Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmiechowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmiechowo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2016

Opowieści dziwnej treści

Średnia nadal uprawia kreatywne pisanie w swoim kajeciku. Właśnie odczytała mi opowiadanie o tym jak Panna Kotka była chora i posłała po doktora. Doktor przyjechał, potwierdził chorobę, przepisał lekarstwo. Następnego dnia, uwaga, plot twist... Pannę Kotkę zaczęły jeść myszy. Zjadły ją i zdechły, a Pan Doktor nie wiedział gdzie się podziała.

Średnia zareklamowała ową historię jako opowieść humorystyczną. Po wysłuchaniu ostatniego zdania faktycznie ryknełam śmiechem. Nie wiem o kim gorzej to świadczy - o niej czy o mnie ;)

A tu kolejne horror story na niedzielny wieczór:


czwartek, 12 maja 2016

Literacko

Zadanie z języka polskiego, klasa II.

"Przeczytaj wyrazy. Napisz zabawne opowiadanie, które będzie zawierało podane wyrazy. Pamiętaj, że możesz ich użyć w różnej formie."

Średnia popłynęła na falach kreatywności:


"W zamku mieszkała wróżka i dopadł ją duży nietoperz. Krasnal chciał ją bronić, ale stcurzył, bo uderzył się o korzeń i upadł na pupę."

Ja: ... yyyyy
Średnia: No co! Miało być zabawne! Pupa jest zawsze śmieszna!
Ja: .... yyyyyy
Średnia: No co! Ciesz się, że nie napisałam "dupa".

Odczuwam instynktowną dumę. Moje dziecko niewątpliwie będzie kiedyś pisywać do ogólnopolskich dzienników. Czuje rejestr.

piątek, 6 maja 2016

Żelazna logika

Opowieść z klasy II.

Średnia: Mamo, a mama kolegi X sprzedaje biustonosze! Wszyscy się dziś z tego śmiali!
Ja: No wiesz! A z czego tu się śmiać? Co jest śmiesznego w biustonoszach?
Średnia: No bo biustonosze dotyczą cycków
Ja: PIERSI! PIERSI! Tak sie nazywa ta część ciała! Wrrr.
Średnia: No, i pierwsi to część in... ity..intymna, i pupa to część intymna a pupa dotyczy kupy a kupa jest śmieszna!
Ja: ...



czwartek, 28 kwietnia 2016

KompleMendy

Z cyklu: "Syn prawdę ci powie".

Przewrócił się po drodze z przedszkola, bolała go noga, więc poniosłam go kawałek na biodrze. Idę, śmiejemy się, nucimy chórem Marsz Imperialny z Gwiezdnych Wojen, robimy noski noski eskimoski i nagle, bez ostrzeżenia Matju odwraca się ode mnie i woła: - mamooo, ojej, ale masz zęby! Takie trochę żółtawe...
Hmmm... - pomyślałam, ze smutkiem wspominając 120 złotych wydane tydzień temu na piaskowanie szczęki. Trzeba było kupić za to lody. Ale nie, zaraz, od lodów rośnie brzuch. Sprawdźmy...
- I co jeszcze mam? - pytam, przełykając śmiech.
- Gruby miękki brzuszek! - zgodnie z przewidywaniami odpowiada młodociany oprawca. - I fałdki na szyi! I kropki!
Gdy ocierając łzy rozbawienia, zaczęłam się zastanawiać czy lepiej samodzielnie uszyć sobie arabską burkę, czy też może taniej będzie sprowadzić gotową z Pakistanu, Młody przyjrzał mi się spod oka i na wszelki wypadek dorzucił ze szczerym, słowiańskim uśmiechem:
- Jesteś piękna jak księżniczka!

Nie wiem czy wierzyć, czy nie, ale na wszelki wypadek sprawdzę ceny burek na ebayu ;)


wtorek, 19 kwietnia 2016

Szczerość

"Kochanie, czy wyglądam grubo?"
Jeśli chcecie wiedzieć czy wyglądacie grubo, nie pytajcie facetów, to bez sensu. Złapcie czterolatka i spytajcie jego. Gwarantowane, że powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. I dołoży komentarz, zupełnie gratis.

Siedzę w fotelu z książką. Wpada Matju, rzuca się na mnie z rozpędu i łapie mnie za brzuch.

