Dobra rozrywka dla wszelkiej młodzieży :)
Wieczorne refleksje.
.
Średnia: [czyta po literce napisy na grzbietach książek, spiętrzonych na mojej szafce] Mamo, a czemu na tych wszystkich książkach jest napisane "Leon"?
Ja: To nazwisko pani, która je napisała (Donna Leon).
Średnia: Ale dużo ich masz! Raz dwa trzy...[liczy]. O, siedem! jest ich siedem. Pewnie jesteś nimi ZAFASCYNOWANA.
Ja: Dostałam je w prezencie od koleżanki.
Średnia: [rozsmakowując się w słowie]: ZAFASCYNOWANA. ZAFASCYNOWANA.
Ja: [podśmiechujki pod nosem]
Średnia: Na pewno jesteś jej FANKĄ.
Ja: [brecht w poduszkę]
Średnia. FANKĄ. FANKĄ. FANKĄ.
Ja: [łykając powietrze] Tak, to świetne książki.
Średnia: [zamysliła się na moment] Jestem dopiero w pierwszej klasie i jestem TAKA MĄDRA. To na pewno dlatego, że oglądam bajki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą laboratorium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą laboratorium. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 grudnia 2014
środa, 15 października 2014
Abrakadabra czyli praktyczne zastosowanie praw fizyki
Pijam wino. czerwone wytrawne. W ilościach na ogół umiarkowanych. Piwo również pijam. I zawsze mam niesmak, kiedy wyrzucam butelkę po trunku, bo mają taki ładny kolor i ja w ogóle lubię szkło i coś bym z tych butelek zrobiła, ale trzeba by je jakoś pociąć... Znany mi był sposób na cięcie szkła z rysą i palnikiem, ale do tego trzeba mieć a) czym zarysować szkło b) palnik (nie wiem czy świeczka dałaby ewentualnie radę, może tak).
Mój problem rozwiązał Crazy Russian Hacker (swoją drogą polecam, bo facet jest świetny i zapodaje różne proste a skuteczne pomysły).
Jak przeciąć butelkę za pomocą sznurka, alkoholu i zimnej wody :)
Akurat tak się złożyło, że w kuchni stała sobie butelka, więc postanowiłam spróbować, w sumie bez wiekszej nadziei, że się uda (takie jest moje instynktowne podejście do wiekszości przedsięwzięć ;) ). Chciałam tylko położyć dzieci spać, żeby mi się nie plątały pod nogami.
Dziewczynki padły, a Matju niekoniecznie... Jest już 23.00 a on biega po domu i bawi się samochodzikami. Zaraz mnie trafi szlag. Ale zaraz, moment, odbiegłam od tematu.
Zamknełam się w kuchni, przygotowałam sobie warsztat.
Potrzebny jest nasiąkliwy sznurek (użyłam bawełnianej grubej włóczki); alkohol (Ruski Haker mial aceton, ale ja użyłam zwykłego 70% alkoholu do dezynfekcji, wszak chodzi o to, żeby się paliło) oraz zapalniczka i miska z zimną wodą.
Owinęłam butelkę włóczką mniej więcej w miejscu, gdzie miała się rozpaść.
.
Nie zdejmowałam włóczki, tylko pomalutku nasączyłam ją alkoholem, trzymając nad zlewem i mocno uważając, żeby alkohol znalazł się tylko na bawełnie i nie zalał butelki.
Paliło się bardzo ładnie, obracałam butelkę przez około minutę, przynajmniej tak mi się wydaje. Alkohol dezynfekcyjny hajcował się świetnie i wcale nie chciał zgasnąć, więc po prostu na chama wsadzilam butelkę do wody, kiedy wydało mi się, że już ;)
Lekko pyknęło i... ta-daaaam!
Udało się :D Magia fizyki działa! :P
Brzegi są ostre, trzeba je wygładzić - drobnym papierem ściernym, którego nie mam. Ale mam papierowe pilniczki do paznokci, a to prawie to samo ;) Jutro się tym zajmę.
