Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje szmaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje szmaty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2013

Sen mara Bóg wiara

Od paru dni śni mi się systematycznie, że jestem w ciąży. Wysokiej ciąży, tak 38-40 tydzień. Budzę się z ulgą i macam się po brzuchu, czy aby na pewno to był tylko sen ;) Sen nawraca upierdliwie i zaczynam się zastanawiać czy może to coś znaczyć. Na ogół nie wierzę w żadne voodoo, ale tutaj do głosu dochodzić może podświadomość, która być może chce mi coś przekazać.

Poradziłam się wujka googla i oto co mi powiedział:

"Ciąża to z reguły bardzo dobry znak, zapowiedź zmian, które dokonają się w naszym życiu, ale tylko i wyłącznie za naszą sprawą. Nie jest więc to symbol jakiegoś cudu, który nagle ni stąd ni zowąd odmieni otaczającą nasz rzeczywistość i nagle sprawi, że wszystko odmieni się na dobre. Ciąża symbolizuje „rodzący się”, dojrzewający w naszym umyśle plan, który to ma szansę otworzyć przed nami wrota do nowego, lepszego życia. Jeśli więc przyśniła ci się ciąża, może to oznaczać, że powoli dojrzewasz do wprowadzenia w swoim życiu zmian, na które dotąd nie było Cię stać, bo na przykład nie miałeś odwagi. Jest to więc dobry znak, dodający otuchy, popychający do działania.

Jeżeli osobą śniąca jest kobieta, to obraz ciąży może oznaczać także i inne rzeczy, którym warto by się tutaj bliżej przyjrzeć. Jeżeli to ona jest we śnie ciężarna, to znak, że w jej życiu dokonają się w niedługim czasie bardzo ważne zmiany. Zmiany, których od dawna oczekiwała, które sprawią, że będzie czuła się szczęśliwa i pełna. Jest to więc dobry znak."

To by się zgadzało. Usiłuję ogarnąć swoje życie i z pozycji ofiary (wszyscy mi zrobili krzywdę buuuuu o ja biedna...) przejść na pozycję samodzielności i samowystarczalności (uważaj, bo jak mnie wnerwisz to ci zrobię krzywdę... ;)) Wymaga to gigantycznej pracy nad sobą, ale już zaczyna przynosić pierwsze efekty.
Znaczy, mam ochotę zrobić komuś poważną krzywdę :P :P

Dziś, tak jak wczoraj, postanawiam sobie, że będę mieć dobry dzień. Bo tak. :)


Dzień, zgodnie z planem, rozpoczął się baaardzo przyjemnie :) Następnie udałam się z Młodym na niespieszną wycieczkę do sklepu. Idąc w jedną stronę, zaliczyliśmy wszystkie słupki, schodki, kamyczki i krzaczki (Matju wypuszczony na wolność lata jak spuszczony ze smyczy pies, wszystkiego dotyka, bada, próbuje rozbierać na części, rzucić, urwać albo przynajmniej potarmosić).
Z powrotem Młody zażyczył sobie "mama ooopppa". Poniósł go niezawodny pouch Hotslings, Indian Summer rozmiar 6 :)


Jak to błogo, nie musieć targać ze sobą wózka. Ale coś za coś - muszę targać Młodego i zakupy ;)

Napędzana pozytywną energią, postanowiłam zrobić coś konstruktywnego. Wyciągnęłam niedawno nabytą płachtę do zasłaniania balkonu.
Balkon mam w niefortunnym miejscu - naprzeciw podjazdu oraz schodów, prowadzących do naszego bloku. Kto idzie w tę stronę, patrzy mi prosto w mieszkanie. W zimie nie jest to dokuczliwe, ludzie raczej nie snują się po osiedlu, jeśli nie muszą, ale w lecie, kiedy mam otwarte drzwi balkonowe, trochę mi to przeszkadza. Nie lubię jak się na mnie gapią.


