podśpiewuję:
"Cóż, jedną matką jaką znasz jest nadzieja, głupią matkę masz... jeśli wiesz co chcę powiedzieć." (Nosowska jest dobra na każdą okazję.)

Tymczasem znikłam pod stosem obowiązków. Matju ma atopowe zapalenie skóry, parę dni temu pogorszyło mu się drastycznie. Nie sypiam dłużej niż 4 godziny, bo biedak płacze przez sen i się drapie do krwi, trzeba go uspokajać, czasem smarować mazidłami, a on tego nie lubi.
Właśnie wtedy, kiedy postanowiłam, że zatrzymam go w domu na tydzień (bo akurat nie mam żadnej pilnej pracy przecież, zajmę się chorym dzieckiem, trochę wreszcie mieszkanie ogarnę przy okazji) w ciągu dwóch godzin sypnęło mi taką ilością zleceń i zadań, że nie wiem gdzie mam przód a gdzie tył. To oczywiście dobrze, jest praca, hurra. I oczywiście źle, jest praca zsynchronizowana z chorym dzieckiem.
Brak sił, ostateczna, nieodwołalna, kompletna, bezlitosna padaka.
Chciałam wrócić do biegania. Niestety, pokonanie rano dystansu z łóżka do łazienki całkowicie wyczerpuje mój limit energetyczny na dany dzień. Chyba się jeszcze wstrzymam z dbaniem o formę.


piątek, 27 marca 2015

Tylko tyle

... mam do powiedzenia.



Uczcijmy minutą ciszy wszystko to, co miałam zrobić "kiedy dzieci pójdą spać". Niestety, nie zanosi się na to, żebym zdołała nawet zacząć.
Frustrację  zawsze można zagłuszyć sałatką. Z winogron. W płynie. Sfermentowanych. No dobra, winem. Można zalać winem. Zdrowie.

czwartek, 12 lutego 2015

Zniekształcenia poznawcze czyli jak sobie zrobić źle

Są to niewłaściwie podłączone kabelki w mózgu, które wpuszczają właściciela tegoż mózgu w automatyczną petlę samoudręczenia i zmieniają życie w piekło. Pierwszy raz zetknęłam się opisem tychże mechanizmów w książce Davida D. Burnsa "Feeling Good - the New Mood Therapy". Objawienie.

TUTAJ jest artykuł po polsku, może nie powala, ale przekazuje co trzeba.

Nieszczęście polega na tym, że owe schematy myślowe są automatyczne. Ustaliły się gdzieś głęboko na bazie naszych doświadczeń i prób radzenia sobie z nimi. Odpalają się jak petardy bez udziału naszej świadomoci. Generują negatywne emocje, poczucie porażki, beznadziei, nienawiści do samego siebie; zapętlają w samonapędzającej sie rozpaczy. Potrafią wyprodukować w końcu reakcje fizyczne, od zwykłego napięcia mięśni i migren po -w przypadkach bardziej kłopotliwych - bóle niewiele słabsze od porodowych (mówię z osobistego doświadczenia, bo doznałam i jednych i drugich. Tak, nerwostany mogą boleć zupełnie fizycznie.).

Szczęście natomiast polega na tym, że można się nauczyć wyhaczać mentalne pułapki na poziomie metakognicji, czyli "myślenia o myśleniu". Wtedy możemy rozbrajać  bomby zanim zdążą zaorać nam psychę i sprowadzić nas na OIOM z przedawkowania tabletek.

Bomba Pierwsza: Filtr mentalny

"Widzenie tunelowe – postrzegasz wyłącznie jeden element danej sytuacji. Każdy z nas posiada własny tunel, własne filtry. Depresja i urazy karmią się wrażliwością na utratę i ślepotą na osiągane korzyści. Lęki wyostrzają najdrobniejsze zagrożenia do rangi poważnego problemu. Gniew kieruje percepcję w stronę przejawów niesprawiedliwości, nie dostrzegasz wtedy żadnych dowodów na istnienie uczciwości. Pamięć staje się wybitnie selektywna – pamiętasz tylko negatywne doświadczenia. Kluczowe słowa to: „okropny, straszny, beznadziejny, niewyobrażalny”.
Kluczowe zdanie: „nie wytrzymam tego dłużej”."

