... kiedy chcesz zrobić dla swojej rodziny pyszny i zdrowy pasztet z soczewicy, ale niechcący wychodzą ci bułeczki cynamonowe.
I pragnąc naprawić swój błąd i uchronić najbliższych przed cukrzycą, trójglicerydami, cholesterolem, za ciasną gumką w majtkach oraz setką innych kataklizmów i niechybną śmiercią, sama wpie***lasz bohatersko połowę urobku.
Może to twój urok... może to PMS.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rant. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 sierpnia 2016
sobota, 20 sierpnia 2016
Niekończąca się opowieść
Rodzice: Dzieci, wychodzimy! Zakładajcie buty!
Dzieci: [ganiaja się po korytarzu]
Rodzice: Dzieci, zakładajcie buty! Wychodzimy! Już!
Dzieci: [popychają się i śmieją]
Rodzice: WYCHODZIMY! ZAKŁADAJCIE BUTY!
Dzieci: [rechoczą i szarpią się nawzajem]
Rodzice: %%^^**#$^&%*^!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dzieci: [przerażone oczy i histeryczny płacz] Nie wooo-ooo-lnooo krzyy-czeeeć na maaa-łeee dzie-dzie-dzie-ci!
No kurwa. :D
Wydawało mi się, że dzieci wyposażone w choćby kilka centymetrów sześciennych kory mózgowej i władające mową będzie łatwiej ogarnąć. I owszem, jest łatwiej. Tylko że razem z kolejnymi centymetrami sześciennymi kory mózgowej hodują sobie własne zdanie. Co, oczywiście jest bardzo dobre, niech mają własne zdanie. Tylko, na miłosierdzie boskie, nie wtedy, kiedy musimy wyjść na czas.
Nie wiem czy kiedykolwiek skończy się ta straszliwa frustracja "coś-trzeba-zrobić-a-oni-stawiają-opór". Chyba nigdy.
Dzieci: [ganiaja się po korytarzu]
Rodzice: Dzieci, zakładajcie buty! Wychodzimy! Już!
Dzieci: [popychają się i śmieją]
Rodzice: WYCHODZIMY! ZAKŁADAJCIE BUTY!
Dzieci: [rechoczą i szarpią się nawzajem]
Rodzice: %%^^**#$^&%*^!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dzieci: [przerażone oczy i histeryczny płacz] Nie wooo-ooo-lnooo krzyy-czeeeć na maaa-łeee dzie-dzie-dzie-ci!
No kurwa. :D
Wydawało mi się, że dzieci wyposażone w choćby kilka centymetrów sześciennych kory mózgowej i władające mową będzie łatwiej ogarnąć. I owszem, jest łatwiej. Tylko że razem z kolejnymi centymetrami sześciennymi kory mózgowej hodują sobie własne zdanie. Co, oczywiście jest bardzo dobre, niech mają własne zdanie. Tylko, na miłosierdzie boskie, nie wtedy, kiedy musimy wyjść na czas.
Nie wiem czy kiedykolwiek skończy się ta straszliwa frustracja "coś-trzeba-zrobić-a-oni-stawiają-opór". Chyba nigdy.
wtorek, 5 lipca 2016
Obiad czyli o sensie życia
Ja: zamiast pracować lecę po zakupy i stoję godzinę nad garami, gotując obiad.
Moje dzieci: Nie będę tego jeść, to jest obrzydliwe.
Moje dzieci za dwadzieścia minut: Jestem głodna. Co mogę zjeść? Jestem głodnaaa. Co mogę zjeeeść? Jestem głodnaaaa. Co mogę zjeeeeść? Jestem głodna. Co mogę zjeeeeść?
Ja: zamiast pracować opędzam się od dzieci i nie mogę się skupić.
Ja: Bycie rodzicem jest takie satysfakcjonujące.
Apdejt: Ania szlocha w pokoju, bo mama ugotowała coś, na co Ania nie miała ochoty. Znaczy to, że mama jest niedobra, Ania jest zrozpaczona i chce umrzeć oraz wolałaby się nigdy nie urodzić, bo jej życie nie ma sensu.
Disklajmer: Przed wyjściem na zakupy powiedziałam co będzie na obiad i nikt nie zgłosił sprzeciwu.
Jak już wspominałam: bycie rodzicem jest naprawdę wspaniałe.
sobota, 25 czerwca 2016
Wtf.
Ten dziwny moment, kiedy wychodzisz na balkon w skarpetkach, szybko wieszasz kilka sztuk prania i wracasz do środka. Po półgodzinie zastanawiasz się czemu tak niewygodnie ci chodzić, ściągasz skarpetki i widzisz bąble od oparzeń.
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Jestem błąd. Dżejms błąd.
Chyba osiągnęłam nowy poziom dna: w poniedziałkowy ranek rozsypałam się psychicznie, przygotowując drugie śniadania do szkoły.
Rozmowa ze Średnią.
- Co chciałabyś na drugie śniadanie? Kanapkę z salami? Albo z serem? Z dżemem?
- [skrzywienie usteczek] Nieee, nie bardzo mam ochotę.
- Jabłko, marchewki, banana, pomidorki koktajlowe? Rzodkiewki?
- Nieeee, nie bardzo [kręci głową]
- Ciasteczka Lu, herbatniki, krakersy?
- Nie.
- Kabanosy?
- [lekki foch] Przecież wiesz że nie lubię kabanosów!
Zaczynam tracić cierpliwość.
- To nie wiem, może po prostu nic, skoro na nic nie masz ochoty. Nic więcej nie mogę ci zaproponować, bo naprawdę nie mam.
- [nagła histeria oraz wyrzut, łzy w oczach] Ale mamo, ja będę głodna! Chcesz, żebym była głodna?!
Tu spuśćmy kurtynę, bo dalszy rozwój wydarzeń nie był ani kształcący, ani budujący.