Matju: Aaaale masz gruby brzuch!
Ja: Hmmm...
Matju: Nie chcę żebyś miała takiego grubego brzucha!
Ja: To co mam robić?
Matju: Nie jeść! I nie pić!
Ja [smutna mina]
Matju [chcąc osłodzić zaserwowaną matce gorzką pigułkę]: No... możesz czytać. I... i... [rozgląda się, widzi biurko z lapkiem] ... i pracować!

Dzięki, synu. Chciałabym móc powiedzieć, że ten brzuch to nie przez Nutellę, lody w Ikei i burgery, jeno przez ciebie, ale niestety pamiętam jak wygladałam po porodzie (jak sylfida), kłamstwo zatem nie przejdzie.

Młody nadal z rozpędu wpada na mój brzuch.
Dla zabawy napięłam mięśnie. Matju wpadł na nie z całej siły i odrobinę się zdziwił.
Matju: Ooooo, skała! Jaka GRUBA skała!

Innymi słowy: jak się nie obrócisz, tak rzyć z tyłu. Lać na to.


Dziś na kolację burgery. Handluj z tym, synu.

Zmęczenie, level: hard

Kiedy przerywając lekturę i odkładając Kindla, usiłujesz wcisnąć do książki zakładkę.


Oraz przypadkiem znajdujesz w zamrażarce  szczoteczkę do zębów, przymrożoną do dna glutami pasty. Bo podczas mycia zębów przypomniało ci się, że trzeba wyjąć i rozmrozić mięso na obiad. Skutek: przepełnienie stosu, jedna myśl kasuje drugą.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Fantomowe boleści

W piątek, po rannym sparringu z Urzędem Miasta, związanym z załatwieniem dzieciom dowodów osobistych, porozwoziliśmy młode do placówek a sami wróciliśmy do domu i z westchnieniem ulgi zapuściliśmy czwarty odcinek najnowszej serii "Wikingów". Teraz już tylko relaks, obiadek, mąż będzie pracował z domu, cisza, spokój, jest dobrze.
Pod koniec odcinka dzwoni telefon. Nieznany numer.
Odbieram. To Zuzia. Dzwoni z komórki koleżanki.
Zu: Mamoooo [chlipie] nie mogłam wysłać smsa bo nie mam już pieniędzy na kooo-ooon-cieeee [chlipie].
Ja [lekko zbladłam]: Co się stało?
Zu: Baaa-aaardzo mnie booo-oooli uuuuchoo. [chlipie]
Ja: Ile masz jeszcze lekcji?
Zu: Jeee-eeedną [chlipie].
Ja: Wytrzymasz czy trzeba cię zabrać?
Zu: Chyy-yyyba zaaa-aaabrać [chlipie] booo-oooli baaa-aaardzo [chlipie].
Ja: Tata już jedzie.
Mąż stał już w drzwiach, wkładając kurtkę, ja dzwoniłam do przychodni w poszukiwaniu wolnego terminu do pediatry gdziekolwiek, bo moje doświadczenie z zapaleniami ucha mówi, że najlepiej załatwić problem jak najszybciej, potem będzie tylko gorzej a samo na pewno nie przejdzie.
Znalazłam miejsce za 40 minut w centrum. Mąż odwołał zadania pracowe, zrobił rekord trasy dom-szkoła-centrum i zdążył do lekarza.
Zaprawdę wspaniała, sprawna akcja. Tylko że...
Odbieram telefon. Dzwoni Mąż.
Ja: No i jak tam?
M: Pani doktor sprawdziła uszy i gardło i nic nie znalazła. A Zuzę przestało boleć.

Nosz...