Oczami duszy widzę niezliczone szklane wazoniki, świeczniki, kubeczki na długopisy i szczoteczki, mini-doniczki na rosiczki ;) oraz inne różności, które zamierzam tworzyć w ramach autoterapii zajeciowej ;)
Na razie, wielce zadowolona z siebie, udam się na spoczynek.
Tylko niech ten dzieciak wreszcie padnie...
Mój problem rozwiązał Crazy Russian Hacker (swoją drogą polecam, bo facet jest świetny i zapodaje różne proste a skuteczne pomysły).
Jak przeciąć butelkę za pomocą sznurka, alkoholu i zimnej wody :)
Akurat tak się złożyło, że w kuchni stała sobie butelka, więc postanowiłam spróbować, w sumie bez wiekszej nadziei, że się uda (takie jest moje instynktowne podejście do wiekszości przedsięwzięć ;) ). Chciałam tylko położyć dzieci spać, żeby mi się nie plątały pod nogami.
Dziewczynki padły, a Matju niekoniecznie... Jest już 23.00 a on biega po domu i bawi się samochodzikami. Zaraz mnie trafi szlag. Ale zaraz, moment, odbiegłam od tematu.
Zamknełam się w kuchni, przygotowałam sobie warsztat.
Potrzebny jest nasiąkliwy sznurek (użyłam bawełnianej grubej włóczki); alkohol (Ruski Haker mial aceton, ale ja użyłam zwykłego 70% alkoholu do dezynfekcji, wszak chodzi o to, żeby się paliło) oraz zapalniczka i miska z zimną wodą.
Owinęłam butelkę włóczką mniej więcej w miejscu, gdzie miała się rozpaść.
.
Nie zdejmowałam włóczki, tylko pomalutku nasączyłam ją alkoholem, trzymając nad zlewem i mocno uważając, żeby alkohol znalazł się tylko na bawełnie i nie zalał butelki.
Paliło się bardzo ładnie, obracałam butelkę przez około minutę, przynajmniej tak mi się wydaje. Alkohol dezynfekcyjny hajcował się świetnie i wcale nie chciał zgasnąć, więc po prostu na chama wsadzilam butelkę do wody, kiedy wydało mi się, że już ;)
Lekko pyknęło i... ta-daaaam!
Udało się :D Magia fizyki działa! :P
Brzegi są ostre, trzeba je wygładzić - drobnym papierem ściernym, którego nie mam. Ale mam papierowe pilniczki do paznokci, a to prawie to samo ;) Jutro się tym zajmę.
Oczami duszy widzę niezliczone szklane wazoniki, świeczniki, kubeczki na długopisy i szczoteczki, mini-doniczki na rosiczki ;) oraz inne różności, które zamierzam tworzyć w ramach autoterapii zajeciowej ;)
Na razie, wielce zadowolona z siebie, udam się na spoczynek.
Tylko niech ten dzieciak wreszcie padnie...
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Domowe laboratorium - maść na katar
Sezon chorobowy w pełnym galopie. Matju był zdrowy przez cały tydzień, co uważam za wyjątkowy sukces. Ale sukcesy szlag trafił wczoraj nocą głęboką - Młody dostał wysokiej gorączki, marudził do rana a z rana chlapnął takim katarem, że kiedy kichnie, muszę go całego przebierać ;)
Najstarsza zaczyna kichać i smarkać, Średnia kaszle, a ja, ze stoickim spokojem czekam na pierwsze objawy u siebie.
W lodówce czekają kawałki cytryny i imbiru zalane miodem, mam zapas herbaty, lipy, czarnego bzu, siemienia lnianego, mleka, masła oraz czosnku (pieczony czosnek smakuje niebiańsko, jest lżej strawny niż surowy i nie ma tak dramatycznych efektów towarzyskich ;) ). W apteczce, w równiutkich rządkach, stoją buteleczki nurofenu, paracetamolu i hydroksyzyny (no dobra, to ostatnie to dla mnie... przy trójce chorych dzieci czasem niezbędny jest farmakologiczny czilaut ;) Na półce - bańki w pełnej gotowości.
