Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młode rośnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młode rośnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

Zwolnij

Misja: dowlec Młodego do przedszkola i wrócić na czas, żeby zdążyć odprowadzić Młodą do szkoły.
Start.

- Synku, chodź. Idziemy do przedszkola. [Synek skacze po chodniku, rozgniatając śniegowe bryły.]
- Synku, chodź. Teraz idziemy. [Synek wspina się na oblodzony murek, zjeżdża i wspina się ponownie.]
- Synku, chodź. [Synek biega w kółko, wydając bojowe okrzyki.]
- Synku, no już, chodź, spieszymy się. [Synek rozsypuje śnieg na kamieniach.]
- Synu, chodź, naprawdę się spieszę, muszę potem zdążyć do szkoły. [Synek metodycznie kruszy lód na kałużach. Wszystkich napotkanych.]
- Ruchy, spieszymy się, idziemy! [Synek liczy wszystkie słupki przy chodniku i zgarnia z nich śnieg.]
Ciągnę go za rękę: - Idziemy!
Nie reaguje, tylko wyrywa mi się i z przejęciem zaczyna rozkopywać kupkę zamarzniętego śniegu pod płotem, gadając przy tym do siebie.

- MÓWIĘ DO CIEBIE, IDZIESZ WRESZCIE CZY NIE, %^&%*(@@$, NIE MAMY CZASU NA ZABAWY!

- Buuuu, mamaaaaa, czemu zawsze jesteś na mnie złaaaaa.

 W ferworze i codziennym pośpiechu zdarza mi się tęsknić za czasem kiedy Młody miał postać niedużego kokonu, który mogłam wpakować w nosidło i bez większych kłopotów, szybko i efektywnie przetransportować z punktu A do punktu B. Nostalgia jednak od razu mija na wspomnienie sygnałów dźwiękowych, wydawanych przez ów kokon szczególnie w nocy. 
W tej perspektywie, żółwi spacer do przedszkola staje się właściwie całkiem przyjemną opcją ;) ZEN-on.

niedziela, 20 listopada 2016

Są dzieci

Są czyściutkie dziewczynki w odprasowanych na sztywno sukienkach z kokardą, wpadające w histerię na widok ziarnka piasku.
Są chłopcy, którzy prosto z placu zabaw gnają do łazienki umyć ręce (serio) i to bez przypominania.
Są matki, uzbrojone w butelki żelu antybakteryjnego i mokre chusteczki, gotowe własną piersią i domestosem osłonić dziecko przed bakteriami czyhajacymi na wszystkim - od plastikowej zabawki po jabłka.
I jest mój syn.
Który na przykład z uporem godnym lepszej sprawy wciska guziki w windach.
Językiem.

Jeśli kontakt z bakteriami faktycznie uodparnia, to już chyba mogłabym go śmiało posłać na wakacje do slumsów w Rio albo afrykańkiej wioski, nic mu nie grozi.


piątek, 21 października 2016

Jak pachnie smutek

Zmęczona cięzkim dniem Ania położyła się spać. Pół godziny później z pokoju dobiegł mnie jej rozpaczliwy płacz . To Matju poszedł ją obudzić, bo chciał, żeby mu przeczytała bajkę...
Obsztorcowałam go jak należy, uspokoiłam rozhisteryzowaną Anię, zawloklam rozhisteryzowanego Matju do łóżka i położyłam się obok niego, modląc sie po cichu żeby przestał wyć, zanim pęknie mi bębenek w lewym uchu.
Uspokoił się i przystąpił do swojego zwykłego kręcenio-kopanio-wiercenio-szczypania. Nagle spod kołdry wydobył się się swąd, zaprawdę powiadam wam, gorszy niż smród bagiennego gazu.
Ja: O matko a co to tak śmierdzi? Synu, puściłeś bąka!
Matju [śmiertelnie poważnie]: To zapach mojego smutku. To dlatego, że nikt mi dziś nie przeczytał bajki.