Najwyraźniej była to kolejna odsłona kampanii "uratuj mnie od szkoły". Nie zliczę ile razy dzwoniła do mnie pielęgniarka szkolna, prosząc o przyjście i zabranie dziecka, bo Ania przylazła do niej ze zbolałą miną i narzekała, że boli ją brzuch. Ja oczywiście rzucam wszystko i lecę na złamanie karku, bo dziecko chore i się męczy, a dziecko w magiczny sposób dochodzi do siebie jak tylko opuści placówkę edukacyjną. I jeszcze się obraża, jeśli ze względu na chory brzuch odmawiam podania kanapek z Nutellą ;)

Trochę mnie to wszystko zmęczyło, ogłosiłam zatem nowe, bardzo proste zasady: jeśli jesteś w stanie utrzymać się na nogach - zostajesz w szkole i nie proś o litość.
Jestem zdeterminowana. Dotrzymam postanowienia, choćby nie wiem co. Nie ustąpię.
Zapewne do następnego telefonu... [wzdech]


niedziela, 27 marca 2016

Wesołego

Sezon na "co dostałaś od zajączka? uważam za otwarty. Nic nie dostałam, w naszej rodzinie króluje wstecznictwo, zaściankowość i pastewna tradycja, na Wielkanoc można dostać co najwyżej jajko z majonezem lub białą kiełbasę pieczoną w piwie (mniam). Plus gratis wizyta w kościele.
Dzieci co roku są trochę rozczarowane, bo wokół szaleje konsumpcjonizm i po świętach w szkole odbywa się coś w rodzaju giełdy "A ja dostałem to! Ale moje jest lepsze! Phi, to nic, a ja dostałam...". Też chciałyby się pochwalić. Niestety matka reakcjonistka twardo odmawia.

W ogóle na hasło "wielkanocny zajączek" reaguję niezbyt przychylnie. I to się chyba udziela... Wczoraj Matju bawił się kubkiem i dzbankiem. Udawał, że coś przelewa.
Ja: A co tam masz, synku?
Matju: Sok.
Ja: A z czego?
Matju: Z zajączka.

I tyle w temacie.
Wznosząc sokiem z zajączka toast za zdrowie znajomych i nieznajomych, życzę wszystkim spokojnych Świąt :)



środa, 23 marca 2016

Wina dajcie

Są ludzie, którzy doskonale współpracują z grupą dzieci i świetnie oraz spontanicznie się z nimi bawią. Nie jestem takim ludziem...


Dziewczynki podrosły i zaczynają zapraszać do domu koleżanki.
Dziś odwiedziła nas X., koleżanka Zuzy. X to słodka dziesięciolatka o dobrym sercu i łagodnym usposobieniu, do tego nienagannie wychowana i uprzejma. Bardzo, bardzo ją lubię. Moje młodsze dzieci uwielbiają ją do tego stopnia, że Matju chciał jej oddać swój tablet a Ania wiesza się na niej i nie chce puścić, co X znosi z podziwu godną cierpliwością.
Niestety, X jest przyzwyczajona do nieco wyższych standardów rodzicielstwa niż "- co na kolacjęęęę? - Zajrzyj do lodówki i se coś weeeeź" albo " -Nudziii mi sieeee! - To znajdź se coś do roboootyyy, na przykład zbierz pranieeee z suszaarkiii.". Jedynaczka, która mieszka z przesympatyczną mamą, równie sympatycznym tatą i babcią oraz zwierzakami. Poziom ZEN w tej rodzinie wzbudza mój nieustanny podziw. Ma też swoje konsekwencje w postaci wysokich oczekiwań, z którymi niżej podpisana raczej słabo sobie radzi ;)
O godzinie osiemnastej dziewczynkom zaczęły kończyć się pomysły i zapas chipsów.
- Ciociuuu, możemy zrobić jadalną ciastolinę? - zagadnęła X.
Podniosłam nieco nieprzytomne oczy znad wciagającego brytyjskiego kryminału. Spłoszyłam się. W sumie X jest urocza, jest gościem, no i nie chciałabym wyjść na aspołeczną leniwą bicz, którą w istocie jestem...
Uśmiechnęłam się, fachowo kryjąc panikę.
- Jasne, kochanie, ale yyyy... nie wiem jak.
- Tu mam przepis, ciociu - pospieszyła z pomocą X, podtykając mi pod nos swojego smartfona z odpalonym stosownym filmikiem.
Przeklinając w duchu internet oraz ów pomiot szatana, który wynalazł jutubę, przestudiowałam listę składników.
- Słoneczko, ale nie mamy olejku migdałowego i cytryny.
Odetchnęłam z ulgą, pilnie uważając, by nie wyglądać na zbyt zadowoloną. X wyraźnie posmutniała.
Minęły dwie strony kryminału.
- Ciociu a to?
Pod moim nosem wylądował przepis na domową piaskolinę. Wyglądał na wykonalny. Och, uff, nie mamy pianki do golenia. Tak mi przykro.
Smutek wyczuwalny był już w powietrzu, Jego stężenie narastało wraz z każdym kolejnym filmikiem, do którego brakowało nam soku z ananasa, szczypiorku albo kruszonego lodu. Mój wstyd rósł wprost proporcjonalnie. Nie dość że gościowi nie jestem w stanie zapewnić godziwej rozrywki, to jeszcze w mojej lodówce nie ma mleczka kokosowego ani świeżego ananasa :( Ani kruszonego lodu. Ani w ogóle żadnego lodu, oprócz tego, który zbiera się na rurkach chłodzących.