Do pełni szczęścia brakowało mi tylko maści na katar i kaszel. Zazwyczaj używamy VapoRub i olejku Olbas, ale nie byłabym sobą, gdybym, natrafiwszy w sieci na TEN PRZEPIS, nie zapragnęła go wypróbować :)
Na Allegro kupiłam organiczne zioła - liść mięty i eukaliptusa. Zalałam oliwą z oliwek (może niekoniecznie organiczną, ale za to prawdziwą, z Włoch). Wczoraj przecedziłam macerat i dziś wzięłam się za produkcję maści.
Użyłam:
113 gram maceratu
24 gramy wosku pszczelego
10 ml olejku goździkowego
10 ml olejku eukaliptusowego
10 ml olejku tymiankowego
10 ml olejku miętowego
Wszystko poszło szybko, produkt finalny zastygł ładnie, pachnie mocno, świeżo i ożywczo. I bardzo przyjemnie :) Aplikuję Młodemu pod nos, rzeczywiście ułatwia oddychanie. Na noc posmaruję mu plecki i stopy.
Jestem przygotowana ;) Nie dam się ;)
środa, 14 listopada 2012
Domowe laboratorium - na zewnątrz i do wewnątrz
Stosować zewnętrznie - maceraty.
Maceraty, czyli oleje ziołowe. Świetne do masażu, okładów, przygotowania maści i kremów. Ja akurat mam w planach dwie maści. W związku z tym, w chłodnej garderobie na górnej półce stoją dwa słoiki. W jednym jest mieszanka liści żywokostu i babki zwyczajnej (na maść gojącą drobne zadrapania, stłuczenia, wysypki, pokrzywki i różne inne skórne nieszczęścia); w drugim - mieszanka liści eukaliptusa i mięty pieprzowej (na maść leczącą katar, zapchane zatoki i temu podobne niedogodności związane z sezonowymi chorobami).
Oba zestawy ziół macerują się w oliwie z oliwek.
Sposobów uzyskania maceratów jest kilka, moim ulubionym jest metoda "na słońce" - zalewamy zioła oliwą i w zamkniętym słoiku wystawiamy na słońce w ciepłe miejsce. Jako, że w listopadzie w naszej strefie klimatycznej o ciepłe miejsce i słońce jest dość trudno, tym razem wybrałam metodę klasyczną - zioła zalałam gorącą oliwą, zawinęłam słoiki w ręcznik i wstawiłam do garderoby, bo tam najciemniej i najzimniej. Następnego dnia odwinę słoiki z izolacji termicznej i zostawię na półce na około dwa tygodnie, wstrząsając zawartość od czasu do czasu.
Po dwóch tygodniach trzeba przefiltrować uzyskany olej i przelać do butelek z ciemnego szkła. Przechowywany odpowiednio powinien wytrwać około 14-16 miesięcy, jeśli dolejemy witaminy E w kroplach, macerat może postać nawet ze dwa i pół roku.
Stosować wewnętrznie - marynowane jalapenos.
W domowym laboratorium powstają nie tylko mazidła ;) Na przykład wczoraj, Małżonek zarządził marynowanie dwóch kilogramów papryczek jalapeno.
Roboty była przy tym masa, na szczęście główną część prac wykonał mąż, ja robiłam za podkuchenną.
Papryczki były w typie "żyletek" - pioruńsko ostre, o czym przekonałam się boleśnie na własnej skórze ;)
Ale wyglądały bardzo ładnie.
Owoc wysiłków - sześć słoików pyszności, od których cierpną zęby ;)
Dla potomności - przepis.
- ząbki czosnku (tyle, ile słoików)
- listki laurowe
- oliwa
- po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego
- 1 szklanka octu spirytusowego 10%
- 4,5 szklanki wody
- 8 łyżek cukru
- 1,5 łyżeczki soli
Paprykę dokładnie umyć, oczyścić z gniazd nasiennych i pokroić w plasterki. Słoiki wyparzyć, wstawiając np. na 10-15 minut do nagrzanego do 120-130 stopni piekarnika. Do każdego słoika wrzucić listek, czosnek, po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego. Napełnić słoiki pokrojoną papryką i nalać po łyżce oliwy. Do wrzącej wody dodać ocet, sól i cukier. Gdy nieco przestygnie, zalewać paprykę, tak aby został w słoiku ok. 1 cm wolnego miejsca poniżej gwintu. Gwint dokładnie wytrzeć i słoiki mocno zakręcać. Pasteryzować przez około 20 minut np. w gorącym piekarniku.