;)


czwartek, 20 października 2016

Budzik

Matju przytuptał mnie obudzić jak co dzień o 5 rano.
Jak co dzień rano od dawna nie spałam, w cichym przerażeniu oczekując jego przybycia, włażenia na mnie, kopania, szczypania, ciągnięcia za włosy, innymi słowy - wszystkiego tego co w pojęciu pięciolatka sluży wyrażaniu ciepłych uczuć ("mamo kocham cię, jesteś taka mięciutka [szczyp_drap_szarp]")
Kiedy nadszedł wreszcie czas wstawania i budzenia dziewczyn, pomyślałam, że wyręczę się synem. On chętnie przyjmie na chudą klatę opór sióstr przed ruszeniem dupska z łóżek, a ja w tym czasie zdążę się szybko ubrać i może nawet uczesać. Ho ho.
Posłałam Matju najpierw do Ani, z pełnym sukcesem. Potem wyslałam go do Zu, pouczywszy, żeby budził ją jak najciszej i bez krzyku, albowiem Zu jest istotą nerwową i nie wolno jej drażnić.
Poszedł.
Zdążyłam się ubrać, zaczęłam szykować śniadanie, chciałam dopytać Zu o preferencje, wołam i wołam... Nic.
Do kuchni wchodzi Ania i informuje mnie, że Zu śpi.
Ale przecież posłałam brata, żeby ją obudził.
Kurwiąc subtelnie pod nosem poszłam sprawdzić co się stało.
Zobaczyłam to:


Matju bardzo wziął sobie do serca polecenie niepodnoszenia głosu. Poprosił Anię, żeby napisała "Zuziu obudź się" na karteczce samoprzylepnej a następnie wspiął się do siostry na górne łóżko i przykleił jej karteczkę do kołdry :D
Kurtyna.

:D :D

niedziela, 8 maja 2016

Obrońca

Na urodzinach kolegi.

Matju: Mamusiu, czy ktoś cię skrzywdził?
Ja: Nie.
Matju: Bo jakby ktoś cię skrzywdził to mi powiedz.
Ja: Obronisz mnie?
Matju: Tak.
Ja: A jak?
Matju: Powiem mu, że nie będę go lubił w przedszkolu.

Czuję się teraz o wiele bezpieczniejsza.


czwartek, 28 kwietnia 2016

KompleMendy

Z cyklu: "Syn prawdę ci powie".

Przewrócił się po drodze z przedszkola, bolała go noga, więc poniosłam go kawałek na biodrze. Idę, śmiejemy się, nucimy chórem Marsz Imperialny z Gwiezdnych Wojen, robimy noski noski eskimoski i nagle, bez ostrzeżenia Matju odwraca się ode mnie i woła: - mamooo, ojej, ale masz zęby! Takie trochę żółtawe...
Hmmm... - pomyślałam, ze smutkiem wspominając 120 złotych wydane tydzień temu na piaskowanie szczęki. Trzeba było kupić za to lody. Ale nie, zaraz, od lodów rośnie brzuch. Sprawdźmy...
- I co jeszcze mam? - pytam, przełykając śmiech.
- Gruby miękki brzuszek! - zgodnie z przewidywaniami odpowiada młodociany oprawca. - I fałdki na szyi! I kropki!
Gdy ocierając łzy rozbawienia, zaczęłam się zastanawiać czy lepiej samodzielnie uszyć sobie arabską burkę, czy też może taniej będzie sprowadzić gotową z Pakistanu, Młody przyjrzał mi się spod oka i na wszelki wypadek dorzucił ze szczerym, słowiańskim uśmiechem:
- Jesteś piękna jak księżniczka!

Nie wiem czy wierzyć, czy nie, ale na wszelki wypadek sprawdzę ceny burek na ebayu ;)


wtorek, 19 kwietnia 2016

Szczerość

"Kochanie, czy wyglądam grubo?"
Jeśli chcecie wiedzieć czy wyglądacie grubo, nie pytajcie facetów, to bez sensu. Złapcie czterolatka i spytajcie jego. Gwarantowane, że powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. I dołoży komentarz, zupełnie gratis.

Siedzę w fotelu z książką. Wpada Matju, rzuca się na mnie z rozpędu i łapie mnie za brzuch.

Matju: Aaaale masz gruby brzuch!
Ja: Hmmm...
Matju: Nie chcę żebyś miała takiego grubego brzucha!
Ja: To co mam robić?
Matju: Nie jeść! I nie pić!
Ja [smutna mina]
Matju [chcąc osłodzić zaserwowaną matce gorzką pigułkę]: No... możesz czytać. I... i... [rozgląda się, widzi biurko z lapkiem] ... i pracować!