Poziom mojej paniki niemal wywalił dziurę w dachu, kiedy X z radosnym uśmiechem zaproponowała, żebyśmy w takim razie upiekli chińskie ciasteczka z wróżbami...
Nie? Rozczarowanie płynęło wartko, jak rzeka szarego kisielu. Trzeba było ratować sytuację i zachować choć pozory kompetencji.
- Skoro chcecie coś piec, to może... yyy... eee... aaa... hmmm... o, wiem! Brownie!
Na szczęście propozycja spotkała się z aprobatą (wiadomo, czekolada to pewniak). Czworo pomocników (moje plus gość) rzuciło się do kuchni, tratując się nawzajem. Ze zrezygnowaną miną ruszyłam za nimi.


Ja chcę! Nie! Ja to zrobię! Daj mi! Hej! Przestań! Mamoooo, ja chcęęęęę! Nieeee!!! Oddawaj! Ja pomieszam, ja!!! Mogę wrzucić, mogę?
Na szczęście przepis jest prosty, więc przybyło mi tylko około pięćdziesięciu siwych włosów i jakieś dziesięć zmarszczek. I jeden malutki atak paniki. Na straty należałoby też spisać świerć torebki kakao, miarkę cukru, pół buteleczki ekstraktu waniliowego, mniej więcej pięć deko masła i koszulkę Matju, który, przejęty swoim zadaniem - smarowaniem foremki - niechcący użył do tego celu rękawów. Smarowanie dokończyła Ania, nieświadoma, niestety, że masło jest tłuste. Spojrzała na swoje dłonie i wpadła w histerię, więc X, dobre i życzliwe dziecko, wyszorowała jej ręce płynem do naczyń i gorącą wodą.
Odbył się jeszcze krótki sparring między moimi dziećmi o to, kto naleje ciasto do foremki i już można było wstawiać całość (czy raczej tę część, która trafiła do foremki, w przeciwieństwie do części, która pozostała rozchlapana na stole) do piekarnika.
Towarzystwo umilało sobie 25 minut oczekiwania radosną zabawą, polegającą na galopowaniu z jednego pokoju do drugiego, przy wtórze okrzyków. Czułam jak z sykiem umierają mi neurony między uszami, ale przecież nie będę narzekać, tak się ładnie bawią.
Brownie zostało zaakceptowane, było tak dobre, że niewielka wtopa (skończyło się mleko) pozostała niezauważona.
Wizyta zakończyła się przed dwudziestą. Oderwałam moje młodsze dzieci od X, ona grzecznie się pożegnała i poszła. Nie wiem jak wypadliśmy ;) Możliwe że niezbyt dobrze. Ale wiem, że teraz, o 20.31 zawarczałam znad komputera do męża: "WEŹ SIĘ ^^%%^&!##$ WSZYSTKIM ZAJMIJ BO JA JESTEM NIEBEZPIECZNA". I wiem, że podczas następnej wizyty przyjaciół moich dzieciąt, od progu zabierzemy się za pieczenie ciasteczek. Z rodzynkami moczonymi w wódce i posypką z Xanaxu. ;)

czwartek, 3 marca 2016

Sprawdzę w google co mi jest

Któż z nas oparł się pokusie zostania swoim własnym lekarzem? W dobie gugla drogie i męczące studia medyczne oraz kosztowne badania specjalistyczne to wszak przeżytek! Internety wszystko zdiagnozujo i wyleczo.