I już :)
Maceraty, czyli oleje ziołowe. Świetne do masażu, okładów, przygotowania maści i kremów. Ja akurat mam w planach dwie maści. W związku z tym, w chłodnej garderobie na górnej półce stoją dwa słoiki. W jednym jest mieszanka liści żywokostu i babki zwyczajnej (na maść gojącą drobne zadrapania, stłuczenia, wysypki, pokrzywki i różne inne skórne nieszczęścia); w drugim - mieszanka liści eukaliptusa i mięty pieprzowej (na maść leczącą katar, zapchane zatoki i temu podobne niedogodności związane z sezonowymi chorobami).
Oba zestawy ziół macerują się w oliwie z oliwek.
Sposobów uzyskania maceratów jest kilka, moim ulubionym jest metoda "na słońce" - zalewamy zioła oliwą i w zamkniętym słoiku wystawiamy na słońce w ciepłe miejsce. Jako, że w listopadzie w naszej strefie klimatycznej o ciepłe miejsce i słońce jest dość trudno, tym razem wybrałam metodę klasyczną - zioła zalałam gorącą oliwą, zawinęłam słoiki w ręcznik i wstawiłam do garderoby, bo tam najciemniej i najzimniej. Następnego dnia odwinę słoiki z izolacji termicznej i zostawię na półce na około dwa tygodnie, wstrząsając zawartość od czasu do czasu.
Po dwóch tygodniach trzeba przefiltrować uzyskany olej i przelać do butelek z ciemnego szkła. Przechowywany odpowiednio powinien wytrwać około 14-16 miesięcy, jeśli dolejemy witaminy E w kroplach, macerat może postać nawet ze dwa i pół roku.
Stosować wewnętrznie - marynowane jalapenos.
W domowym laboratorium powstają nie tylko mazidła ;) Na przykład wczoraj, Małżonek zarządził marynowanie dwóch kilogramów papryczek jalapeno.
Roboty była przy tym masa, na szczęście główną część prac wykonał mąż, ja robiłam za podkuchenną.
Papryczki były w typie "żyletek" - pioruńsko ostre, o czym przekonałam się boleśnie na własnej skórze ;)
Ale wyglądały bardzo ładnie.
Owoc wysiłków - sześć słoików pyszności, od których cierpną zęby ;)
Dla potomności - przepis.
- ząbki czosnku (tyle, ile słoików)
- listki laurowe
- oliwa
- po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego
- 1 szklanka octu spirytusowego 10%
- 4,5 szklanki wody
- 8 łyżek cukru
- 1,5 łyżeczki soli
Paprykę dokładnie umyć, oczyścić z gniazd nasiennych i pokroić w plasterki. Słoiki wyparzyć, wstawiając np. na 10-15 minut do nagrzanego do 120-130 stopni piekarnika. Do każdego słoika wrzucić listek, czosnek, po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego. Napełnić słoiki pokrojoną papryką i nalać po łyżce oliwy. Do wrzącej wody dodać ocet, sól i cukier. Gdy nieco przestygnie, zalewać paprykę, tak aby został w słoiku ok. 1 cm wolnego miejsca poniżej gwintu. Gwint dokładnie wytrzeć i słoiki mocno zakręcać. Pasteryzować przez około 20 minut np. w gorącym piekarniku.
I już :)
czwartek, 18 października 2012
Domowe laboratorium
Jesień sprzyja kreatywności ;) Czas ręcznych robótek, przetworów i sprzątania. Jako, że do sprzątania się nie palę, skupiłam się na robótkach (dziergam Ani opaskę do włosów na szydełku) oraz przetworach. Nie owocowo-warzywnych, co to, to nie, przy Klusku ciężko zrobić kanapkę, a co dopiero powidła... Ale przetworzyłam dziś trochę rozmaitości - sporządziłam mianowicie krem (balsam? maść?) do rąk, w kostce ;)
Całokształt obowiązków domowo-okołodziecięcych strasznie niszczy mi dłonie, a drogeryjne kremy nie dość, że nie pomagają to są obleśne w użyciu, nafaszerowane parafinami, silikonami i nie wiadomo czym jeszcze i śmierdzą. Mazidła do rąk sporządzam sobie sama i jestem z nich bardzo zadowolona.