Wiem, co zrobiłam źle: bardzo chciałam żeby dzieci nie były w szkole głodne i żeby dostały coś, na co mają ochotę, co lubią i co zjedzą, a nie przyniosą z powrotem do domu. Błąd. Nieustanne dogadzanie dzieciom za wszelką cenę to pułapka, w którą rodzice wpadają całymi stadami i w którą ja też wpadam na każdym kroku. Aż cała jestem od tego wpadania poobijana.
Produktem ubocznym takich starań jest zjawisko o nazwie "rozwydrzony bachor, który myśli że świat jest po to by mu służyć", czyli coś, czego serdecznie nie znoszę. Od dziś dzieciątka będą wybierać śniadania z maksymalnie dwóch opcji. Nie zamierzam ich wysyłać do szkoły bez jedzenia, ale wybór: czy zjedzą czy wolą być głodne, pozostawiam im. Nie uciągnę dłużej wszystkich odpowiedzialności, które na siebie wzięłam. Nie dam rady być odpowiedzialna za każdy najdrobniejszy aspekt ich życia, co więcej, nie powinnam takiej odpowiedzialności na siebie brać. A już zupełnie nie jest mi potrzebne zamartwianie się o to, czy szkolne śniadanie zostanie zjedzone.
W ogóle dobrze jest przemyśleć taką sytuację pod kilkoma kątami. Na przykład: kogo ja właściwie usiłuję ratować przed dyskomfortem? Moje dzieci, czy siebie samą sprzed 30 lat? Jeśli to drugie, w takim razie jestem na drodze donikąd.
Nie wolno młodym usuwać sprzed nóg wszystkich przeszkód i niedogodności, co do tego chyba wszyscy się zgadzamy. Ale jak rozróżnić co jest przeszkodą do usunięcia a co nie? Jaki stopień surowości jest odpowiedni i nazywa się "zdrowym rozsądkiem" a jaki subtelnie przechodzi w obojętność czy wręcz okrucieństwo? Wystarczy zajrzeć do komentów pod artykułami o rodzicielstwie, żeby się zorientować, że ilu ludzi, tyle opinii. To, co dla jednych jest normalne, w opinii innych zakrawa na sadyzm. Ja nie wiem, bo nie mam żadnych wzorców na ten temat. Muszę zgadywać.
Im dziecko jest starsze, tym trudniej przychodzą mi takie decyzje. W przypadku niemowlęcia sprawa jest, przynajmniej dla mnie, zupełnie jasna. Ale jeśli chodzi o dwulatka, zaczynam mieć wątpliwości, a przeciez nie można traktować dwulatka jak niemowlęcia, to przepis na katastrofę.
Teraz, przy siedmio- i dziesięciolatce bardzo rzadko jestem pewna czegokolwiek. I będzie tylko gorzej.
Nie ma doskonałych ludzi. Dzieci, ani rodziców. Nie ma zatem i doskonałego rodzicielstwa. Sztuka polega na tym, żeby nie przestać się starać. A chciałoby się, oj czasem by się chciało.
Rozmowa ze Średnią.
- Co chciałabyś na drugie śniadanie? Kanapkę z salami? Albo z serem? Z dżemem?
- [skrzywienie usteczek] Nieee, nie bardzo mam ochotę.
- Jabłko, marchewki, banana, pomidorki koktajlowe? Rzodkiewki?
- Nieeee, nie bardzo [kręci głową]
- Ciasteczka Lu, herbatniki, krakersy?
- Nie.
- Kabanosy?
- [lekki foch] Przecież wiesz że nie lubię kabanosów!
Zaczynam tracić cierpliwość.
- To nie wiem, może po prostu nic, skoro na nic nie masz ochoty. Nic więcej nie mogę ci zaproponować, bo naprawdę nie mam.
- [nagła histeria oraz wyrzut, łzy w oczach] Ale mamo, ja będę głodna! Chcesz, żebym była głodna?!
Tu spuśćmy kurtynę, bo dalszy rozwój wydarzeń nie był ani kształcący, ani budujący.
Wiem, co zrobiłam źle: bardzo chciałam żeby dzieci nie były w szkole głodne i żeby dostały coś, na co mają ochotę, co lubią i co zjedzą, a nie przyniosą z powrotem do domu. Błąd. Nieustanne dogadzanie dzieciom za wszelką cenę to pułapka, w którą rodzice wpadają całymi stadami i w którą ja też wpadam na każdym kroku. Aż cała jestem od tego wpadania poobijana.
Produktem ubocznym takich starań jest zjawisko o nazwie "rozwydrzony bachor, który myśli że świat jest po to by mu służyć", czyli coś, czego serdecznie nie znoszę. Od dziś dzieciątka będą wybierać śniadania z maksymalnie dwóch opcji. Nie zamierzam ich wysyłać do szkoły bez jedzenia, ale wybór: czy zjedzą czy wolą być głodne, pozostawiam im. Nie uciągnę dłużej wszystkich odpowiedzialności, które na siebie wzięłam. Nie dam rady być odpowiedzialna za każdy najdrobniejszy aspekt ich życia, co więcej, nie powinnam takiej odpowiedzialności na siebie brać. A już zupełnie nie jest mi potrzebne zamartwianie się o to, czy szkolne śniadanie zostanie zjedzone.
W ogóle dobrze jest przemyśleć taką sytuację pod kilkoma kątami. Na przykład: kogo ja właściwie usiłuję ratować przed dyskomfortem? Moje dzieci, czy siebie samą sprzed 30 lat? Jeśli to drugie, w takim razie jestem na drodze donikąd.
Nie wolno młodym usuwać sprzed nóg wszystkich przeszkód i niedogodności, co do tego chyba wszyscy się zgadzamy. Ale jak rozróżnić co jest przeszkodą do usunięcia a co nie? Jaki stopień surowości jest odpowiedni i nazywa się "zdrowym rozsądkiem" a jaki subtelnie przechodzi w obojętność czy wręcz okrucieństwo? Wystarczy zajrzeć do komentów pod artykułami o rodzicielstwie, żeby się zorientować, że ilu ludzi, tyle opinii. To, co dla jednych jest normalne, w opinii innych zakrawa na sadyzm. Ja nie wiem, bo nie mam żadnych wzorców na ten temat. Muszę zgadywać.