Jestem winna, przyznaję się. Przedwczoraj, przy tym masakrycznym bólu gardła, przeczytałam ciekawy artykuł w necie, o meningokokach. Zaczęła mnie potem boleć głowa i plecy, więc wkręciłam sobie, że na pewno mam zapalenie opon mózgowych. Chyba wystraszyłam męża.
Na szczęście moje internetowe zapalenie opon mózgowych, potraktowane: bańkami, kwiatem lipy, miodem, cytryną, czosnkiem i płynem do płukania Octenidol (Kajka, dzięki!) zaczęło powoli przechodzić, więc myślę, że obejdzie się bez hospitalizacji ;) No, chyba że psychiatrycznej ;)

A druga dobra wiadomość jest taka, że Foo Fighters się nie rozpadają, o. :D I są przy tym śmieszni :D

czwartek, 25 lutego 2016

Prezent dla mamy

Wczoraj zastałam na biurku to arcydzieło:


z notką:


Jeśli na pierwszy rzut oka nie widać, to spieszę wyjaśnić, że to zakładka, wykonana własnoręcznie przez Anię w szkole.
Ania upewniła się, że znalazłam prezent, po czym zaczęła krążyć wokół biurka i nadawać:
- A widziałaś jakie piękne błyszczące brokatowe naklejki? Ja wzięłam najwięcej.
- Prawda, że jest piękna?
- Kto zrobił najładniejszą zakładkę, prawda, że ja?
- Podoba ci się?
- Kto jest najlepszym dzieckiem ze wszystkich?
- Wzięłam najwięcej brokatowych naklejek!
- Widzisz jakie ładne brokatowe naklejki?
- Kto jest najlepszą córką która kocha swoją mamę?

I tak dalej.
Doceniłam, podziekowałam, pochwaliłam, wyraziłam wdzięczność.

Dziś odprowadziłam Matju do przedszkola a po powrocie zastałam na biurku to:



A po drugiej stronie:


Najskuteczniej rozłożyło mnie: "... I ZWRUĆ MI KRETKĘ" !!!

Cóż, łaska pańska na pstrym koniu jeździ ;)
I nie liczę specjalnie na przysłowiową szklankę wody na starość ;)

sobota, 20 lutego 2016

Badanie

Matju: Mama, otwórz paszczę.
Ja: [posłusznie otwieram paszczę]
Matju: [wkłada mi do gęby patyk i zagląda] Wszystko w porządku!
Ja: To znaczy?
Matju: Nie masz żadnych... uczuć!

No, to faktycznie w porządku ;) Chciałabym ;)

piątek, 19 lutego 2016

Śmiechajki

Jakie było życie przed założeniem rodziny? Ktoś pamięta?

Parent Fantasy Hotline

Hehe. Ja już nie pamiętam, to było tak dawno. Żeby sobie przypomnieć też musiałabym zadzwonić na linię specjalną ;)

Szczególnie bawi mnie ten skecz w kontekście dzisiejszego powrotu Męża z tygodniowej podróży służbowej. Wrócił z uśmiechem na twarzy, stęskniony i pełen optymizmu oraz dobrych chęci. Po dwóch godzinach wygląda jakby chciał z powrotem spakować walizkę i wsiąść w pierwszy lepszy samolot dokądkolwiek ;)


niedziela, 17 stycznia 2016

Ten dziwny moment...

... kiedy pani ekspedientka w Sephorze taksuje cię spojrzeniem i do torebki pakuje bez słowa dwie dodatkowe próbki ultramocnych kremów przeciwzmarszczkowych.

Tak, to już ten wiek. [wzdech]

A moje motto na dziś - myśl, którą już cytowałam, ale jest tak głęboko mądra, że zacytuję po raz kolejny:

"Kiedy dzieci są malutkie, są tak słodkie, że chciałoby się je zjeść.
Kiedy rosną, zaczyna się żałować, że się tego nie zrobiło."

;)


sobota, 18 lipca 2015

Medytacja

A tutaj coś dla pokonanego serca i duszy skorodowanej bólem i lękiem.
Jest to najpiękniejsze video "medytacyjne" które w życiu widziałam ;) Uwielbiam.



...fuck thaaaat... fuck thaaat... fuck thaaaat...