Przepis na balsam w kostce znalazłam TUTAJ.
W oryginalnym przepisie jest coś, co nazywa się "vegetable shortening" i jest utwardzonym olejem roślinnym. Taki roślinny smalczyk. Niczego podobnego moje oczy w naszym pięknym kraju nie widziały, zresztą mam na składzie dużo lepsze ingrediencje niż przemysłowy tłuszcz do smażenia...
Przepis jest wyjątkowo prosty: do miseczki (słoika czy czegokolwiek innego odpornego na temperaturę) wkładamy wosk pszczeli, olej roślinny i wyżej wzmiankowany roślinny "smalec" w proporcjach 1:1:1, umieszczamy w garnku, w kąpieli wodnej i podgrzewamy aż składniki się rozpuszczą do stanu przezroczystej cieczy. Następnie pozwalamy nieco ostygnąć, wkraplamy olejki eteryczne (albo nie), mieszamy i wlewamy do foremki. Po zastygnięciu wyciągamy i voila! Balsam w kostce gotowy.
Użyłam wosku pszczelego, organicznej oliwy z oliwek i oleju kokosowego pół na pół z masłem shea. Po przestygnięciu dodałam 30 kropel olejku geraniowego (kocham ten zapach).
Popełniłam jeden drobny błąd - w przypływie zaćmienia umysłu dodałam też wosku carnauba, który złośliwie długo nie chciał się rozpuścić (ma temperaturę topnienia nieco wyższą niż wosk pszczeli) i na dodatek zwiększa kruchość produktu finalnego (więc dwie z trzech kostek pękły mi przy wyjmowaniu z foremek). Ale zasadniczo operacja się udała ;)
Żeby użyć tego wynalazku, należy go pomiętosić w łapkach aż zacznie się ciut rozpuszczać, na rękach zostanie nam akurat tyle, ile trzeba. Bardzo dobrze nawilża, natłuszcza, pięknie pachnie i nie znika ze skóry jak zwykłe kremy.
Zdjęcie poglądowe ;) Wygląda to niewyjściowo, bo brak mi wymyślnych foremek i wlałam miksturę do papilotek na muffiny ;) Ale widać, o co chodzi ;)
Całokształt obowiązków domowo-okołodziecięcych strasznie niszczy mi dłonie, a drogeryjne kremy nie dość, że nie pomagają to są obleśne w użyciu, nafaszerowane parafinami, silikonami i nie wiadomo czym jeszcze i śmierdzą. Mazidła do rąk sporządzam sobie sama i jestem z nich bardzo zadowolona.
Przepis na balsam w kostce znalazłam TUTAJ.
W oryginalnym przepisie jest coś, co nazywa się "vegetable shortening" i jest utwardzonym olejem roślinnym. Taki roślinny smalczyk. Niczego podobnego moje oczy w naszym pięknym kraju nie widziały, zresztą mam na składzie dużo lepsze ingrediencje niż przemysłowy tłuszcz do smażenia...
Przepis jest wyjątkowo prosty: do miseczki (słoika czy czegokolwiek innego odpornego na temperaturę) wkładamy wosk pszczeli, olej roślinny i wyżej wzmiankowany roślinny "smalec" w proporcjach 1:1:1, umieszczamy w garnku, w kąpieli wodnej i podgrzewamy aż składniki się rozpuszczą do stanu przezroczystej cieczy. Następnie pozwalamy nieco ostygnąć, wkraplamy olejki eteryczne (albo nie), mieszamy i wlewamy do foremki. Po zastygnięciu wyciągamy i voila! Balsam w kostce gotowy.
Użyłam wosku pszczelego, organicznej oliwy z oliwek i oleju kokosowego pół na pół z masłem shea. Po przestygnięciu dodałam 30 kropel olejku geraniowego (kocham ten zapach).