Im dziecko jest starsze, tym trudniej przychodzą mi takie decyzje. W przypadku niemowlęcia sprawa jest, przynajmniej dla mnie, zupełnie jasna. Ale jeśli chodzi o dwulatka, zaczynam mieć wątpliwości, a przeciez nie można traktować dwulatka jak niemowlęcia, to przepis na katastrofę.
Teraz, przy siedmio- i dziesięciolatce bardzo rzadko jestem pewna czegokolwiek. I będzie tylko gorzej.
Nie ma doskonałych ludzi. Dzieci, ani rodziców. Nie ma zatem i doskonałego rodzicielstwa. Sztuka polega na tym, żeby nie przestać się starać. A chciałoby się, oj czasem by się chciało.
wtorek, 16 lutego 2016
Ukryty wymiar
Co widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?
Widzą wysoką, niestarannie ubraną i nieuczesaną matkę z kilkuletnim synem. Widzą jak syn biegnie do osiedlowej furtki, otwiera, przepuszcza matkę. Matka dziękuje, bierze syna za rękę, idą. Wszystko wygląda normalnie.
Ludzie widzą jak dwadzieścia metrów dalej syn staje jak wmurowany i oznajmia, że chce pić.
Być może widzą jak matka próbuje wytłumaczyć, że nie ma ze sobą wody ani pieniędzy i że za kilka minut w przedszkolu (do którego jest bardzo, bardzo blisko, ludzie nie wiedzą, ale matka wie, nie wybrałaby się bez wody w daleką drogę) syn dostanie tyle picia ile tylko zechce. Jeszcze chwilka.
Widzą jak syn zaczyna podnosić głos i odmawia pójścia dalej. Widzą jak matka ciągnie go za ramię do przejścia dla pieszych, a on krzyczy "nieeeee!". Widzą jak syn chce się wyrwać prosto na ulicę, między samochody, a matka trzyma go obiema rękami.
Po drugiej stronie ulicy syn staje w błocie, tupie i mówi, że nie pójdzie dalej jeśli nie dostanie pić. TERAZ. Matka wreszcie traci cierpliwość i wrzeszczy. Syn zaczyna płakać. Nadal krzyczy "nie". Nie chce iść, chociaż na dojście do przedszkola potrzebują już tylko 3-4 minut. Ludzie nie wiedzą, syn nie wie, choć powinien, ale matka wie i ewidentnie doprowadza ją to do szału. Wyraźnie wściekła ciągnie syna za rękę dalej i za zakretem znikają z oczu publiczności zgromadzonej na chodniku. Koniec przedstawienia.
Czego nie widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?
Nie widzą porannej walki syna z matką o wszystko: o serek waniliowy, który jest nie taki jak trzeba, o ubieranie, o robienie kupy, o mycie zębów, o zakładanie butów, o wychodzenie z domu. Starszych sióstr, które rano nie podrapią się samodzielnie po tyłku, jeśli się im o tym nie przypomni i wiecznie się kłócą. Nie widzą, że ojciec wyjechał i matka musi ogarnąć sama to, co zazwyczaj z trudem ogarniają we dwoje. Nie widzą niewyspania, które od dziesięciu lat ciągnie się za matką jak ołowiana kula i powoli wykańcza. Nie widzą problemów osobistych, których nie wypada opisywać, bo, jak sama nazwa wskazuje, są osobiste, ale bolą jak ropiejąca rana co nie ma szans się zagoić w najbliższej przyszłości. Nie widzą wreszcie żalu ani poczucia winy, dławiących matkę cały czas od momentu, kiedy straciła cierpliwość.
Nie trzeba rzucać słowem, ani biblijnym kamieniem. Nikt nie ukarze krnąbrnej matki boleśniej, niż ona sama.
Kiedy byłam Doskonałą Mamą, czyli zanim zaszłam w ciążę, wiedziałam wszystko lepiej. Patrzyłam z potępieniem na takie krzyczące matki. Przecież z dzieckiem można rozmawiać, wytłumaczyć mu, dzieci są mądre, zrozumieją. Ta kobieta jest niewydolna i nieudolna, jak tak można, MNIE SIĘ TO NIGDY NIE ZDARZY. Wiem co mam robić.
Zabawne, prawda?
Troje dzieci, depresja i stany lękowe nauczyły mnie pokory i wstrzemięźliwości w wydawaniu sądów. Zdaje mi się, że ludzie, którym puszczają nerwy, najbardziej potrzebują wsparcia, a nie potępiających spojrzeń, świętojebliwej wyższości i werbalnych kopniaków. Z doświadczenia wiem, że odrobina życzliwości potrafi błyskawicznie obniżyć temperaturę konfliktu.
Każdego.
I staram się o tym nie zapominać.
Widzą wysoką, niestarannie ubraną i nieuczesaną matkę z kilkuletnim synem. Widzą jak syn biegnie do osiedlowej furtki, otwiera, przepuszcza matkę. Matka dziękuje, bierze syna za rękę, idą. Wszystko wygląda normalnie.
Ludzie widzą jak dwadzieścia metrów dalej syn staje jak wmurowany i oznajmia, że chce pić.
Być może widzą jak matka próbuje wytłumaczyć, że nie ma ze sobą wody ani pieniędzy i że za kilka minut w przedszkolu (do którego jest bardzo, bardzo blisko, ludzie nie wiedzą, ale matka wie, nie wybrałaby się bez wody w daleką drogę) syn dostanie tyle picia ile tylko zechce. Jeszcze chwilka.
Widzą jak syn zaczyna podnosić głos i odmawia pójścia dalej. Widzą jak matka ciągnie go za ramię do przejścia dla pieszych, a on krzyczy "nieeeee!". Widzą jak syn chce się wyrwać prosto na ulicę, między samochody, a matka trzyma go obiema rękami.