;)
Już mi lepiej ;)

środa, 15 lipca 2015

Mama Kangurzyca na wakacjach

Przed wyjazdem
Zawzięłam się i ociekałam optymizmem. Przecz z czarnowidztwem i narzekaniem.Wakacje! Mazury! Las! Świeże powietrze! Pierwszy wyjazd z dziećmi od dwóch lat. Potomstwo całkiem wyrośnięte, samobieżne i samosterowalne. Hotel ze wszystkimi dzieciowymi udogodnieniami, o których mogą marzyć rodzice. Sala zabaw, basen, placyki zabaw, animacje, mini-disco, towarzystwo innych dzieci. No raj, panie, raj. Co może pójść nie tak?
Każdą sprzeczkę kwitowałam radosnym śmiechem i stwierdzeniem: "Hej, nie kłóćmy się, niedługo jedziemy na wakacje!"
O święta naiwności.

W dniu wyjazdu
Spakowane torby dzieci i moja. Mąż się pakuje. Czas płynie. Duży pokój wygląda jak poligon nuklearny - wszędzie ubrania, kabelki i różnorakie sprzęty oraz urządzenia. Czas płynie. Mąż się pakuje. Duży pokój nadal wygląda jak poligon nuklearny. Czas płynie. Zaglądam i bardzo delikatnie pytam: "Kochanie, co robisz?". Mąż stoi przy otwartej szafce, patrzy na mnie spode łba i dobitnie oznajmia: "KOMPLETUJĘ MUZYKĘ NA DROGĘ" (co, jak wiemy, jest czynnością czasochłonną, skomplikowaną i wymagającą skupienia, nieważne, że przez ostatnie 15 lat w kazdej podróży słuchamy tych samych płyt ;) ). W jego głosie wyraźnie dźwięczy nuta "sp******j kobieto, będę gotowy jak będę gotowy". Czas płynie. Jako mężatka z piętnastoletnim stażem wiem, kiedy należy wycofać się na z góry upatrzone pozycje, co też skwapliwie czynię. Czas płynie.
Wyruszamy. Dzieci, idźcie siku! Wszyscy idą siku.
Wyjeżdżamy spod domu i przypomina się nam, że Matju nie ma spodenek do pływania, bo ze starych już wyrósł. Kierunek - market sportowy Decathlon.
Parkujemy pod Decathlonem. Mąż zabiera Matju do środka. Dziewczynki i ja bulgoczemy we własnym sosie podgrzewane bezlitosnym słońcem.
Czas płynie.
Mąż i Matju wracają. Mąż nieopatrznie pyta: "czy ktoś chce siku?". Jako, że padło słowo kluczowe "siku", nagle dziewczynkom przypomina się, że tak, bardzo chcą, już nie wytrzymają, nie szkodzi, że piętnascie minut wcześniej były w toalecie. Wychodzą. Ja się gotuję. Czas płynie.
Dziewczynki wracają. Na ich widok Matju oznajmia "chcę siku".
Udaje mi się nikogo nie zabić, wyciągam Matju z fotelika i idziemy do toalety. Wracając, postanawiam solennie, że jeśli jeszcze raz padnie słowo "siku", wracam do domu.
Matju podchodzi do samochodu i woła "zrobiłem siku!" Mój wzrok zabija muchy w locie. Ania stwierdza, że ona musi jeszcze raz do toalety. Patrzę z żalem w kierunku drogi do domu. To tak blisko. Jeszcze mogę się wycofać.
Czas płynie.
Kiedy po trzech godzinach od wyruszenia w drogę udaje nam się wyruszyć w drogę, oddycham z ulgą. Teraz już będzie z górki.
Ha ha.