Popełniłam jeden drobny błąd - w przypływie zaćmienia umysłu dodałam też wosku carnauba, który złośliwie długo nie chciał się rozpuścić (ma temperaturę topnienia nieco wyższą niż wosk pszczeli) i na dodatek zwiększa kruchość produktu finalnego (więc dwie z trzech kostek pękły mi przy wyjmowaniu z foremek). Ale zasadniczo operacja się udała ;)
Żeby użyć tego wynalazku, należy go pomiętosić w łapkach aż zacznie się ciut rozpuszczać, na rękach zostanie nam akurat tyle, ile trzeba. Bardzo dobrze nawilża, natłuszcza, pięknie pachnie i nie znika ze skóry jak zwykłe kremy.
Zdjęcie poglądowe ;) Wygląda to niewyjściowo, bo brak mi wymyślnych foremek i wlałam miksturę do papilotek na muffiny ;) Ale widać, o co chodzi ;)
wtorek, 11 września 2012
Mamusiu, wyglądasz jak...
Byłam brunetką, byłam blondynką, czas przypomnieć sobie jak być rudą ;) Dla ukojenia nerwów i innych duszy boleści dokonałam zmiany wizerunku za pomocą ziołowej farby do włosów, której używałam jako nastolatka.
Metamorfoza przebiegła w dwóch etapach. Po pierwszym osiągnęłam nieoczekiwany efekt "multikolor" od płomiennej czerwieni po złoty brąz ;)
Wczorajszy dzień spędziłam, starając się schodzić ludziom z oczu ;) lecz nie powstrzymałam się przed zamieszczeniem fotki na fejsie... Koleżanki nie zawiodły :P Jedna zasugerowała, żeby postawić włosy na cukier i będę wyglądać jak z Dragon Ball ;) Inna stwierdziła, że wyglądam jak wróżka (to było słodkie, rozpłynęłam się) :)))
Wieczorem wykonałam podejście drugie. Zafarbowałam wannę, dwa ręczniki, pareo i swoje czoło oraz czubki uszu ;)
Poszłam spać z mokrą głową, ale zapomniałam położyć ręcznik na łóżku, więc ufarbowałam także poduszkę, prześcieradło i piżamę ;) Mąż trochę sarkał, że wanna brudna i coś tam, ale zbyłam go perlistym śmiechem i machnięciem ręki. Kto by się przejmował odrobiną farby tu i tam...
Tym razem uzyskałam efekt zgodny z oczekiwaniami :) Wprawdzie szalenie spodobała mi się pierwotna czerwień na czubku głowy i miałam nadzieję na więcej, ale i tak wyszło bardzo zadowalająco.
Teraz mam nadzieję, że w ciągu najbliższych kilkunastu dni nie będzie padać; ta farba ma to do siebie, że początkowo puszcza kolor i w deszczu farbuje plecy na czerwono ;)
Obudziłam dziś Zuzię. Dziecinka otworzyła oczy i aż westchnęła. "Mamusiu! Teraz to naprawdę wyglądasz jak My Scene!!!"
My Scene, dodam, ku oświeceniu czytelników nieposiadających na stanie dziewczynek w wieku szkolnym, to odmiana lalek Barbie ;) Uznaję to za oczywisty komplement :P
Ania obejrzała mnie ze wszystkich stron i orzekła, że wyglądam jak Arielka i że ona też chce ufarbować włosy JUŻ ZARAZ NATYCHMIAST!!!