Zasłonę kupiliśmy w Tchibo. Jest mocowana na sznurki. Sznurki, jak dla mnie, miały chyba z piec kilometrów długości. Przywiązując tę wielką płachtę, wyglądałam jak te psy z reklam, zaplątane dokumentnie w papier toaletowy. I klęłam głośno i siarczyście. Ale mniej więcej się udało, mąż wróci to poprawi, jako żeglarz umie się obchodzić ze sznurkami znacznie lepiej niż ja ;)


I nikt mi się nie będzie już przyglądał. No.

piątek, 3 sierpnia 2012

Jaszczury dają radę :)

Często spotykam się z pytaniem - do jakiego wieku można nosić dziecko w chuście? Otóż, dopóty, dopóki plecy rodzica są w stanie dziecko udźwignąć :)
Na poniższych fotkach - czterolatka w chuście wraca z przedszkola :)
Gekoniszcza poniosły pięknie, a jest co nieść, bo panna Anna jest spora, jak na swój wiek, i spokojnie waży ponad 20 kilo...
Mój ulubiony plecak z chestbeltem sprawdza się w każdych warunkach. Jaszczury bardzo wygodne, mimo, że z samej bawełny, bez fikuśnych domieszek. Wiązanie, nawet pod takim ciężarem, trzymało się ładnie i bez poprawek dojechało do samego domu. Na kościstych mych ramionkach nie dopatrzyłam się siniaków (co mi się kiedyś zdarzało). Innymi słowy - jest dobrze.



piątek, 11 maja 2012

To już ostatni raz, naprawdę...


Ostatni dreszczyk emocji przy klikaniu "kup". Ostatnie rozterki - "jak ja za to zapłacę?". Ostatnie męki niecierpliwości przy oczekiwaniu na listonosza. Innymi słowy - Ostatnia Chusta. Przede mną jeszcze ze dwa lata noszenia i musiałam, po prostu musiałam wykorzystać ten pretekst do spełnienia ostatniej szmacianej zachcianki ;)
Oto Didymos Geckos Sand. Najbardziej IMO udany wzór Didymosa (no, może oprócz muszelek Nautilusa).



Jaszczury szeptały mi do uszka od lat, odkąd zaposiadłam je w wersji szarej (fotka TUTAJ) i - w ataku zaćmienia umysłowego - sprzedałam. Wystąpiły jeszcze w kilku innych wersjach kolorystycznych, niektóre naprawdę cudne (Macchia na przykład). 
Gekonki Sand mają miłe mej duszy kompostowo - ziemne, nieoczywiste kolory. Są raczej cienkie, co parę lat temu nieco by mnie zniechęciło, ale teraz jest mi obojętne. Grunt to dobrze zawiązać :)
Przez dwa ostatnie lata ubyło mnie trochę, jakieś 15 kilo, dzięki czemu wystarcza mi rozmiar 6 (ulga również dla portfela ;).
Jaszczury wiążą się zgrabnie, robią mały węzełek, łatwo się dociągają, nie grzeją przesadnie no i wyglądają... och :) Stanowią idealne opakowanie dla uroczego małego chłopczyka :)
Na razie zakładam, że są absolutnie niesprzedawalne i po zakończeniu kariery zostaną przetworzone na coś. Jeszcze nie wiem na co. Może poszewki na poduszki. Albo makatkę na ścianę. Albo narzutę na fotel. Albo po prostu awangardową spódnicę :))


piątek, 27 kwietnia 2012

Powrót szmaty


Przeprosiłam się z chustowaniem. Matju już ciut za mocno wystaje z Ergo, do Nubika jest jeszcze za mały, a nosić wszak trzeba. Od chust nie ma ucieczki, to droga w jedną stronę :P
Okazało się ponownie, że z wiązaniem jest jak z jazdą na rowerze - kiedy raz się nauczysz, ruchy wykonują się same i po latach przerwy udało mi się sprawnie wyprodukować całkiem wygodny plecak z krzyżem i chestbeltem. Mat był zachwycony, piszczał i skakał na mamusinych plecach. Jednak widać od razu, że był nosidłowany a nie szmacony ;) nie współpracuje tak ładnie jak Ania w jego wieku. Zupełnie inaczej się układa, jest sztywniejszy i bardziej, hmmm... niezależny ;) Ale to kwestia przyzwyczajenia, jeśli będzie mi się chciało wiązać częściej, Kluś na pewno się przystosuje.
Nosiłam w Zarze Choco, bardzo wygodna (ach te niepodkładane brzegi, mam do nich szczególną słabość), ale dość szorstka i trudno się dociąga. Coś za coś oczywiście - jest czepliwa i raz dociągnięta trzyma na mur.

You talkin' to me?! :P

Like a boss...