Dzięki, synu. Chciałabym móc powiedzieć, że ten brzuch to nie przez Nutellę, lody w Ikei i burgery, jeno przez ciebie, ale niestety pamiętam jak wygladałam po porodzie (jak sylfida), kłamstwo zatem nie przejdzie.

Młody nadal z rozpędu wpada na mój brzuch.
Dla zabawy napięłam mięśnie. Matju wpadł na nie z całej siły i odrobinę się zdziwił.
Matju: Ooooo, skała! Jaka GRUBA skała!

Innymi słowy: jak się nie obrócisz, tak rzyć z tyłu. Lać na to.


Dziś na kolację burgery. Handluj z tym, synu.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Logika smyka mi umyka

Matju w poniedziałek dostał grypy. Prawdziwej grypy z przytupem i gorączką 40 stopni. W nocy trochę słabo kontaktował, majaczył i nie bardzo wiedział co się dzieje, a na jego chudym ciałku można było smażyć jajka, gorąco aż parowało. Przedszkole absolutnie wykluczone.
Z rozpędu uziemiła się też Ania, bo nie ma kto jej prowadzać do szkoły (Mąż wyjechany).
Oznacza to wiele nieprzyjemności: wrzaski, bałagan, Nutella wsmarowana w meble, ogólna rozjebka no i to najgorsze: muszę gotować. Gorzej: muszę gotować coś, co zjedzą oboje a nie jest to sprawa prosta. W ogóle przy dzieciach nic, co dotyczy jedzenia, nie jest proste.

Siadamy dziś do obiadu, na talerzach dzieci: ziemniaki z wody i kotlety z kurczaka. Na moim to samo, plus marynowane buraczki.

Matju: A co to?
Ja: Buraczki. Marynowane.
Matju: O, buraczki. Tylko ty je masz?
Ja: Tak.
Matju: DLACZEGO MY NIE MAMY BURACZKÓW?! [buzia w podkówkę, wypluwa kotlet, szloch, odpycha talerz, samotny ziemniak spada i z plaśnięciem rozsypuje się pod stołem]
Ja [ZEN-on]: A chcesz buraczki?
Matju: Nie.
Ja: No to właśnie dlatego.





środa, 30 marca 2016

W rodzinie

Zastanawiające... Wszystkie moje dzieci uważają założenie rodziny i rozmnażanie się za coś absolutnie pewnego i niepodlegającego dyskusji. Ania do tego chce zostać przedszkolanką i na widok niemowlaka zawsze robi dziubek i ćwierka "och jaki on słooooooodkiiiii". Że dziewczynki, to jeszcze od biedy rozumiem, ale Matju?
Wczoraj zasypiał, leżałam obok, on coś opowiadał. Słuchałam jednym uchem i wypuszczałam drugim, sama trochę przysypiając, aż nagle padło: "...wtedy, kiedy będę tatą i będę miał własne dzieci. I będę wujkiem bo Zuzia i Ania też będą miały swoje dzieci.". Ocknęłam się natychmiast. Może coś ze mną nie tak, ale tego rodzaju rozważania w ustach czterolatka przyprawiają mnie o gęsią skórkę. Czy nie powinien przypadkiem opowiadać, że zostanie strażakiem, pilotem albo kosmonautą i wokół takich założeń snuć narrację?
A może po prostu jest realistą.
Na wszelki wypadek dałam mu buziaka w nos i dyskretnie zmieniłam temat.

niedziela, 27 marca 2016

Wesołego

Sezon na "co dostałaś od zajączka? uważam za otwarty. Nic nie dostałam, w naszej rodzinie króluje wstecznictwo, zaściankowość i pastewna tradycja, na Wielkanoc można dostać co najwyżej jajko z majonezem lub białą kiełbasę pieczoną w piwie (mniam). Plus gratis wizyta w kościele.
Dzieci co roku są trochę rozczarowane, bo wokół szaleje konsumpcjonizm i po świętach w szkole odbywa się coś w rodzaju giełdy "A ja dostałem to! Ale moje jest lepsze! Phi, to nic, a ja dostałam...". Też chciałyby się pochwalić. Niestety matka reakcjonistka twardo odmawia.