Po drugiej stronie ulicy syn staje w błocie, tupie i mówi, że nie pójdzie dalej jeśli nie dostanie pić. TERAZ. Matka wreszcie traci cierpliwość i wrzeszczy. Syn zaczyna płakać. Nadal krzyczy "nie". Nie chce iść, chociaż na dojście do przedszkola potrzebują już tylko 3-4 minut. Ludzie nie wiedzą, syn nie wie, choć powinien, ale matka wie i ewidentnie doprowadza ją to do szału. Wyraźnie wściekła ciągnie syna za rękę dalej i za zakretem znikają z oczu publiczności zgromadzonej na chodniku. Koniec przedstawienia.
Czego nie widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?
Nie widzą porannej walki syna z matką o wszystko: o serek waniliowy, który jest nie taki jak trzeba, o ubieranie, o robienie kupy, o mycie zębów, o zakładanie butów, o wychodzenie z domu. Starszych sióstr, które rano nie podrapią się samodzielnie po tyłku, jeśli się im o tym nie przypomni i wiecznie się kłócą. Nie widzą, że ojciec wyjechał i matka musi ogarnąć sama to, co zazwyczaj z trudem ogarniają we dwoje. Nie widzą niewyspania, które od dziesięciu lat ciągnie się za matką jak ołowiana kula i powoli wykańcza. Nie widzą problemów osobistych, których nie wypada opisywać, bo, jak sama nazwa wskazuje, są osobiste, ale bolą jak ropiejąca rana co nie ma szans się zagoić w najbliższej przyszłości. Nie widzą wreszcie żalu ani poczucia winy, dławiących matkę cały czas od momentu, kiedy straciła cierpliwość.Nie trzeba rzucać słowem, ani biblijnym kamieniem. Nikt nie ukarze krnąbrnej matki boleśniej, niż ona sama.
Kiedy byłam Doskonałą Mamą, czyli zanim zaszłam w ciążę, wiedziałam wszystko lepiej. Patrzyłam z potępieniem na takie krzyczące matki. Przecież z dzieckiem można rozmawiać, wytłumaczyć mu, dzieci są mądre, zrozumieją. Ta kobieta jest niewydolna i nieudolna, jak tak można, MNIE SIĘ TO NIGDY NIE ZDARZY. Wiem co mam robić.
Zabawne, prawda?
Troje dzieci, depresja i stany lękowe nauczyły mnie pokory i wstrzemięźliwości w wydawaniu sądów. Zdaje mi się, że ludzie, którym puszczają nerwy, najbardziej potrzebują wsparcia, a nie potępiających spojrzeń, świętojebliwej wyższości i werbalnych kopniaków. Z doświadczenia wiem, że odrobina życzliwości potrafi błyskawicznie obniżyć temperaturę konfliktu.Każdego.
I staram się o tym nie zapominać.
piątek, 5 lutego 2016
Rozmowy rozkojarzone
Możliwe, że jestem ostatnio trochę zmęczona.
Sytuacja pierwsza. Wczesne popołudnie.
Sprowadziłam Anię ze szkolnych zajęć do domu. Wchodzimy. Ania zeznaje, że nie zjadła Danonka, którego dostała w ramach drugiego śniadania.
Ja: To włóż go do szafy.
Ania [najwyraźniej uznaje, że nie należy kwestionować poleceń matki wariatki, więc patrzy na mnie uważnie i całkiem serio pyta]: Do której?
Ja [coś mi się bardzo nie zgadza, dociera do mnie, że chyba nie przekazałam tego komunikatu, o który mi chodziło, więc myślę z całej siły]: Tam... No tam... Tam gdzie zimno.
Ania [wciąż patrzy na mnie uważnie]: Aaaa... yyyy... chodzi ci o lodówkę?
Ja [bingo, eureka, stała się jasność]: Tak! Tak! Do lodówki!
Ania:...
Sytuacja druga. Dopiero co.
Wychodzę spod prysznica, staję przed lustrem. Biorę krem do twarzy, starannie smaruję twarz i okolice oczu,
Czuję się dziwnie.
Oczy zaczynają mnie szczypać i przestaję widzieć.
Bardzo dokładnie posmarowałam się pastą do zębów.
OMG.
Dobranoc :)
Sytuacja pierwsza. Wczesne popołudnie.
Sprowadziłam Anię ze szkolnych zajęć do domu. Wchodzimy. Ania zeznaje, że nie zjadła Danonka, którego dostała w ramach drugiego śniadania.
Ja: To włóż go do szafy.
Ania [najwyraźniej uznaje, że nie należy kwestionować poleceń matki wariatki, więc patrzy na mnie uważnie i całkiem serio pyta]: Do której?
Ja [coś mi się bardzo nie zgadza, dociera do mnie, że chyba nie przekazałam tego komunikatu, o który mi chodziło, więc myślę z całej siły]: Tam... No tam... Tam gdzie zimno.
Ania [wciąż patrzy na mnie uważnie]: Aaaa... yyyy... chodzi ci o lodówkę?
Ja [bingo, eureka, stała się jasność]: Tak! Tak! Do lodówki!
Ania:...
Sytuacja druga. Dopiero co.
Wychodzę spod prysznica, staję przed lustrem. Biorę krem do twarzy, starannie smaruję twarz i okolice oczu,
Czuję się dziwnie.
Oczy zaczynają mnie szczypać i przestaję widzieć.
Bardzo dokładnie posmarowałam się pastą do zębów.
OMG.
wtorek, 1 grudnia 2015
Rota króluje i włada
Wczoraj wirus sponiewierał mnie z dwóch stron oraz przywalił gorączką i łamaniem w kościach.