Należy dodać - postrzegamy wyłącznie elementy negatywne, które zabarwiają całą sytuację na jeden ponury kolor. Dzieci są zmęczone, wieczorem szaleją oraz wrzeszczą i nie dają chwili spokoju na pracę = jestem beznadziejną matką, zmarnowałam sobie życie. Kiedy przypadkiem i wbrew mym wysiłkom w oko wpadnie jakiś pozytyw, należy go umniejszyć, wysmiać i przywalić gnojem, a tak w ogóle to tylko zbieg okoliczności, że stało się coś dobrego i nie ma to znaczenia w obliczu ogólnego nieszczęścia.

Bomba Druga: Wszystko Albo Nic

"Oparte na wyborach „albo-albo”. Pryzmat skrajności. „Jeśli coś nie jest perfekcyjne, to jest beznadziejne”, „skoro nie jestem geniuszem, to jestem imbecylem”, „skoro nie jestem bogaty, to jestem nieudacznikiem”."


Jeśli nie znam sześciu języków, to znaczy że jestem durna. Jeśli moje dzieci zachowują się niezgodnie z oczekiwaniami/nie tak dobrze jak dzieci innych rodziców, to znaczy że jestem złą matką.  Jeśli ktoś prosi o przeformułowanie jednego zdania, to znaczy, że nic nie umiem a moja praca nie jest nic warta. I tak dalej. Grunt to sobie nie odpuscić ani nie wybaczyć. Wyrozumiałość wobec siebie to wymówki dla mięczaków, prawdziwy ninja dowala sam sobie rytmicznie prawym sierpowym dopóki jego psycha nie przybierze formy krwawego puddingu. Wtedy można zacząć płakać.

Bomba Trzecia: Generalizacja

"Bardzo ogólne wnioski na podstawie pojedynczych doświadczeń. „Już nigdy nikt mnie nie pokocha”, „nigdy nie znajdę pracy”, „zawsze będę nieszczęśliwy”. Generalizacje przybierają formę określeń absolutnych. Mogą też występować w formie globalnych etykiet przyznawanych ludziom, miejscom, przedmiotom. „Kompletny buc”, „konserwatyści to wsteczniacy”, „Warszawa to miejsce wyścigu szczurów”, „urzędasy to idioci”."

To co przytrafiło mi się raz, będzie przytrafiać się zawsze. Nikt mnie nie lubi. Nigdy nie będzie lepiej. Nic się nie zmieni.  Charakterystyczne słowa, przy których powinna zamigać czerwona dioda: "nic", "nikt", "nigdy".

Bomba Czwarta: Czytanie w Myślach czyli Fusy i Szklana Kula

"Zakładasz, że wiesz, co dana osoba myśli, czuje i co nią powoduje. „On tylko tak udaje, bo jest zazdrosny”, „on chce mnie zwolnić” – po spotkaniu z szefem, który zapytał o termin ukończenia projektu; „moje dzieci mnie ignorują, nie jestem im do niczego potrzebna” – wracam z podróży, a dzieci właśnie wychodzą do kina."

O mój Boże, to długo była moja specjalność. Byłam najlepszą wróżką-telepatką na tym nie najlepszym ze światów. Tylko, dziwnym trafem, odbierałam głównie niechęć i pochodne niechęci, na podstawie dowolnych przesłanek. No dobra, przesłanki czasem były,ale to tylko pogarszało sprawę. Dobrze jest skonsultować się w razie wątpliwości z kimś względnie zrównoważonym, kto bedzie umiał dokonać racjonalnej i obiektywnej oceny sytuacji.