W ogóle na hasło "wielkanocny zajączek" reaguję niezbyt przychylnie. I to się chyba udziela... Wczoraj Matju bawił się kubkiem i dzbankiem. Udawał, że coś przelewa.
Ja: A co tam masz, synku?
Matju: Sok.
Ja: A z czego?
Matju: Z zajączka.

I tyle w temacie.
Wznosząc sokiem z zajączka toast za zdrowie znajomych i nieznajomych, życzę wszystkim spokojnych Świąt :)



czwartek, 24 marca 2016

Menu

Dzisiejszy obiad miał być nieco opóźniony, bo nie było mnie w domu. Kiedy wróciłam, nie chciało mi się gotować, więc postanowiłam zamówić pizzę.
Zamawiam i płacę online, więc wołam znad komputera:
- Dzieci, chodźcie tu, wybierzemy pizzę.
Nic.
-Dzieciiiiii!
Nic.
Wstaję więc i idę do dużego pokoju, gdzie zastaję trzy telewizyjne zombie wpatrzone w "Biedronkę i Czarnego Kota".
Ja: Podobno byliście głodni, zamawiam pizzę, chodźcie to wybierzemy.
Dzieci: Ale mamoooo! Jeszcze się nie skończyyyłooooo! Nie teeeraaaz! Nieee!
Ja: Ale pizzę trzeba zamówic jak najszybciej bo o tej porze będzie trzeba sporo czekać.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Chodźcie.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Ok.

Wrócilam do siebie i zamówiłam swoją ulubioną pizzę.
Dostarczono ją, zawołałam dzieci, otworzyłam pudełko.

Matju: Ale to nie margherita! Ja lubię margheritę!
Ania: Bleee, pieczarkiii, ja rzygam po pieczarkach!
Zu: Nie chcę pomidora!

Jeszcze miesiąc temu chyba popłakałabym się z frustracji. Albo wściekłabym się. Nie dziś.

Ja: [ZEN-on] Odmówiliście pomocy przy zamawianiu, musiałam zrobić to sama. W związku z powyższym, wasze dzisiejsze menu obiadowe składa się z pizzy w dwóch smakach do wyboru: "JEDZ" albo "NIE JEDZ".

Zjedli.



środa, 23 marca 2016

Wina dajcie

Są ludzie, którzy doskonale współpracują z grupą dzieci i świetnie oraz spontanicznie się z nimi bawią. Nie jestem takim ludziem...


Dziewczynki podrosły i zaczynają zapraszać do domu koleżanki.
Dziś odwiedziła nas X., koleżanka Zuzy. X to słodka dziesięciolatka o dobrym sercu i łagodnym usposobieniu, do tego nienagannie wychowana i uprzejma. Bardzo, bardzo ją lubię. Moje młodsze dzieci uwielbiają ją do tego stopnia, że Matju chciał jej oddać swój tablet a Ania wiesza się na niej i nie chce puścić, co X znosi z podziwu godną cierpliwością.
Niestety, X jest przyzwyczajona do nieco wyższych standardów rodzicielstwa niż "- co na kolacjęęęę? - Zajrzyj do lodówki i se coś weeeeź" albo " -Nudziii mi sieeee! - To znajdź se coś do roboootyyy, na przykład zbierz pranieeee z suszaarkiii.". Jedynaczka, która mieszka z przesympatyczną mamą, równie sympatycznym tatą i babcią oraz zwierzakami. Poziom ZEN w tej rodzinie wzbudza mój nieustanny podziw. Ma też swoje konsekwencje w postaci wysokich oczekiwań, z którymi niżej podpisana raczej słabo sobie radzi ;)
O godzinie osiemnastej dziewczynkom zaczęły kończyć się pomysły i zapas chipsów.
- Ciociuuu, możemy zrobić jadalną ciastolinę? - zagadnęła X.
Podniosłam nieco nieprzytomne oczy znad wciagającego brytyjskiego kryminału. Spłoszyłam się. W sumie X jest urocza, jest gościem, no i nie chciałabym wyjść na aspołeczną leniwą bicz, którą w istocie jestem...
Uśmiechnęłam się, fachowo kryjąc panikę.
- Jasne, kochanie, ale yyyy... nie wiem jak.
- Tu mam przepis, ciociu - pospieszyła z pomocą X, podtykając mi pod nos swojego smartfona z odpalonym stosownym filmikiem.
Przeklinając w duchu internet oraz ów pomiot szatana, który wynalazł jutubę, przestudiowałam listę składników.
- Słoneczko, ale nie mamy olejku migdałowego i cytryny.
Odetchnęłam z ulgą, pilnie uważając, by nie wyglądać na zbyt zadowoloną. X wyraźnie posmutniała.
Minęły dwie strony kryminału.
- Ciociu a to?
Pod moim nosem wylądował przepis na domową piaskolinę. Wyglądał na wykonalny. Och, uff, nie mamy pianki do golenia. Tak mi przykro.
Smutek wyczuwalny był już w powietrzu, Jego stężenie narastało wraz z każdym kolejnym filmikiem, do którego brakowało nam soku z ananasa, szczypiorku albo kruszonego lodu. Mój wstyd rósł wprost proporcjonalnie. Nie dość że gościowi nie jestem w stanie zapewnić godziwej rozrywki, to jeszcze w mojej lodówce nie ma mleczka kokosowego ani świeżego ananasa :( Ani kruszonego lodu. Ani w ogóle żadnego lodu, oprócz tego, który zbiera się na rurkach chłodzących.