Mama ma włosy, w sam raz dla małych rączek, pociągajmy sobie:



Jestem taki uroczy... ;)


poniedziałek, 17 października 2011

Ergo

Mateusz potrzebuje dużo noszenia, cała jestem obolała, waży już ponad 8 kilo. Za chustami nie przepada, więc zaopatrzyłam się w ergonomika - Ergobaby z wkładką dla noworodka. Wkładka, teoretycznie przeznaczona dla dzieci do 5 miesiąca, jest już na Mateo prawie za mała, ale jeszcze jakoś się mieścimy. Młody jest całkiem zadowolony - włożony do nosidła nie płacze (no, może trochę...), rozgląda się, potem czasem zasypia.
Jedyny zonk - główka małego obija mi się o obojczyki, bo jest akurat na odpowiedniej wysokości. Trochę go to denerwuje.

Śpi. Zabawnie wygląda, owinięty w te wszystkie bety.


Mama wreszcie może zjeść śniadanie, albo lepiej - posprzątać...


Nosidło nosidłem, ale mamę trzeba mocno trzymać, tak na wszelki wypadek:


Sprzęt kupiłam na Allegro, za śmieszną (jak na Ergo) cenę 220 zł, wkładkę za 69 zł. Jeśli to podróbka, to najlepsza, jaką widziałam w życiu, i dobrze, bo na oryginalne mnie nie stać. Zobaczymy jak będzie się spisywało po kilku praniach. Na razie jestem zachwycona - jest piękne: intensywnie niebieskie, haftowane w kolorowe kwiatki, materiał niezbyt sztywny, ale sprawiający wrażenie wytrzymałego. Starannie odszyte. O klamrach nic jeszcze nie mogę powiedzieć, zobaczę jak będą wyglądać za kilka tygodni.
Wygodny pas biodrowy. Panel malutki, niestety, ale tak już jest - większość ergonomików na rynku jest dla nas za mała. Moje dzieci rosną nienormalnie szybko. Minus - przy noszeniu z przodu nie można skrzyżować pasów na plecach (jak w Manduce), ale to niezbyt mi przeszkadza.
Zapakowane było w firmowe pudełko, miało dołączoną instrukcję na DVD i papierową. Full wypas.

Wiem, że noszenie dwumiesięczniaka w nosidle ergonomicznym (nawet z wkładką) jest mocno nieortodoksyjne, większość doradców noszeniowych odczułaby na ten widok takie wewnętrzne "fuj", ale jakoś mnie to nie martwi. Nie mam zastrzeżeń do ułożenia młodego, jest podparty tak jak trzeba, nie ma żadnych luzów, kolanka nieco niżej niż miałby w chuście, ale nie wierzę, żeby mu to zmasakrowało stawy biodrowe. Przede wszystkim włożenie go do Ergo zajmuje kilka sekund, łatwo poprawić, nie wyrywa się (przy wiązaniu wije się jak piskorz). A ja nie mam ostatnio siły na szarpaninę.

środa, 28 września 2011

Chustę oddam w dobre ręce

Pouch Bebelulu Kangalu szuka nowego domu :) Kolor: brązowy paisley, rozmiar M, ale jakiś duży jest -  na mnie (rozmiar 40/42) stanowczo za duży. Drobny sztruks, bardzo miękki.
Chętnie oddam za darmo komuś potrzebującemu, poproszę tylko o zwrot kosztów przesyłki.
Wygląda tak:

Gdyby kto chciał to proszę o maila :)

sobota, 24 września 2011

O...

Czy jest jakiś święty patron od babywearingu? Jeśli tak, to ma u mnie świeczkę i modły dziękczynne. Klusek dał się zapakować w kieszonkę i zasnął. Efekt: minus 100 do matczynego poziomu agresji ;)
Pozbierałam pranie, wstawiłam następne, zjadłam śniadanie, a teraz siedzę sobie przed kompem, ciesząc się ciszą i wolnymi rękami. Chwilo trwaj.



Troszkęśmy upoceni, bo chusta to Didymos Aare z 40% wełny. Grzeje całkiem porządnie, ale nosi jak szmatan.
Rozmiar 7 czyli 5,20m jest już za duży... Odkąd spora część mnie rozpłynęła się w niebycie, z siódemki nawet przy najbardziej chustożernych wiązaniach zwisa mi ogon do samej ziemi ;)

środa, 16 marca 2011

Chcę się fuśtać

Ania szaleje na chuście. Wykorzystuje ją nietypowo, któż by chciał usadzić zadek i po prostu się bujać, tak normalnie i prozaicznie, skoro można się na huśtawce powiesić i udawać samolot...