Koleżanka zasugerowała na fejsbuku, cobym zakręciła papiloty i będę wyglądać jak Merida Waleczna :) Taaaak! :) Podoba się dla mnie ten pomysł :P
Teraz idę pławić się w samozadowoleniu, popijając sianko w ulubionym, świętym kanadyjskim kubeczku ;) Dobrego dnia wszystkim! :)
Metamorfoza przebiegła w dwóch etapach. Po pierwszym osiągnęłam nieoczekiwany efekt "multikolor" od płomiennej czerwieni po złoty brąz ;)
Wczorajszy dzień spędziłam, starając się schodzić ludziom z oczu ;) lecz nie powstrzymałam się przed zamieszczeniem fotki na fejsie... Koleżanki nie zawiodły :P Jedna zasugerowała, żeby postawić włosy na cukier i będę wyglądać jak z Dragon Ball ;) Inna stwierdziła, że wyglądam jak wróżka (to było słodkie, rozpłynęłam się) :)))
Wieczorem wykonałam podejście drugie. Zafarbowałam wannę, dwa ręczniki, pareo i swoje czoło oraz czubki uszu ;)
Poszłam spać z mokrą głową, ale zapomniałam położyć ręcznik na łóżku, więc ufarbowałam także poduszkę, prześcieradło i piżamę ;) Mąż trochę sarkał, że wanna brudna i coś tam, ale zbyłam go perlistym śmiechem i machnięciem ręki. Kto by się przejmował odrobiną farby tu i tam...
Tym razem uzyskałam efekt zgodny z oczekiwaniami :) Wprawdzie szalenie spodobała mi się pierwotna czerwień na czubku głowy i miałam nadzieję na więcej, ale i tak wyszło bardzo zadowalająco.
Teraz mam nadzieję, że w ciągu najbliższych kilkunastu dni nie będzie padać; ta farba ma to do siebie, że początkowo puszcza kolor i w deszczu farbuje plecy na czerwono ;)
Obudziłam dziś Zuzię. Dziecinka otworzyła oczy i aż westchnęła. "Mamusiu! Teraz to naprawdę wyglądasz jak My Scene!!!"
My Scene, dodam, ku oświeceniu czytelników nieposiadających na stanie dziewczynek w wieku szkolnym, to odmiana lalek Barbie ;) Uznaję to za oczywisty komplement :P
Ania obejrzała mnie ze wszystkich stron i orzekła, że wyglądam jak Arielka i że ona też chce ufarbować włosy JUŻ ZARAZ NATYCHMIAST!!!
Koleżanka zasugerowała na fejsbuku, cobym zakręciła papiloty i będę wyglądać jak Merida Waleczna :) Taaaak! :) Podoba się dla mnie ten pomysł :P
Teraz idę pławić się w samozadowoleniu, popijając sianko w ulubionym, świętym kanadyjskim kubeczku ;) Dobrego dnia wszystkim! :)
środa, 13 kwietnia 2011
Ora et labora(torium)
Na wieczną pamiątkę oraz by nałożyć ewentualnym chętnym Czytelnikom oświaty kaganiec ;), zapiszę skład oleju hydrofilnego do demakijażu i mycia twarzy. Któren to olej właśnie byłam wybełtałam w domowym laboratorium.
Komponenty:

I finalny produkt (szkoda, że w necie nie czuć wprost obłędnego zapachu olejku lawendowego):
Prostsze być nie może, wystarczy wlać i wymieszać.
80 ml oleju jojoba
10 ml maceratu z arniki
10 ml oleju ryżowego
10 ml emulgatora SLP
5 kropli olejku lawendowego (bądź jakiegokolwiek innego wedle uznania)
1 łyżeczka kwasu salicylowego (niekoniecznie)
Kiedy takiego bełtaja nałoży się na zmoczoną twarz, utworzy się emulsja, bardzo ładnie i delikatnie zmywająca wszystko co zmyć należy. Dobre dla pomarszczonych i zasuszonych staruszek, takich jak ja ;)
wtorek, 23 lutego 2010
Kreatywne chorowanie - krem na bolący nos
Antybiotyki robią swoje, zaczynam czuć, ze zyję. Z nosa przestało mi lecieć coś, czego wolę blizej nie opisywać, zeby u co wrazliwszych nie wywołać szoku :)
W weekend miałam nos otarty do zywego mięsa, nic nie pomagało, więc zmuszona byłam sięgnąc po niezawodne receptury S. Faber i wyprodukowałam sobie krem leczniczy. Przepis zamieszczam ku pamięci:
Faza tłuszczowa:
5g wosku pszczelego
3g masła kakaowego
10g lanoliny
25g oleju ze słodkich migdałów
15g oleju z pestek winogron lub oliwy z oliwek
Faza wodna:
30g wody lub hydrolatu
Faza aktywna:
5 kropli olejku (dodałam lawendowy)
50 kropli maceratu z arniki (niekoniecznie)
10 kropli witaminy E (niekoniecznie)
Wykonanie:
Fazę tłuszczową umieścić w słoiku, wstawić go do garnka z wodą i podgrzewać do rozpuszczenia. Wodę też podgrzewać (zazwyczaj biorę garnek na tyle szeroki, zeby zmieściły się oba słoiczki). Kiedy obie ciecze osiągną temperaturę około 60 stopni, wyjąć słoiki z garnka, powoli wlewać wodę do tłuszczów, miksując zwykłym mikserem ręcznym na najnizszych obrotach (biorę normalną mikserową trzepaczkę, taką jak do ubijania piany, zakładam tylko jedną, akurat mieści się w otwór słoika, ktorego uzywam do rozpuszczania tłuszczu).