Bomba Piąta: Myślenie Katastroficzne

"Mały przeciek w dnie łodzi jest równoznaczny z jej zatopieniem. Ból głowy to rak mózgu. Przegrany przetarg to bankructwo. Brak sms-a to koniec związku. Płodna wyobraźnia katastrofisty nie ma granic."

Wylądujemy na bruku. Przytrafi się nam wypadek (to moja ulubiona przepowiednia, bo miałam dwa wypadki i wiem, że owszem, naprawdę się zdarzają). Oni już nigdy sie do mnie nie odezwą. Umrę z głodu na ulicy. Dzieci mnie znienawidzą. Możliwości są praktycznie nieograniczone, można puścić wodze fantazji i zwalić sobie na głowę dowolną ilość wydumanych katastrof a następnie wpaść w panikę na ich tle. Trick  polega na tym, że mózg niespecjalnie odróżnia fantazję od rzeczywistości, więc na barwne fantasmagorie reaguje z przytupem, wysyłając właściciela na chemicznych skrzydłach histerii prosto do krainy pokoi bez klamek i miękkich wdzianek z rękawkami sznurowanymi na pleckach.

Bomba Szósta: Efekt Lornetki

"Na ogół jest to wyolbrzymianie zagrożeń i minimalizacja własnego potencjału. Ten schemat myślenia posiada odcień zagrożenia i histerycznego pesymizmu. Małe pomyłki stają się wielkimi porażkami. Drobne sugestie to jadowita krytyka."

Wyolbrzymianie i pomniejszanie. Wyolbrzymiamy wpadki, umniejszamy zasługi. Pochwalili za coś? Przypadek. Udało mi się. Dostałam pomoc i to w zasadzie ten co pomógł to ma największe zasługi. Drobiazg. Nic specjalnego. Nie warto nawet wspominać. Każdy to potrafi.
Coś się spieprzyło? To dlatego, że jestem taka beznadziejna, moja bardzo wielka wina. Najmocniej przepraszam, muszę się oddalić w celu zapadnięcia się pod ziemię.

Bomba Siódma: You talkin' to me?!

"Zakładasz, że wszystko, co robią inni, stanowi reakcję na Ciebie. Porównujesz się do innych, starając się określić, kto lepiej wypada w tym zestawieniu.”Dzieci są smutne, bo ja jestem złą matką”, „on jest zmęczony, bo ja się nie sprawdzam jako partnerka”, „szef się wścieka, bo ja jestem kiepskim sprzedawcą”, „ona tańczy lepiej ode mnie”."

Przypomina mi się sytuacja z okresu studiów, kiedy to w wynajmowanym lokum, po drodze do łazienki, usłyszałam fragment rozmowy współlokatorek, siedzących akurat w kuchni. Byłam absolutnie przekonana, że rozmawiają o mnie i mają pretensje. Wkroczyłam do kuchni jak burza, stanęłam przed nimi i wygarnęłam im co myślę o obgadywaniu, obelgałam je soczyście oraz wybuchłam płaczem. Zrobiły wielkie i przerażone oczy, albowiem rozmawiały o czymś zupełnie innym... Zostałam uspokojona, posadzona na stołeczku i napojona piwem. Cud że mnie nie wyeksmitowały, zawsze miałam szczęście do dobrych i cierpliwych znajomych ;)

Wielu ludzi tak ma - przechodzisz koło grupki młodocianych a oni akurat wybuchają gromkim rechotem. Śmieją się z ciebie? Na pewno tak. Mąż wraca z pracy wkurwiony jak stado szerszeni. Kochanie co zrobiłam źle? Przyjaciele nie są szczególnie przyjacielscy. Na pewno ich zawiodłam, rozczarowałam i teraz mną gardzą.