Dziś lepiej. Znaczy ja lepiej. Rodzina gorzej. Mąż działa tak na 50%, Matju nie zdążył do toalety, a Zu zarzygała zlew w kuchni, z którego dosłownie w tej chwili mój Małżonek (cześć mu i chwała) wyciąga ręcznie niestrawione kawałki kolacji. Bo jak ja próbowałam, to było poważne ryzyko, że dołożę niestrawione resztki mojej własnej kolacji ;)
Innymi słowy - jest zabawnie i rozrywkowo ;)
Tak, to jest to, czego mi dziś trzeba na poprawe humoru:
Dziś lepiej. Znaczy ja lepiej. Rodzina gorzej. Mąż działa tak na 50%, Matju nie zdążył do toalety, a Zu zarzygała zlew w kuchni, z którego dosłownie w tej chwili mój Małżonek (cześć mu i chwała) wyciąga ręcznie niestrawione kawałki kolacji. Bo jak ja próbowałam, to było poważne ryzyko, że dołożę niestrawione resztki mojej własnej kolacji ;)
Innymi słowy - jest zabawnie i rozrywkowo ;)
Tak, to jest to, czego mi dziś trzeba na poprawe humoru:
czwartek, 15 października 2015
Pokój Furii
Napisałam długi i nużący post bez polotu. I skasowałam, bo dałoby się go podsumować w czterech słowach: "mam ochotę komuś przypierdolić". Nawet wiem komu, leciałabym według listy, ale cóż, to nielegalne.
Najwyraźniej nie jestem odosobniona w tym pragnieniu. Jest popyt - jest podaż! W Łodzi powstał bowiem pierwszy w Polsce Pokój Furii. Gdzie zwyczajny człowiek, zalewany adrenalinowym koktajlem ciężkiego wkurwu, odziany w kombinezon ochronny, gogle, rękawice i co tam jeszcze, może dokonać totalnej demolki. Kijem bejsbolowym, kijem do golfa, pięściami, czym kto chce.
Uważam, że pomysł jest rewelacyjny. Chętnie wykupiłabym karnet na codzienne wizyty co najmniej przez miesiąc. Zabrakłoby im kijów bejsbolowych.
Ale tymczasem mogę sobie tylko pomarzyć. Potrzeba niszczenia wibruje pod skórą; dzieci emitują donośne dźwięki, nie absorbując przy tym żadnych dźwięków z otoczenia, w szeczólności poleceń matki; mąż wychodzi o 7.00 i wraca o 21.00; pieniądze na koncie się skończyły a dopiero połowa miesiąca.
A w słuchawkach na repeat mi gra.
Wounded satellite.
Anomaly.
I'm calling your name up into the air.
Not one of the others could ever compare.
A thousand ships couldn't sail me back from distress.
Anomaly.
Najwyraźniej nie jestem odosobniona w tym pragnieniu. Jest popyt - jest podaż! W Łodzi powstał bowiem pierwszy w Polsce Pokój Furii. Gdzie zwyczajny człowiek, zalewany adrenalinowym koktajlem ciężkiego wkurwu, odziany w kombinezon ochronny, gogle, rękawice i co tam jeszcze, może dokonać totalnej demolki. Kijem bejsbolowym, kijem do golfa, pięściami, czym kto chce.
Uważam, że pomysł jest rewelacyjny. Chętnie wykupiłabym karnet na codzienne wizyty co najmniej przez miesiąc. Zabrakłoby im kijów bejsbolowych.
Ale tymczasem mogę sobie tylko pomarzyć. Potrzeba niszczenia wibruje pod skórą; dzieci emitują donośne dźwięki, nie absorbując przy tym żadnych dźwięków z otoczenia, w szeczólności poleceń matki; mąż wychodzi o 7.00 i wraca o 21.00; pieniądze na koncie się skończyły a dopiero połowa miesiąca.
A w słuchawkach na repeat mi gra.
Wounded satellite.
Anomaly.
I'm calling your name up into the air.
Not one of the others could ever compare.
A thousand ships couldn't sail me back from distress.
Anomaly.
czwartek, 17 września 2015
Odcienie mroku
Ania właśnie zupełnie poważnie zapytała mnie czy serdelki to owoce i czy rosną na drzewach.
Kiedy kazałam jej przeczytać wiersz Danuty Wawiłow "Daktyle" i potem odpytywałam ją z treści, na pytanie "Jakie zwierzęta występują w wierszu?" odrzekła:
- Daktyle, krokodyle, motyle...
Informacja że daktyle to nie zwierzęta wywołała lekki szok i niedowierzanie.
Groza oraz mrok.
Lecz w porównaniu z tym na co naraził mnie Matju w poczekalni u dermatologa, wszelkie intelektualne niedociągnięcia pozostalych dzieci zdecydowanie bledną.
Na wizytę czekaliśmy kilka tygodni. Uprzedzono nas, że należy się stawić pół godziny przed czasem. Nie wiem po co, bo pacjenci sa umawiani na co 10 minut i zawsze, ale to zawsze generuje się co najmniej godzinne opóźnienie...
Matju i ja weszliśmy do poradni dokładnie o 10.00. Odstaliśmy swoje do okienka w recepcji, gdzie pani, na oko i ucho pamiętająca zapewne uroki Peerelu wpisała nas w tabelkę i skierowała do gabinetu.
Pod gabinetem stał tłum, który licznymi usty poinformował mnie ochoczo o zasadach kolejkowania oraz o półgodzinnym opóźnieniu. Wkrótce opóźnienie urosło do godziny i dziesięciu minut.
Po półgodzinnym oczekiwaniu w poradni Matju dostał absolutnej, nieopanowanej korby. Piszczał, skakał, machał rękami, kładł się i nie reagował na próby zajęcia go czymś konkretnym. Bałam się dać mu telefon z grą, bo w takim stanie potrafi na przykład rzucić tym co ma w ręku. Gdyby rzucił moim telefonem, prawdopodobnie nie dożyłby wizyty u lekarza.
Czekanie się przeciągało. Matjowa głupawka rosła. Wprost proporcjonalnie do głupawki rosła moja desperacja. Może herbatniczek, może spacerek, a może pogramy w łapki synku, bożedrogi kurwamać ratunku wypuśćcie mnie stąd nie zasłużyłam na to.
Apogeum nastąpiło po godzinie, kiedy Matju zaczął mnie szarpać, szczypać i z błyskiem w oku wykrzykiwać na głos: "dupa! cycki! dupa! cycki!" uważnie obserwując moją reakcję. Łapałam go za ręce, żeby udaremnic napaść i w końcu trafił mnie potężny szlag. Odciągnęłam go w odludniejsze miejsce i posadziłam na ławce.