Teraz najbardziej upierdliwa czynność - trzeba miksowac az do ostygnięcia. Trwa to i trwa, ale tak musi być, dobrze zmiksowany krem nie bedzie miał tendencji do rozwarstwiania.
Kiedy emulsja ostygnie do około 30 stopni, dodać składniki fazy aktywnej. Pomiksowac jeszcze chwilkę i całośc przelać do słoiczka. Poczekać az zastygnie i już.
Krem działa cuda, wyleczył mój otarty do krwi nos w ciągu kilku godzin. Smaruję nim tez suche dłonie, twarz (na noc, bo się świecę jak latarnia, tłusty jest bardzo) i podraznione buzie dziewczynek. Ładnie pachnie i świetnie się smaruje, nie jest "tępy". Dodatek oleju z migdałów powoduje, ze krem daje na skórze wrazenie lekkiego chłodu, co przynosiło mi sporą ulgę przy otarciach.
W weekend miałam nos otarty do zywego mięsa, nic nie pomagało, więc zmuszona byłam sięgnąc po niezawodne receptury S. Faber i wyprodukowałam sobie krem leczniczy. Przepis zamieszczam ku pamięci:
Faza tłuszczowa:
5g wosku pszczelego
3g masła kakaowego
10g lanoliny
25g oleju ze słodkich migdałów
15g oleju z pestek winogron lub oliwy z oliwek
Faza wodna:
30g wody lub hydrolatu
Faza aktywna:
5 kropli olejku (dodałam lawendowy)
50 kropli maceratu z arniki (niekoniecznie)
10 kropli witaminy E (niekoniecznie)
Wykonanie:
Fazę tłuszczową umieścić w słoiku, wstawić go do garnka z wodą i podgrzewać do rozpuszczenia. Wodę też podgrzewać (zazwyczaj biorę garnek na tyle szeroki, zeby zmieściły się oba słoiczki). Kiedy obie ciecze osiągną temperaturę około 60 stopni, wyjąć słoiki z garnka, powoli wlewać wodę do tłuszczów, miksując zwykłym mikserem ręcznym na najnizszych obrotach (biorę normalną mikserową trzepaczkę, taką jak do ubijania piany, zakładam tylko jedną, akurat mieści się w otwór słoika, ktorego uzywam do rozpuszczania tłuszczu).
Teraz najbardziej upierdliwa czynność - trzeba miksowac az do ostygnięcia. Trwa to i trwa, ale tak musi być, dobrze zmiksowany krem nie bedzie miał tendencji do rozwarstwiania.
Kiedy emulsja ostygnie do około 30 stopni, dodać składniki fazy aktywnej. Pomiksowac jeszcze chwilkę i całośc przelać do słoiczka. Poczekać az zastygnie i już.
Krem działa cuda, wyleczył mój otarty do krwi nos w ciągu kilku godzin. Smaruję nim tez suche dłonie, twarz (na noc, bo się świecę jak latarnia, tłusty jest bardzo) i podraznione buzie dziewczynek. Ładnie pachnie i świetnie się smaruje, nie jest "tępy". Dodatek oleju z migdałów powoduje, ze krem daje na skórze wrazenie lekkiego chłodu, co przynosiło mi sporą ulgę przy otarciach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