Ach, no i nie zapominajmy o porównaniach, tym jakże konstruktywnym hobby. You're out of my league. Nie dorastam. Gdybym umiała grać na harfie/programować w Malbolge/wędzić szynkę z własnoręcznie upolowanego renifera/śpiewać sopranem/mówić po mandaryńsku/ hodować manaty/pierdzieć brokatem/pisać bestsellerowe powieści/ malować stopami/stenografować językiem  ooo, to wtedy owszem,  by mnie lubili i cenili i byłabym coś warta, ale tak to nieeee.

Bomba Ósma: Powinnam

"Posiadasz zestaw żelaznych reguł, według których inni powinni się zachowywać. Ludzie łamiący te zasady denerwują Cię, a łamanie ich przez Ciebie wywołuje poczucie winy. „Mąż powinien zabierać mnie na wycieczki i na obiad w niedziele, bo przecież każdy kochający mąż tak robi. Skoro on tego nie robi, to znaczy, że mnie nie kocha i myśli wyłącznie o sobie. Człowiek myślący wyłącznie o sobie nie jest zdolny do żadnej miłości poza własną”.

Najpowszechniejsze powinności:

• powinienem być rozważny
• powinienem być doskonałym kochankiem, ojcem, przyjacielem, rodzicem, nauczycielem, studentem, małżonkiem, menedżerem, synem…
• powinienem godnie wytrzymywać wszelkie przeciwności
• powinienem być w stanie szybko poradzić sobie z każdym problemem
• nigdy nie powinienem czuć urazy
• zawsze powinienem być zadowolony
• powinienem rozumieć, wiedzieć i przewidywać wszystko
• zawsze powinienem być spontaniczny, jednocześnie kontrolując swoje uczucia
• nigdy nie wolno mi dopuszczać do siebie pewnych emocji, takich jak gniew czy zazdrość
• nigdy nie powinienem popełniać błędów
• moje emocje powinny być stałe, jeśli kogoś kocham, powinno tak być zawsze
• powinienem mieć własne zdanie, nie narażając się jednak innym
• nie powinienem być chory ani zmęczony
• zawsze powinienem dawać z siebie wszystko"

Och tak. Posiadam zestaw reguł i scenariusz każdej sytuacji. Niestety, nikt mi nie czyta w myślach i scenariusza się nie trzyma, co jest źródłem frustracji wielkiej jak dziura budżetowa.
Powinnam./Nie powinnam. Już tak nie mówię, ale czasem zdarza mi się myśleć. Zdradliwa ścieżka, bo pozornie służy motywacji. Ale to fałszywa motywacja, która obciąża umysł, wysysa energię i w efekcie prowadzi do kompletnej padaki. Jestem tak zmęczona "motywowaniem", że nie mam siły na działanie. Wtedy w głowie wyskakuje mały wściekły nazista, który systematycznie punktuje wszystkie niewykonane powinności, przy każdej dowalając na odlew batem i obelgami. Po odhaczeniu całej listy zaczyna od początku. Po jakimś czasie ma się ochotę tylko zasnąć. Najlepiej snem wiecznym.

Brzmi absurdalnie? Kiedy włączają się w głowie takie obwody, nie ma w tym ani krzty absurdu. Myśli robią się bardziej rzeczywiste niż sama rzeczywistość. I trzeba sporej determinacji, żeby z nimi walczyć. Niestety, często się przegrywa.

środa, 11 lutego 2015

Zmartwica

Stan wewnętrznej martwoty wskutek zamartwiania i umartwiania. Ciężko ciężko coraz ciężej i pstryk, emo bezpiecznik puszcza. I przestaje cię cokolwiek obchodzić :)


Szkoda, że to tak krótko trwa.

O, to jeszcze zarzucę muzyczny klasyk na wieczór.

"Well I guess I should stick up for myself
But I really think it's better this way"



Wygłuszam sobie nim dziecięce wycie. Niech sobie wyją, szkraby kochane. Róbta co chceta albo nic nie róbta, ja się jeszcze pouczę.