Rechotał. Aż go trzęsło ze śmiechu.
Wyjaśniłam dobitnie że nie życzę sobie takiego zachowania.
Rechotał.
Czekałam aż się uspokoi.
Nie uspokoił się. Powtórzył występ wraz z produkcją wokalną.
Spróbowałam odwracania uwagi.
Rechot.
Tłumaczenia.
Rechot.
Zapowiedziałam karę.
Rechot.
Zaczęłam widzieć na czerwono i żałować, że nie zostałam zakonnicą w klasztorze klauzurowym ze ślubami milczenia. I gwałtownie zatęskniłam za czasem, kiedy solidne potrząśnięcie niesfornym bachorem było społecznie akceptowalne.
Podniosłam głos, nie bacząc na to co ludzie sobie pomyślą, mam to gdzieś, a poza tym po takim popisie nic gorszego pomyśleć już chyba nie mogą.
Dopiero kiedy pozwoliłam sobie okazać złość, coś dotarło. Nie powiem że Młody się uspokoił, bo spokojem tego nazwać nie można, ale zachowywał umiar w niecenzuralnych wypowiedziach tudzież próbach fizycznego sponiewierania matki.
Jakoś przetrwałam resztę dnia, choć nie było łatwo.
A na deser, wieczorem, Matju pomazał kredkami ścianę w dużym pokoju, jedynym pomieszczeniu w całym mieszkaniu które do tej pory pozostawało nietknięte dziecięcym wandalizmem.
Jak twierdzi Pismo "kobiety są zbawione przez rodzenie dzieci". Pewnie że tak. Odpracowują czyściec już na ziemi.
Dzisiejszy dzień uznaję oficjalnie za zakończony. Cheers!
Kiedy kazałam jej przeczytać wiersz Danuty Wawiłow "Daktyle" i potem odpytywałam ją z treści, na pytanie "Jakie zwierzęta występują w wierszu?" odrzekła:
- Daktyle, krokodyle, motyle...
Informacja że daktyle to nie zwierzęta wywołała lekki szok i niedowierzanie.
Groza oraz mrok.
Lecz w porównaniu z tym na co naraził mnie Matju w poczekalni u dermatologa, wszelkie intelektualne niedociągnięcia pozostalych dzieci zdecydowanie bledną.
Na wizytę czekaliśmy kilka tygodni. Uprzedzono nas, że należy się stawić pół godziny przed czasem. Nie wiem po co, bo pacjenci sa umawiani na co 10 minut i zawsze, ale to zawsze generuje się co najmniej godzinne opóźnienie...
Matju i ja weszliśmy do poradni dokładnie o 10.00. Odstaliśmy swoje do okienka w recepcji, gdzie pani, na oko i ucho pamiętająca zapewne uroki Peerelu wpisała nas w tabelkę i skierowała do gabinetu.
Pod gabinetem stał tłum, który licznymi usty poinformował mnie ochoczo o zasadach kolejkowania oraz o półgodzinnym opóźnieniu. Wkrótce opóźnienie urosło do godziny i dziesięciu minut.
Po półgodzinnym oczekiwaniu w poradni Matju dostał absolutnej, nieopanowanej korby. Piszczał, skakał, machał rękami, kładł się i nie reagował na próby zajęcia go czymś konkretnym. Bałam się dać mu telefon z grą, bo w takim stanie potrafi na przykład rzucić tym co ma w ręku. Gdyby rzucił moim telefonem, prawdopodobnie nie dożyłby wizyty u lekarza.Czekanie się przeciągało. Matjowa głupawka rosła. Wprost proporcjonalnie do głupawki rosła moja desperacja. Może herbatniczek, może spacerek, a może pogramy w łapki synku, bożedrogi kurwamać ratunku wypuśćcie mnie stąd nie zasłużyłam na to.
Apogeum nastąpiło po godzinie, kiedy Matju zaczął mnie szarpać, szczypać i z błyskiem w oku wykrzykiwać na głos: "dupa! cycki! dupa! cycki!" uważnie obserwując moją reakcję. Łapałam go za ręce, żeby udaremnic napaść i w końcu trafił mnie potężny szlag. Odciągnęłam go w odludniejsze miejsce i posadziłam na ławce.
Rechotał. Aż go trzęsło ze śmiechu.
Wyjaśniłam dobitnie że nie życzę sobie takiego zachowania.
Rechotał.
Czekałam aż się uspokoi.
Nie uspokoił się. Powtórzył występ wraz z produkcją wokalną.
Spróbowałam odwracania uwagi.Rechot.
Tłumaczenia.
Rechot.
Zapowiedziałam karę.
Rechot.
Zaczęłam widzieć na czerwono i żałować, że nie zostałam zakonnicą w klasztorze klauzurowym ze ślubami milczenia. I gwałtownie zatęskniłam za czasem, kiedy solidne potrząśnięcie niesfornym bachorem było społecznie akceptowalne.
Podniosłam głos, nie bacząc na to co ludzie sobie pomyślą, mam to gdzieś, a poza tym po takim popisie nic gorszego pomyśleć już chyba nie mogą.
Dopiero kiedy pozwoliłam sobie okazać złość, coś dotarło. Nie powiem że Młody się uspokoił, bo spokojem tego nazwać nie można, ale zachowywał umiar w niecenzuralnych wypowiedziach tudzież próbach fizycznego sponiewierania matki.
Jakoś przetrwałam resztę dnia, choć nie było łatwo.A na deser, wieczorem, Matju pomazał kredkami ścianę w dużym pokoju, jedynym pomieszczeniu w całym mieszkaniu które do tej pory pozostawało nietknięte dziecięcym wandalizmem.
Jak twierdzi Pismo "kobiety są zbawione przez rodzenie dzieci". Pewnie że tak. Odpracowują czyściec już na ziemi.
Dzisiejszy dzień uznaję oficjalnie za zakończony. Cheers!
piątek, 7 sierpnia 2015
Ciepełko
Myślałam, o naiwna ja, że nie ma nic gorszego niż duszne 30 stopni w domu i piekarnik na zewnątrz. Jakże się myliłam!