Podróż
Pierwszy postój spożywczy planowaliśmy tradycyjnie w Makdolcu w Płońsku. Jako że mieliśmy tam się najeść na zapas, Mąż kręcił nosem kiedy pakowałam do siatki herbatniki, banany, chrupki ryżowe i wodę. A po co ci to, co ty robisz, zwariowałaś, tylko miejsce zajmuje, nie dość mamy tobołów, przecież zatrzymamy się po drodze... Wymówki skończyły się jak ręką odjął, kiedy Małżonek przeoczył skręt na Ciechanów (to znaczy nie pokazałam palcem i nie powiedziałam "skręć tu", myślałam, naiwna istota, że za drogowskaz wystarczy wielki drogowskaz z napisem Makdonald i strzałką. Nie wystarczył). Puszczając ze złości dym przez uszy i zgrzytając zębami (pozbawiono mnie wyczekanego hamburgera z bekonem, co uważam za afront i zbrodnię oraz osobiste nieszczęście) znalazlam w necie stronę Makdonalda i użyłam lokalizatora, żeby znaleźć następny najbliższy paśnik z burgerami, fryciochami i waniliowym szejkiem. Lokalizator pokazał mi archipelag Tuvalu. Wszechświat był przeciwko mnie.
Przez kolejne 50 kilometrów Mąż roztropnie milczał, żując herbatniki, które wtykałam mu bezpośrednio w otwór gębowy.

Przyjazd
Wreszcie! Ulubiony hotel! Świeże powietrze! Las! Mazury! Dopełniliśmy formalności w recepcji, odebraliśmy klucze do dwóch pokojów (w jednym nasza liczna rodzina się nie zmieści) i udaliśmy się na drugie piętro. Wnosimy bagaże do jednego pokoju. chcę otworzyć drugi. Zamknięty. Jak to, przecież przed chwilą go otwierałam... Ze środka dobiega radosny rechot Matju. Zamknął się sam w pokoju. Z kluczami. I otwartym balkonem. Na drugim piętrze. Omójboże! Zaraz wylezie na balkon i spadnie, ojezusmaria, aaaaaa!
Synku, otwórz.
Klik klik. Nic. Zamknięte.
Synku, przekręć zamek.
Klik klik. Nie mogę! [zaśmiewa się]
Synku, jeszcze raz [umieram, słabo mi, czy mam lecieć na recepcję po drugi klucz, obożeoboże co to będzie]
Klik klik. Nic
Synku przekręć jeszcze raz.
W tę stronę?
A skąd mam wiedzieć w którą stronę kręcisz ochrystepanie omatkoświęta. Tak w tę stronę.
Klik klik. Otwarte.
Posiwiałam i postarzałam się o jakies dziesięć lat.

Basen
Mąż zabrał dzieci na basen. Matju, rozgrzany swoją samodzielnością, postanowił być jeszcze bardziej samodzielny. Mateusz, poczekaj! Mateusz nie poczekał, po co mu dmuchane rękawki, po co mu towarzystwo ojca. On se sam poradzi. Z rozpędu wszedł do basenu, natychmiast poszedł pod wodę i zaczął się topić. Mąż go wyciągnął.
"Mamo, wplusknąłem i byłem zanurkowany!"
Do końca pobytu każda wizyta na basenie składała się w 90 procentach z prób złagodzenia paniki, w którą Matju wpadał na widok głębokiej wody.

Sala zabaw
Pokój poczekalnia przed salą zabaw. Matju wciąż wymaga nadzoru, więc na zmianę z Mężem zapuszczaliśmy korzenie na (wygodnych) kanapach, z uporem godnym lepszej sprawy usiłując złapać na smartfonach zdychające wifi.
Byłoby błogo, gdyby rodzice przestali na tych kanapach sadzać potomstwo z grającymi zabawkami. Gadające komputerki i grające teletubisie sprawiały, że  chciałam się powiesić w lesie na skakance. W ogóle ilość dzieci na metr kwadratowy przekraczała normy unijne. Krzyki wypalały mózg. Coś jak jedna nieustająca przerwa w szkole. Nie pojmuję jak inni ludzie są w stanie to spokojnie znosić a już kompletnie mną wstrząsa myśl, że ktoś to może LUBIĆ. Ludzie tacy budzą we mnie odruchową nieufność, jak obce organizmy z dalekiej planety. Być może na mój nastrój miał wpływ fakt, że Matju w nocy krzyczał, rzucał się po łóżku i kopał mnie w szczękę ;)
Ogromny plus tej sytuacji: nie przejmowałam się zupełnie zachowaniem swoich młodych ;) Nie stresowało mnie, że mogą komuś przeszkadzać, nie wzruszały mnie krzyki i marudzenie. Ot, norma. Luzik.