A tu filmik:

wtorek, 15 marca 2011

Chustawka

Ania zażyczyła sobie huśtawki, a wiadomo, że nic się nie sprawdza w tej roli tak dobrze jak chusta. Zawiesiłam im błękitną Nati Grecję (unikat, jedna z dwóch istniejących na świecie :), no musiałam się pochwalić) Zuzia ma nieco dziwną minę, ale to najlepsze zdjęcie, jakie udało mi się uzyskać komórką. Panienki bawią się wyśmienicie.

wtorek, 22 lutego 2011

Babcia to the rescue

Na odsiecz przybyła Babcia. Zostanie do czwartku. I dzięki Bogu, bo Ania, oprócz kaszlu, ma również gluta do pasa i fatalny humor, a ja, jak zwykle, ledwie trzymam się na nogach, wszystko mi leci z rąk i kompletnie nie mogę się na niczym skupić. Ot, na przykład wczoraj pomyliłam leki i zamiast wieczornej dawki neospasminy łyknęłam coś zgoła innego, na szczęście nieszkodliwego dla Wewnętrznej Młodzieży. Lekarstwa dla dzieci sprawdzam dwa albo i trzy razy...
Ania w chorobie robi się wyjątkowo przytulaśna, więc miałam dziś szansę przypomnieć sobie jak miło jest ponosić dziecko w chuście. Oczywiście napstrykałam fotek komórką, bo nie wiadomo kiedy trafi się kolejna taka okazja :) Starałam się raczej zejść obiektywowi z oka bo w obecnym stanie nie postrzegam siebie jako atrakcyjnego obiektu do fotografowania. Jednakowoż Ania, nawet zakatarzona i rozkapryszona, jest przesłodka :) I mój cudny pouch Hotslings Indian Summer jest wart wzmianki oczywiście :)






A tu niezastąpiona Babcia :) Wczoraj Ania nie odstępowała jej ani na krok, aż do wieczora.

Oczywiście nie obyło się bez nocnych płaczów, kaszlu i wędrówek. Na szczęście Babcia przejęła większą część problemu na siebie, dzięki czemu mogłam załapać stosowną ilość przerywanego snu :) Lepszy oczywiście taki, niż żaden, więc nie śmiem narzekać ;)

wtorek, 15 lutego 2011

Dawno, dawno temu...



Na Fotosiku znalazłam swoje stare zdjęcie :) Jak to było dawno... Fotka mi się podoba (bo za bardzo mnie nie widać), gekoniszcza piękne... Aż żałuję, że sprzedałam. Może dla młodego zakupię, celem poprawy humoru.

piątek, 20 listopada 2009

Jest, jest!

Mój tolkienowy Nubik już dotarł - jest piękniejszy niż na zdjęciach i bardzo wygodny :) Ania własnie w nim spi na moich plecach.
Do nosidła jest doczepiany kapturek, Gosia uszyła mi też woreczek do przechowywania (super patent, do tej pory nosidła przewoziłam w nieeleganckich reklamówkach, co za profanacja).

Foty w akcji będą, jak tylko wróci z Hameryki mój osobisty fotograf.

A tymczasem sobie po cichu kombinuję, że do takiego ślicznego nosidła pasowałby jak nic wisiorek w temacie:

Zdjęcie ze strony Artfox, a wisiorek to oczywiście Evening Star - talizman Arwen Undomiel :)
Tylko sponsora mi trza, bo to droga rzecz.

czwartek, 10 września 2009

Szmatologia

Dawno nie było o chustach :) Oto jeden z moich najnowszych nabytków - Didkowe szare gekony. Najbardziej odjazdowy wzorek na szmacie jaki w życiu widziałam :)

Niestety aktualnie szare gady szukają nowego domu, mam teraz nadmiar gekonów, bo zaraz po szarych Didek wypuścił czarne i to z 40% dodatkiem lnu. Trójkolorowe. No to co miałam zrobić? Sprzedałam co mogłam i zamówiłam. Właśnie wczoraj przyszły :)




Przepiękne, prawda? Cienkie, miękkie, delikatne. Wymarzone na lato. Na zimę zresztą też :D

Dziś gekony podróżowały ze mną do przedszkola po Zuzę (nie byle co, w obie strony to ponad dwugodzinna podróż) i jestem oczarowana. Zielonych jaszczurów na tej chuście normalnie prawie nie widać, ujawniaja się tylko w jasnym świetle. Szmata jest niesamowita, tak miła w dotyku, że chyba będę ją macać dla samej przyjemności.
Na temat nośności się nie wypowiem, bo ostatnio dobrze mi się nosi we wszystkim.