Matju jest w fazie pytań "a co to?". A co to? Mąka. A co to mąka? Taki proszek ze zboża. A co to zboża? To co rośnie na polu i jest mielone na mąkę. A co to mąka? Taki gładki proszek. A co to gładki? Bez kawałków. A co to wałków?

I tak dalej. Można sobie pogadać :)

Dziś rocznica śmierci Lady Lazarus.

"Dying
Is an art, like everything else.
I do it exceptionally well.

I do it so it feels like hell.
I do it so it feels real.
I guess you could say I’ve a call.

It’s easy enough to do it in a cell.
It’s easy enough to do it and stay put."

wtorek, 10 lutego 2015

Śpiączka

Proszę jaki śliczny obrazek z serduszkiem. W sam raz na kartkę dla tego, kogo kochasz. ;)


A dziś uczyłam się do egzaminu. Była mniej więcej 14.30. Robiłam notatki i ostatnia rzecz, którą pamiętam, to "Metoda gramatyczno - tłumaczeniowa"...
Otworzyłam oczy. Godzina 15.30. Spałam z twarzą na laptopie, spadły mi okulary. Kubek z herbatą leżał na podlodze, już bez herbaty, rzecz jasna. Na szczęście powódź ominęła urządzenia elektroniczne, ale trochę notatek popłynęło, muszę je przepisać jeszcze raz. Spóźniłam się po dzieci do szkoły.
Nie pamiętam jak to się stało. Wypiłam dziś trzy kawy. Herbat mocnych jak siekiera nawet nie liczę. I nie pamiętam jak to się stało, że zasnęłam.
Zasypiam w autobusie, co jest problemem, bo naraża mnie na utratę dóbr materialnych. Zasypiam czekając na dzieci pod szkołą, mrożąc sobie tyłek na mokrej ławce, głowa oparta o kolana jak menel na Centralnym. Zasypiam pod prysznicem. Kąpieli nawet nie próbuję, nie wiem czy wyszłabym z niej żywa.
Niestety w łóżku nie zasypiam, wszystko co ściga mnie w ciągu dnia i z czym sobie nie radzę wskutek zmęczenia, dopada mnie w nocy, szarpie i upomina "nie zrobiłaś tego, masz pamiętać o tamtym, znowu zapomniałaś o tym, jutro weź się za to, czeka cię tamto, nie możesz już odkładać tego bla bla bla". Odpływam, budzę się, odpływam, budzę się, wstaję zrąbana jak koń po westernie, wkładam glowę w chomąto i wiśta wio, ciągniemy nowy dzień! ;)
Ale popatrzmy pozytywnie - zaliczyłam godzinną drzemkę ;) Także tego... jest zajebiście ;)

niedziela, 8 lutego 2015

Odpływ

Wszystko wokoło jawi mi się jako makieta z papier-mache oglądana przez grubą szybę.