Na przystanku jak na patelni. Zero cienia, nowe, piękne, europejskie wiaty mają przezroczyste dachy, udatnie wzmacniające efekt piecyka. Smażysz się człowieku we własnym, aromatycznym sosie. Podjeżdża autobus.
Wsiadasz.
Umierasz.
Albowiem w autobusie nie ma klimatyzacji. I otwiera się tylko jedno małe okno, pozostałe są zamknięte na mur, bo autobus przystosowany jest do klimatyzacji... Po czterdziestu minutach w tym ekologicznym środku transportu wyczołgujesz się niemrawo, opierając się na okolicznych powierzchniach i parząc dłonie o rozgrzany metal, a upiorny gorąc na zewnątrz zdaje się zaledwie miłym ciepełkiem.
Drogi ZetTeeMie, jeśli upieracie się wozić ludzi bez klimatyzacji, to apeluję o wypuszczenie na ulice starych przegubowców, które miały normalne, otwieralne, duże okna. Miało być nowocześnie i wygodnie, a wyszło jak zwykle. Po **** komu klima, która nie działa? Vaffanculo.
Na przystanku jak na patelni. Zero cienia, nowe, piękne, europejskie wiaty mają przezroczyste dachy, udatnie wzmacniające efekt piecyka. Smażysz się człowieku we własnym, aromatycznym sosie. Podjeżdża autobus.
Wsiadasz.
Umierasz.
Albowiem w autobusie nie ma klimatyzacji. I otwiera się tylko jedno małe okno, pozostałe są zamknięte na mur, bo autobus przystosowany jest do klimatyzacji... Po czterdziestu minutach w tym ekologicznym środku transportu wyczołgujesz się niemrawo, opierając się na okolicznych powierzchniach i parząc dłonie o rozgrzany metal, a upiorny gorąc na zewnątrz zdaje się zaledwie miłym ciepełkiem.
Drogi ZetTeeMie, jeśli upieracie się wozić ludzi bez klimatyzacji, to apeluję o wypuszczenie na ulice starych przegubowców, które miały normalne, otwieralne, duże okna. Miało być nowocześnie i wygodnie, a wyszło jak zwykle. Po **** komu klima, która nie działa? Vaffanculo.
środa, 5 sierpnia 2015
Ekhem...
Termometr w cieniu pokazuje 37 stopni. Termometr w słońcu nic nie pokazuje, bo zabrakło mu skali.
W domu 32 stopnie od południowej strony i 29 od północnej...
Wybrałam się do Biedronki, bo to najbliższy sklep z porządną klimą. Kilometrowa wędrówka przez zachwaszczone pola bez skrawka cienia. Powietrze drgało od upału, wokół cisza, nawet owadów brak, tylko słońce wali jak młotem. Nie ma czym oddychać. Na murach i chodnikach można śmiało smażyć jajka.
Kiedy doszłam do Biedry, od razu stanęłam przy lodówce z mrożonkami. I bardzo, bardzo długo wybierałam kostki rybne. Bardzo długo.
Nie mogę się doczekać kiedy znowu będę mogła ponarzekać na mróz. ;)
W domu 32 stopnie od południowej strony i 29 od północnej...
Wybrałam się do Biedronki, bo to najbliższy sklep z porządną klimą. Kilometrowa wędrówka przez zachwaszczone pola bez skrawka cienia. Powietrze drgało od upału, wokół cisza, nawet owadów brak, tylko słońce wali jak młotem. Nie ma czym oddychać. Na murach i chodnikach można śmiało smażyć jajka.
Kiedy doszłam do Biedry, od razu stanęłam przy lodówce z mrożonkami. I bardzo, bardzo długo wybierałam kostki rybne. Bardzo długo.
Nie mogę się doczekać kiedy znowu będę mogła ponarzekać na mróz. ;)
środa, 1 lipca 2015
Ciche dni
Kiedy dzieci są w placówkach, w domu panuje przerozkoszna cisza. Tak ją uwielbiam, że nawet nie słucham radia ani muzyki. Szkoda marnować taką piękną ciszę. Jestem żywa i działam.
Idę potem po dziewczynki do szkoły, nadal żywa. Odbieram je. Po dwudziestominutowym spacerze do domu nie mam już siły na nic, następuje całkowite zzombienie. Bo panienki MÓWIĄ. Cały czas. Obie naraz. Nie zamykają im się dzioby.
Trzeba wysłuchać wszystkiego, najlepiej aktywnie uczestniczyć w konwersacji, wykazać zrozumienie, rozwiązać problem, zapewnić wsparcie, zadawać pytania, wyjaśniać wątpliwości...
Nie wiem czy bardziej chciałabym wyłaczyć je czy siebie samą.
Mówienie jest przereklamowane.
piątek, 10 kwietnia 2015
Nie to nie
Poranny mix Antyradia (albo EskiRock, nie wiem) podrzucił mi tymczasowe rozwiązanie mego wielkiego problemu - jak skutecznie i bezpiecznie mówić "NIE".
Dzieci: Mamoo, mogę wyjśc na dwór? Mamoo, możesz mi zrobić ciasto? Mamooo, mogę czekoladę? mamooo, mogę? Mamoo, dasz? Mamoo, zrobisz? Mamoo mamooo mamooo!
Ja: Nie. Nie możesz/nie zrobię/nie jedz/nie dam. NIE.
Dzieci: Ale mamoooo, ale MAMOOOOOO, mogęęę? Proszę, mogęęęę? Dasz? Zrobisz?
Ja [rechocząc wewnetrznie, głosem przesiąkniętym mocą na wzór ukochanej Kasi Nosowskiej, z dziką satysfakcją zaczynam śpiewać]:
"NIE NIE NIE
NIE TO NIE,
MÓWIĘ NIE, GDY MYŚLĘ NIE
CZEMU WIĘC
CZYTASZ NIE
JAKBY NIE BYŁO TAK!!!!"