Plaża
Gniłam na plaży na leżaku, przeżywając ból sponiewieranych pleców (hotelowe łóżka są za miękkie). Dopadł mnie Mateusz "mama przytulić!!!" i za chwilkę Ania "mama, przytulić!!". Leżałam pod nimi zrezygnowana i odezwałam się do Męża: "powinnam się sklonować w 3 egzemplarzach. A, nie, w 4, bo jeden dla ciebie". Mąż spojrzał z dezaprobatą i powątpiewaniem. "A daj kobieto spokój, ja z tobą jedną ledwie wytrzymuję a ty mi chcesz jeszcze dokładać". Love wins.

Towarzystwo dzieci
Hotel pełen dzieci. Towarzystwo do zabawy. Radość, śmiech, tupot drobnych stópek, gry, entuzjazm, promienne uśmiechy. I wylęgarnia zarazy.
Rozkoszne dzieciaczki siały rotawirusem, który dopadł Męża i mnie drugiego dnia pobytu.
Biegunka, wykrecający flaki ból brzucha i mdłości; Mąż i ja łeb w łeb. Mąż zdychał w hotelowym pokoju, ja warowałam przy dzieciach, uciekając na krótkie pit-stopy do kibla. Padałam na pysk, na twarz, na ryj mój niepomalowany, całkiem saute, spuchnięty ze zmęczenia i upału. Tkwiłam w czekalni pod salą zabaw, i modliłam się o krótką drzemkę, niestety nic z tego, Matju trzeba pilnować chociaż z daleka, bo jest, kurde, samodzielny.
(Omójboże, znikł z sali zabaw. Ja byłam w toalecie. Wróciłam - nie było jego butów i jego samego też nie było. Pobiegłam szukać, rwąc włosy z głowy. Okazało się, że zachciał pić, mnie nie znalazł na zwykłym miejscu to poszedł do pokoju, gdzie dogorywał Mąż. Synio sie napił, zabrał tableta, wyszedł, zostawiając otwarte na oścież drzwi i błąkał się samodzielnie po hotelu z tabletem w garści.)
Hotel rodzinny jest jak żłobek czy przedszkole. Bakcyle roznoszą się falami. Wniosek: za wszelką cenę unikać skupisk dzieci. Mój instynkt samozachowawczy, widząc gromadę młodocianych włącza wsteczny bieg i odpala alarmy. Jak się okazuje- słusznie.

Podsumowanie
Dzieciaki bawiły się doskonale, rotawirus był dla nich miłosierny. Męża trzymało cztery dni, mnie - równe siedem. Gdyby nie to, uznałabym wyjazd za bardzo udany, chociaż zupełnie nie wypoczynkowy ;) Zrobiłam co mogłam, żeby miło spędzić czas.
Hotel niezmiennie polecam, bo zacny jest i naprawdę porządnie nastawiony na rodziny z dziećmi.
Foty będą w następnym poście, a tymczasem idę odpocząć po wakacjach :D


sobota, 4 lipca 2015

Ekhem...

Ciepło, ciepło, nie ma klimy, wnet się wszyscy podusimy.


Usiłuję myśleć o stosach śniegu za oknem, o dwudziestostopniowych mrozach, o przedwiośnianym błocku i lodowatym wichrze, zrywającym skalp z głowy. Nie pomaga. Oddałabym wszystko za klimatyzację.

środa, 1 lipca 2015

Ciche dni

Kiedy dzieci są w placówkach, w domu panuje przerozkoszna cisza. Tak ją uwielbiam, że nawet nie słucham radia ani muzyki. Szkoda marnować taką piękną ciszę. Jestem żywa i działam. 

Idę potem po dziewczynki do szkoły, nadal żywa. Odbieram je. Po dwudziestominutowym spacerze do domu nie mam już siły na nic, następuje całkowite zzombienie. Bo panienki MÓWIĄ. Cały czas. Obie naraz. Nie zamykają im się dzioby.
Trzeba wysłuchać wszystkiego, najlepiej aktywnie uczestniczyć w konwersacji, wykazać zrozumienie, rozwiązać problem, zapewnić wsparcie, zadawać pytania, wyjaśniać wątpliwości...
Nie wiem czy bardziej chciałabym wyłaczyć je czy siebie samą.
 Mówienie jest przereklamowane.