sobota, 7 lutego 2015

NieMoc bedzie z tobą

Obijam się w ołowianym pancerzu zmęczenia. Jak grzechotka w ręku epileptyka podczas trzęsienia ziemi. Nie mam kiedy odpocząć.
Zmęczenie nasila stany lękowe i wywołuje chęć natychmiastowego ukrycia się w pościeli i spędzenia tam najbliższych 10 lat w stanie hibernacji. Z domyślnie wystawionym w stronę świata środkowym palcem.
Kapią na mnie kolejne obowiązki i sprawy do załatwienia. Oczekiwania i wymagania. Zalało mnie i tonę pomalutku. Zlecenia, zaliczenia, eseje, pilne terminy, obowiązki, dzieci, pierdylion rzeczy do zapamiętania, na przykład prace domowe, rachunki, opłaty, umowy, kuchcikowo w przedszkolu i to, że przed wyjściem z domu trzeba założyć spodnie (albo chociaż ogolić nogi, na wszelki wypadek). Frustracja i bezsiła kiedy zegar tyka, czas mija a wokół chaos i nic się nie da. Nie dostarczam. Nie daję rady. Zawalam. I nie wybaczam sobie.
Presja rośnie, każda, nawet najdrobniejsza czynność nabiera rangi testu, a surowym egzaminatorem może być ktokolwiek. Córka, której nie smakuje obiad bo mamo  ja nie lubię ale w zeszły piątek lubiłaś ale teraz już nie lubię. Niezadowolony klient czy mogłaby to pani przerobić tak żeby było inaczej. Syn, wściekły bo musi iść do przedszkola mamo ja nie chcęęęęęę, nie lubię cięęęęę łup pierdut a masz a masz niedobra mama. Koleżanka, która się nie odzywa. Mąż, który, jak się okazuje, nie chciał na śniadanie bułki z ziarnami tylko białą bo ziarnkowe sa do hamburgerów ale ja już posmarowałam masłem no to zeskrob masło i odłóż tę bułkę bo one sa do hamburgerów no przecież ci wczoraj powiedziałem.
Oblewam egzaminy kilkanaście razy dziennie. Zbieram te porażki jak koraliki na długim, długim sznureczku. Zwierzyłam się Ktosiowi. Ktoś mi odrzekł, że robię z siebie ofiarę. Drogi Ktosiu, chętnie związałabym cię i upalowała na moim miejscu. Ciekawe jak szybko będziesz spierdalać po kilku dobach mnąbycia. Następnym razem kiedy znowu przygniecie mnie lawina twojej wyższości chyba będę musiała zadzwonić po GOPR.
Czas do roboty. Nie mam się kim wyręczyć. A samo się nie zrobi.


piątek, 30 stycznia 2015

"W życia wędrówce na połowie czasu"

"W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu."

To oczywiście początek "Boskiej Komedii" Dantego. W mordującym neurony przekładzie Porębowicza. Tłucze mi się ostatnio w głowie, bo te trzy wersy opisują coś, czego (chyba) od kilku lat doświadczam - kryzys wieku średniego.

Czy na tym on właśnie polega? Że nagle, nie widząc jak i skąd, znajdujesz się w miejscu, w którym wcale nie chciałeś być? I nie wiadomo jak się stamtąd wydostać? I żaden Wergiliusz nie przyjdzie i nie wyprowadzi za raczkę z kłopotu. Na światło rozumu już cokolwiek za późno.

Nagle zdajesz sobie sprawę z upływającego czasu i kurczących się możliwości.

I z błędów, które w swej młodzieńczej durnocie popełniłeś, a ich konsekwencje będziesz ponosić przez resztę życia. Błędy. Błędy. Błędy. Konstelacje błędów, a wszystkie świecą tak jasno, że odbierają wzrok i resztki nadziei. Przecież można było tylu rzeczy uniknąć. Tylko wybrać inaczej. Nie bać się.

Właśnie, gdybym mogła dwudziestoletniej sobie przesłać ostrzeżenie w jednym zdaniu, napisałabym "przestań się bać".

I tak bym pewnie nie przestała. Chcę w to wierzyć. Determinizm mym przyjacielem jest. Usprawiedliwieniem. Słodkim kłamstwem. Miłosierdziem, które sama sobie wydzielam zbyt skąpo a potrzebuję jak powietrza. Wybierałam tak, jak umiałam najlepiej. W to muszę wierzyć, bo jeśli nie, jeśli zacznę grzebać w fundamentach przeszłości i wyciągać cegły i wybijać dziury, rozpadnę się całkiem. Nie tamta dwudziestoletnia ja, która bała się wszystkiego, tylko ta tutaj, trzydziestoośmioletnia matka trójki, która boi się wszystkiego i oddycha stratą.