Poziom mojej paniki niemal wywalił dziurę w dachu, kiedy X z radosnym uśmiechem zaproponowała, żebyśmy w takim razie upiekli chińskie ciasteczka z wróżbami...
Nie? Rozczarowanie płynęło wartko, jak rzeka szarego kisielu. Trzeba było ratować sytuację i zachować choć pozory kompetencji.
- Skoro chcecie coś piec, to może... yyy... eee... aaa... hmmm... o, wiem! Brownie!
Na szczęście propozycja spotkała się z aprobatą (wiadomo, czekolada to pewniak). Czworo pomocników (moje plus gość) rzuciło się do kuchni, tratując się nawzajem. Ze zrezygnowaną miną ruszyłam za nimi.


Ja chcę! Nie! Ja to zrobię! Daj mi! Hej! Przestań! Mamoooo, ja chcęęęęę! Nieeee!!! Oddawaj! Ja pomieszam, ja!!! Mogę wrzucić, mogę?
Na szczęście przepis jest prosty, więc przybyło mi tylko około pięćdziesięciu siwych włosów i jakieś dziesięć zmarszczek. I jeden malutki atak paniki. Na straty należałoby też spisać świerć torebki kakao, miarkę cukru, pół buteleczki ekstraktu waniliowego, mniej więcej pięć deko masła i koszulkę Matju, który, przejęty swoim zadaniem - smarowaniem foremki - niechcący użył do tego celu rękawów. Smarowanie dokończyła Ania, nieświadoma, niestety, że masło jest tłuste. Spojrzała na swoje dłonie i wpadła w histerię, więc X, dobre i życzliwe dziecko, wyszorowała jej ręce płynem do naczyń i gorącą wodą.
Odbył się jeszcze krótki sparring między moimi dziećmi o to, kto naleje ciasto do foremki i już można było wstawiać całość (czy raczej tę część, która trafiła do foremki, w przeciwieństwie do części, która pozostała rozchlapana na stole) do piekarnika.
Towarzystwo umilało sobie 25 minut oczekiwania radosną zabawą, polegającą na galopowaniu z jednego pokoju do drugiego, przy wtórze okrzyków. Czułam jak z sykiem umierają mi neurony między uszami, ale przecież nie będę narzekać, tak się ładnie bawią.
Brownie zostało zaakceptowane, było tak dobre, że niewielka wtopa (skończyło się mleko) pozostała niezauważona.
Wizyta zakończyła się przed dwudziestą. Oderwałam moje młodsze dzieci od X, ona grzecznie się pożegnała i poszła. Nie wiem jak wypadliśmy ;) Możliwe że niezbyt dobrze. Ale wiem, że teraz, o 20.31 zawarczałam znad komputera do męża: "WEŹ SIĘ ^^%%^&!##$ WSZYSTKIM ZAJMIJ BO JA JESTEM NIEBEZPIECZNA". I wiem, że podczas następnej wizyty przyjaciół moich dzieciąt, od progu zabierzemy się za pieczenie ciasteczek. Z rodzynkami moczonymi w wódce i posypką z Xanaxu. ;)

niedziela, 20 marca 2016

Superbohater

Matju wie, kto to Batman, Superman, Hulk, Captain America, Flash, Thor i cała ta menażeria. Lubi Spidermana. Lecz kiedy bawi się w udawanie, jest (ku wielkiej dumie mamy i taty) najlepszym na świecie, stuprocentowo polskim superbohaterem, któremu wszyscy panowie wymienieni powyżej mogą co najwyżej zawiazać onuce.
Gdy wkłada za koszulkę swą czerwoną łopatkę, zmienia się w...