Miny moich dzieci - bezcenne :D Zapewne nie konstytuuję w ich małych główkach miłości do klasyki polskiego rocka, ale ciul z tym ;)
Dzieci: Mamoo, mogę wyjśc na dwór? Mamoo, możesz mi zrobić ciasto? Mamooo, mogę czekoladę? mamooo, mogę? Mamoo, dasz? Mamoo, zrobisz? Mamoo mamooo mamooo!
Ja: Nie. Nie możesz/nie zrobię/nie jedz/nie dam. NIE.
Dzieci: Ale mamoooo, ale MAMOOOOOO, mogęęę? Proszę, mogęęęę? Dasz? Zrobisz?
Ja [rechocząc wewnetrznie, głosem przesiąkniętym mocą na wzór ukochanej Kasi Nosowskiej, z dziką satysfakcją zaczynam śpiewać]:
"NIE NIE NIE
NIE TO NIE,
MÓWIĘ NIE, GDY MYŚLĘ NIE
CZEMU WIĘC
CZYTASZ NIE
JAKBY NIE BYŁO TAK!!!!"
Miny moich dzieci - bezcenne :D Zapewne nie konstytuuję w ich małych główkach miłości do klasyki polskiego rocka, ale ciul z tym ;)
środa, 11 lutego 2015
Oświaty kaganiec
Uczę się. I uczę. I nic nie umiem. Strata czasu, zaprawdę.
"You cannot overestimate the unimportance of practically everything."
John Maxwell
wtorek, 10 lutego 2015
Śpiączka
A dziś uczyłam się do egzaminu. Była mniej więcej 14.30. Robiłam notatki i ostatnia rzecz, którą pamiętam, to "Metoda gramatyczno - tłumaczeniowa"...
Otworzyłam oczy. Godzina 15.30. Spałam z twarzą na laptopie, spadły mi okulary. Kubek z herbatą leżał na podlodze, już bez herbaty, rzecz jasna. Na szczęście powódź ominęła urządzenia elektroniczne, ale trochę notatek popłynęło, muszę je przepisać jeszcze raz. Spóźniłam się po dzieci do szkoły.
Nie pamiętam jak to się stało. Wypiłam dziś trzy kawy. Herbat mocnych jak siekiera nawet nie liczę. I nie pamiętam jak to się stało, że zasnęłam.
Zasypiam w autobusie, co jest problemem, bo naraża mnie na utratę dóbr materialnych. Zasypiam czekając na dzieci pod szkołą, mrożąc sobie tyłek na mokrej ławce, głowa oparta o kolana jak menel na Centralnym. Zasypiam pod prysznicem. Kąpieli nawet nie próbuję, nie wiem czy wyszłabym z niej żywa.
Niestety w łóżku nie zasypiam, wszystko co ściga mnie w ciągu dnia i z czym sobie nie radzę wskutek zmęczenia, dopada mnie w nocy, szarpie i upomina "nie zrobiłaś tego, masz pamiętać o tamtym, znowu zapomniałaś o tym, jutro weź się za to, czeka cię tamto, nie możesz już odkładać tego bla bla bla". Odpływam, budzę się, odpływam, budzę się, wstaję zrąbana jak koń po westernie, wkładam glowę w chomąto i wiśta wio, ciągniemy nowy dzień! ;)
Ale popatrzmy pozytywnie - zaliczyłam godzinną drzemkę ;) Także tego... jest zajebiście ;)
niedziela, 25 stycznia 2015
(p)anestetyk
Studiuję sobie podyplomowo. Kończy się pierwszy semestr i mam kilka przemyśleń.
Im więcej wiem o nauczaniu tym mniej mi się ono podoba. Kiedyś lubiłam uczyć (wtedy włoskiego), ale od tamtego czasu minęło 16 lat i chyba znalazlam po drodze milion innych rzeczy, które sprawiają więcej satysfakcji i są mniej frustrujące. Jednakowoż pieniędzy z nich raczej nie będzie, więc brnę w raz obranym kierunku, acz coraz niechętniej. To nie jest dobry znak.
Najwięcej frajdy sprawiają mi przedmioty poboczne - psychologia (moje hobby), emisja głosu i mój absolutnie bezkonkurencyjny faworyt - "elementy historii i kultury krajów anglojęzycznych" z TYM panem. Nie dość, że ma fenomenalną wiedzę, którą przekazuje z pasją i poczuciem humoru, to jeszcze robi to w płynnej idiomatycznej amerykańskiej angielszczyźnie. Rarytas i balsam dla ucha. Fakt, że te zajęcia są dla mnie jak łyk tlenu i półtoragodzinne wakacje w raju z gratisową ścieżką białej damy, tylko potwierdza moje obawy: w głębi duszy nie jestem nauczycielem. Jestem filologiem. Urodziłam się filologiem i umrę filologiem, dla którego najwiekszą podjarką jest rozkmina tekstów sprzed paru stuleci.
Niestety za to słabo płacą a frank drożeje, więc postaram się jak umiem najlepiej.
Im więcej wiem o nauczaniu tym mniej mi się ono podoba. Kiedyś lubiłam uczyć (wtedy włoskiego), ale od tamtego czasu minęło 16 lat i chyba znalazlam po drodze milion innych rzeczy, które sprawiają więcej satysfakcji i są mniej frustrujące. Jednakowoż pieniędzy z nich raczej nie będzie, więc brnę w raz obranym kierunku, acz coraz niechętniej. To nie jest dobry znak.
![]() |
| samanthadoodles.deviantart.com |
Niestety za to słabo płacą a frank drożeje, więc postaram się jak umiem najlepiej.
niedziela, 4 stycznia 2015
Google Photos
Aplikacja ta jest dziełem Szatana i karą za moje grzechy, niech będzie przeklęta na wieki. Zainstalowała mi się na tablecie przy ostatnim apdejcie systemu i zanim zorientowałam się jak działa, usunęłam sobie z bloga tak z 1/3 obrazków.
Temu, kto przyczepił ją obowiązkowo do systemu, życzę żeby oparszywiał.
Temu, kto przyczepił ją obowiązkowo do systemu, życzę żeby oparszywiał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