Strata. Motyw przewodni. Wszystko czym nie będę. Wszędzie gdzie nie będę. Wszyscy z którymi nie będę. Wszystko czego mi odmówiono. Wszystko co okazało się nie takie jakie wierzyłam że jest. Wszystko czego mi brak, niewiele przecież tego, a wszystko. Przebudzenie boli jak kopnięcie konia. Ciesz się z tego co masz? Ja wiem, co mam, wiem dobrze, i to nie jest to co widzisz.
Na każdym kroku, w artykule z internetu, w piosence z radia, w zapachu powietrza i kolorze chmur który taki sam jak wtedy - wybuchają emogranaty i nie dają żyć bo jak tu żyć kiedy w gardle szlam.

Gdzieś mi się zapodziało poczucie wyjątkowości. Tego, że moje życie jest ważne i cos warte. Że czemuś służy. Że jest komuś potrzebne. Teraz jestem tylko mrówką, która żyje wśród innych mrówek. Żyje wyłącznie dzięki przypadkowi - bo nikt mnie jeszcze nie napadł i nie zadźgał, bo moje DNA nie wyprodukowało jeszcze nowotworu, bo samochód ze mną w środku jeszcze nie wpadł w poślizg, bo rzuciło mnie na świat we względnie spokojnym kraju a nie w favelach Rio. Przypadek, suma przypadków, kompletnie nieprzewidywalnych i bezlitosnych. Za mną czarno, przede mną czarno a Los rzuca kości.


Muzyka. Na skołtunione sny, słone poranki i gorycz porażki na zębach.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Sekret

Nie mogę mówić, mówi więc za mnie Andrew Solomon.
Wracam do tego filmu raz na jakiś czas. Czuję się mniej odosobniona i spisana na straty.



"And then the anxiety set in. If you told me that I'd have to be depressed for the next month, I would say, "As long I know it'll be over in November, I can do it." But if you said to me, "You have to have acute anxiety for the next month," I would rather slit my wrist than go through it. It was the feeling all the time like that feeling you have if you're walking and you slip or trip and the ground is rushing up at you, but instead of lasting half a second, the way that does, it lasted for six months. It's a sensation of being afraid all the time but not even knowing what it is that you're afraid of. And it was at that point that I began to think that it was just too painful to be alive, and that the only reason not to kill oneself was so as not to hurt other people."

"If you experience a catastrophic loss, and you feel terrible, and six months later you can barely function at all, then it's probably a depression that was triggered by the catastrophic circumstances. The trajectory tells us a great deal. People think of depression as being just sadness. It's much, much too much sadness, much too much grief at far too slight a cause."

 "I was singing to blot out the things my mind was saying, which were, 'You are nothing. You are nobody. You don't even deserve to live.' "

"You don't think in depression that you've put on a gray veil and are seeing the world through the haze of a bad mood. You think that the veil has been taken away, the veil of happiness, and that now you're seeing truly. It's easier to help schizophrenics who perceive that there's something foreign inside of them that needs to be exorcised, but it's difficult with depressives, because we believe we are seeing the truth."

"But the truth lies. I became obsessed with that sentence: "But the truth lies." And I discovered, as I talked to depressive people, that they have many delusional perceptions. People will say, "No one loves me." And you say, "I love you, your wife loves you, your mother loves you." You can answer that one pretty readily, at least for most people. But people who are depressed will also say, "No matter what we do, we're all just going to die in the end." Or they'll say, "There can be no true communion between two human beings. Each of us is trapped in his own body." To which you have to say, "That's true, but I think we should focus right now on what to have for breakfast." (Laughter) A lot of the time, what they are expressing is not illness, but insight, and one comes to think what's really extraordinary is that most of us know about those existential questions and they don't distract us very much. There was a study I particularly liked in which a group of depressed and a group of non-depressed people were asked to play a video game for an hour, and at the end of the hour, they were asked how many little monsters they thought they had killed. The depressive group was usually accurate to within about 10 percent, and the non-depressed people guessed between 15 and 20 times as many little monsters — (Laughter) — as they had actually killed."

"Shutting out the depression strengthens it. While you hide from it, it grows. And the people who do better are the ones who are able to tolerate the fact that they have this condition. Those who can tolerate their depression are the ones who achieve resilience."