Wiedźmina.


Podobieństwo jest uderzające. ;)

środa, 2 marca 2016

Dynamika zdarzeń

Niedziela.
Boli mnie gardło.
Poniedziałek.
Boli mnie gardło jak skurwysyn.
Wtorek.
Boli mnie gardło jak skurwysyn, nie mogę jeść ani pić.
Środa
Boli mnie gardło jak skurwysyn, nie mogę jeść, pić, spać ani mówić.

Poranna rozmowa z dziećmi:

Dzieci: Mamo, o której wychodzimy?
Ja: [rzężenie]
Dzieci: ???
Ja: [charkot]
Dzieci: Aaa, nie możesz mówić?
Ja: [skrzek]
Dzieci: [taniec zwycięstwa po pokoju] Ale fajnie, ale fajnie, MOŻEMY BYĆ NIEGRZECZNI ILE CHCEMY I NIE BĘDZIESZ NA NAS KRZYCZEĆ!

Gdyby w prawdziwym życiu nad głowami bohaterów pojawiały się komiksowe dymki, dymek nad moją makówką głosiłby w owej chwili:  OSZ KURWA.

Mateusz chyba wziął sobie do serca poranne postanowienie i od fazy planowania niegrzeczności przeszedł do fazy wdrożeniowej. Nie dość, że w przedszkolu zachowywał się tak, że dostał karę, to na dodatek, kiedy go odbierałam, postanowił pokazać mi kto tu rządzi.
Dzięki różnym zabiegom odzyskałam w ciągu dnia zdolność mowy, ale każde słowo okupione jest okrutnym cierpieniem i zamierzałam używać ich bardzo oszczędnie. Matju miał inną koncepcję.

- Mati, nie uciekaj!
- Mati, wróć!
- Mati, ulica!
- Mati, wróć, samochód jedzie!
- Mati, STÓJ!

Matju niefrasobliwie pędził po kałużach do przodu wprost na ulicę. Krzywiąc się z bólu oraz wkurwienia, darłam się, na ile pozwalało mi obolałe gardło i pędziłam za nim, tak szybko jak pozwalało mi łupanie w głowie. Złapałam go - zaśmiewającego się do rozpuku - za kaptur, tuż przy krawężniku.
Jako że staram się wypracować w sobie stan ZEN, zdecydowałam, że nie dam się ponieść nerwom oraz dam dziecku szansę na poprawę, Wspomagając się, jakże popularnym w psychologii, pozytywnym wzmocnieniem.

Ja: Mati, kupiłam pączki na podwieczorek.
Matju: Ooo, chce pączek!
Ja: Daj mi rękę i już nie uciekaj, to pójdziemy do domu i dostaniesz pączka.
Matju: [ucieka]

Synu, czy naprawdę wiesz co robisz? Chciałam, żeby do niego dotarło, więc spróbowałam jeszcze raz:

Ja: Mati, OSTATNIE OSTRZEŻENIE, jeśli będziesz uciekał, twojego pączka zjem ja.
Matju: ;[ucieka, uchachany po pachy]

Synu, czy jesteś absolutnie pewny?

Ja:Mati, stój, bo nie dostaniesz pączka.
Matju: [ucieka]

Dobra, wybrałeś.
Byłam konsekwentna. Zostałam zaatakowana pięściami, wepchnięta w kałużę oraz obrzucona potokiem najgorszych złorzeczeń, jakie potrafi wyprodukować mózg czterolatka. Był absolutnie przekonany że wygra. Ale byłam konsekwentna.
Wmusiłam pączka w moje obolałe gardło, w celach pedagogicznych, bo żadnej przyjemności z tego nie było. Mina mojego syna: bezcenna.
Wył z wściekłości na podłodze w przedpokoju, więc oddaliłam się przezornie, w trosce o bębenki w uszach. Chwilę później zapadła cisza.
Pomyślałam: uspokoił się, przemyślał, przeszło mu, może coś dotrze, może jutro będzie mniejsza użerka...