Mam jeszcze od dość dawna coś, czym się nie pochwaliłam - Zarę Moss.

darmowy hosting obrazków


Cudo nie chusta. Rozmiar 4,7, dla mnie coniebądź za krótki, ale i tak nie potrafię się z nią rozstać. Kocham zarowe krawędzie - niepodkładane, niewrzynające, miękkie. Chusta jest leciuteńka, ale gęsto tkana, bardzo wygodna. Oryginalnie była ciemnozielono-kremowa, ale w pierwszym praniu puściła kolorek i zafarbowała (się oraz resztę rzeczy, między innymi sporą część ubranek Ani) i teraz jest jasnozielono-ciemnozielona. Taka podoba mi sie jeszcze bardziej :)

niedziela, 21 czerwca 2009

Piknik P&G

Dziś spędziliśmy bardzo miło czas na pikniku, organizowanym dla pracowników i ich rodzin, z okazji 15lecia P&G w Polsce. Impreza (wielka) odbyła się na Rancho "Pod Bocianem".
Była moc atrakcji, poczynając od tony pysznego jedzenia a kończąc na zorbingu :) (nie, ja nie próbowałam ;)
Na początku, korzystając z pięknych okoliczności krajobrazowych, zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową, w której główną rolę zagrał Bio Storch Louise w kolorze zielonym (nawiasem mówiąc - chusta cienka, mięciutka i nosi doskonale, śliczny, letni kolor; chętnie bym taką przygarnęła na zawsze :); a za pożyczenie zieleńca widocznego na zdjęciach bardzo, bardzo dziękujemy Lidce :)
Wiązanie to niedokończony "plecak Hanti", czyli plecak z krzyzem (BWCC) z prostymi ramionami. Niedokończony, bo nie zrobiłam z przodu tybetańczyka (zabrakło mi chusty, to był rozmiar standard ;).



Zuza jak tylko zobaczyła wodę, ruszyła z kopyta moczyć kopyta ;)


Udało mi się ją powstrzymać. Na szczęście.






Dalej był mostek z bali. Trzeszczących. A między nimi, w szczelinach (dużych) widać było wodę. Złamie się, nie złamie... Taki dreszczyk emocji. Zielony mosteczek ugina się... ;) Pode mną dość mocno ;)








Zuza sporą część imprezy przesiedziała w ogromnym, dmuchanym kojcu z piłeczkami. Dosłownie wsiąkła.


Na co patrzyłam z lekkim przerazeniem :)


Jak widać, zupełnie nieuzasadnionym, bo Zu bawiła się wyśmienicie.



Z pewną taką niesmiałością skorzystała tez z dmuchanej zjezdzalni.


W międzyczasie zrobiło się zimno, więc zaprezentowałam światu dwuosobowy polarek Gabi (doskonale się sprawdził w terenie).
Budziłam zainteresowanie, chyba uzasadnione ;)



W końcu Ania, zmęczona wrażeniami i zaizolowana polarkiem od popołudniowego chłodu, odpłynęła.




I to by było na tyle :)

wtorek, 9 czerwca 2009

Indio: konopie i len

Miało być o Lanie, ale nie mogłam dprosić się o zdjęcia, więc na razie pochwalę się Didkami:

Indio konopie.

Nowe konopie były dość sztywne, szorstkie, ciężko się dociągały. Trzeba je było pomęczyć, więc oddałam je Zuzi na hamak i huśtawkę, siedziałam na nich, nosiłam Zuzę, prałam i prasowałam. Oficjalnie można je uznać za lekko złamane :) Ostatnio leżały bezczynnie, aż mi się ich żal zrobiło, zamotałam się dziś rano i zachwyciłam się wygodą :) Nic nie uwiera, nic się nie wrzyna, Anka spała jak przymurowana.

Parę dni temu przemknęła mi przez głowę myśl, ze może by je sprzedać, ale nieee, w życiu. Jeszcze nie teraz :) Co najwyżej ufarbujemy je sobie. Na zielono.




Indio Eis len.
Dziś cieszy nową właścicielkę. Eis śliczny był, kremowo-seledynowy. Wersja limitowana, więc nieco cieńszy od innych chust; właśnie dlatego musieliśmy się rozstać. Dopóki Ania ważyła mniej, sprawdzał się doskonale, lubiłam go za miękkość, mięsistość, plastyczność. Ale chustoklopsik przekroczył 13 kilo żywej wagi i nie ukrywam, że Eis juz się nie wyrabiał.
Jeno zdjęcie po nim zostało, chlip chlip :)