Ależ skąd. Ucichł, bo Ania oddała mu swojego pączka.

I weź tu człowieku, kurkamać, wychowuj dzieci.


No ba.

sobota, 20 lutego 2016

Badanie

Matju: Mama, otwórz paszczę.
Ja: [posłusznie otwieram paszczę]
Matju: [wkłada mi do gęby patyk i zagląda] Wszystko w porządku!
Ja: To znaczy?
Matju: Nie masz żadnych... uczuć!

No, to faktycznie w porządku ;) Chciałabym ;)

środa, 17 lutego 2016

Światełko...

... w tunelu.

Zazwyczaj Matju przychodzi mnie obudzić między 5.00 a 5.30. Czasem wcześniej. Rzadko później.
Nawet jeśli nie przychodzi mnie obudzić, budzę się sama, i z drżeniem serca oczekuję na jego przybycie. Będzie płakał, czy nie będzie płakał? Będzie się awanturował czy przytulał? Foch czy niefoch?
Obudzona bladym świtem jakoś niewiele mam zasobów na uspokajanie czterolatka, sama potrzebuję, żeby ktoś mnie uspokoił, ale cóż poradzić, taka sytuacja ;)

Nigdy nie kryłam, że poranne wstawanie nie jest moim ulubionym zajęciem i, jeśli to możliwe, wolałabym dłużej pogrzać się pod kołdrą. Tylko, że nic nie działało. Matju zawsze wie czego chce. Ale...

Otóż przyszedł dziś do sypialni o 6.30, z szerokim uśmiechem stanął przy moim łóżku, nachylił się, dał mi buziaka i niepewnym tonem spytał:
- Czy wstałem o dobrej godzinie?

Wzruszyłam się jak świeżo zbronowana ziemia. Kochany synku, niech ci tak zostanie.

Gdyby dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, że będę MARZYĆ o wysypianiu się do 6.00 rano, powiedziałabym że się z koniem na łby pozamieniał. Och, życie jest pełne niespodzianek.


wtorek, 16 lutego 2016

Ukryty wymiar

Co widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?

Widzą wysoką, niestarannie ubraną i nieuczesaną matkę z kilkuletnim synem. Widzą jak syn biegnie do osiedlowej furtki, otwiera, przepuszcza matkę. Matka dziękuje, bierze syna za rękę, idą. Wszystko wygląda normalnie.

Ludzie widzą jak dwadzieścia metrów dalej syn staje jak wmurowany i oznajmia, że chce pić.
Być może widzą jak matka próbuje wytłumaczyć, że nie ma ze sobą wody ani pieniędzy i że za kilka minut w przedszkolu (do którego jest bardzo, bardzo blisko, ludzie nie wiedzą, ale matka wie, nie wybrałaby się bez wody w daleką drogę) syn dostanie tyle picia ile tylko zechce. Jeszcze chwilka.

Widzą jak syn zaczyna podnosić głos i odmawia pójścia dalej. Widzą jak matka ciągnie go za ramię do przejścia dla pieszych, a on krzyczy "nieeeee!". Widzą jak syn chce się wyrwać prosto na ulicę, między samochody, a matka trzyma go obiema rękami.

Po drugiej stronie ulicy syn staje w błocie, tupie i mówi, że nie pójdzie dalej jeśli nie dostanie pić. TERAZ. Matka wreszcie traci cierpliwość i wrzeszczy. Syn zaczyna płakać. Nadal krzyczy "nie". Nie chce iść, chociaż na dojście do przedszkola potrzebują już tylko 3-4 minut. Ludzie nie wiedzą, syn nie wie, choć powinien, ale matka wie i ewidentnie doprowadza ją to do szału. Wyraźnie wściekła ciągnie syna za rękę dalej i za zakretem znikają z oczu publiczności zgromadzonej na chodniku. Koniec przedstawienia.

Czego nie widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?

Nie widzą porannej walki syna z matką o wszystko: o serek waniliowy, który jest nie taki jak trzeba, o ubieranie, o robienie kupy, o mycie zębów, o zakładanie butów, o wychodzenie z domu. Starszych sióstr, które rano nie podrapią się samodzielnie po tyłku, jeśli się im o tym nie przypomni i wiecznie się kłócą. Nie widzą, że ojciec wyjechał i matka musi ogarnąć sama to, co zazwyczaj z trudem ogarniają we dwoje. Nie widzą niewyspania, które od dziesięciu lat ciągnie się za matką jak ołowiana kula i powoli wykańcza. Nie widzą problemów osobistych, których nie wypada opisywać, bo, jak sama nazwa wskazuje, są osobiste, ale bolą jak ropiejąca rana co nie ma szans się zagoić w najbliższej przyszłości. Nie widzą wreszcie żalu ani poczucia winy, dławiących matkę cały czas od momentu, kiedy straciła cierpliwość.
Nie trzeba rzucać słowem, ani biblijnym kamieniem. Nikt nie ukarze krnąbrnej matki boleśniej, niż ona sama.

Kiedy byłam Doskonałą Mamą, czyli zanim zaszłam w ciążę, wiedziałam wszystko lepiej. Patrzyłam z potępieniem na takie krzyczące matki. Przecież z dzieckiem można rozmawiać, wytłumaczyć mu, dzieci są mądre, zrozumieją. Ta kobieta jest niewydolna i nieudolna, jak tak można, MNIE SIĘ TO NIGDY NIE ZDARZY. Wiem co mam robić.
Zabawne, prawda?

Troje dzieci, depresja i stany lękowe nauczyły mnie pokory i wstrzemięźliwości w wydawaniu sądów. Zdaje mi się, że ludzie, którym puszczają nerwy, najbardziej potrzebują wsparcia, a nie potępiających spojrzeń, świętojebliwej wyższości i werbalnych kopniaków. Z doświadczenia wiem, że odrobina życzliwości potrafi błyskawicznie obniżyć temperaturę konfliktu.
Każdego.


I staram się o tym nie zapominać.

czwartek, 11 lutego 2016

Poezja nowoczesna

Dzieci potrafią zaskoczyć. Ot znienacka powiedzą coś, co brzmi jak fragment wiersza eksperymentalnego i dla postronnego odbiorcy ma mniej więcej tyle samo sensu.

Brnęliśmy dziś z Matju do przedszkola przez kałuże, błocko i rozpaćkany śnieg. Matju był dziwnie zamyślony, nawet nie próbował brodzić w wodzie, posłusznie wędrował tam gdzie go kierowałam. 
Nagle rzekł:

"Przez ten jajowy śnieg ślimaki nie żyją."

Nie wiem co poeta chciał powiedzieć, ale jego żal po ślimakach był prawie namacalny.


czwartek, 4 lutego 2016

Z cyklu "Zagadki Wszechświata"

Matju w normalny dzień (czyli wtedy kiedy moglibyśmy pospać co najmniej do 6.30) oraz w weekendy (gdy moglibyśmy pospać jeszcze dłużej):
5:00 - 5:30: Mamooo, wstań! Chcę bajki, chcę jeść, daj mi coś słodkiego. Nie chcę śpić, wyśpiłem się już! Jest dzień! Nie wolno śpić! (Nie szkodzi, że za oknem ciemno jak w dupie, dzień jest wtedy, kiedy Matju ogłasza, że jest dzień. Howgh.)

Matju w dzień, kiedy trzeba wstać szczególnie rano, żeby gdzieś zdążyć:
Śpi jak zabity, nie reagując na zapalone światło, głośne rozmowy i pokrzykiwania, stukanie talerzy i garnków, radio EskaRock na pełny zychel, piszczące siostry wbiegające do pokoju i z niego wybiegające z wdziękiem stada nosorożców, oraz moje nieśmiałe próby obudzenia go.
Obudzony - jest mniej więcej tak responsywny jak zombie oraz wyje jak banshee.
Za każdym razem.


środa, 6 stycznia 2016

Zgaduj zgadula

Matju: Mamo, mam tylko jeden cytrypioł, drugi mi się zgubił.
Ja: ? Co to jest cytrypioł?
Matju: No cytrypioł.
Ja:??????
Matju: Oj mama, chodź, zobacz.

Ależ ze mnie ciemniak, jak mogłam się nie domyślić.