Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmaitości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmaitości. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

Fantomowe boleści

W piątek, po rannym sparringu z Urzędem Miasta, związanym z załatwieniem dzieciom dowodów osobistych, porozwoziliśmy młode do placówek a sami wróciliśmy do domu i z westchnieniem ulgi zapuściliśmy czwarty odcinek najnowszej serii "Wikingów". Teraz już tylko relaks, obiadek, mąż będzie pracował z domu, cisza, spokój, jest dobrze.
Pod koniec odcinka dzwoni telefon. Nieznany numer.
Odbieram. To Zuzia. Dzwoni z komórki koleżanki.
Zu: Mamoooo [chlipie] nie mogłam wysłać smsa bo nie mam już pieniędzy na kooo-ooon-cieeee [chlipie].
Ja [lekko zbladłam]: Co się stało?
Zu: Baaa-aaardzo mnie booo-oooli uuuuchoo. [chlipie]
Ja: Ile masz jeszcze lekcji?
Zu: Jeee-eeedną [chlipie].
Ja: Wytrzymasz czy trzeba cię zabrać?
Zu: Chyy-yyyba zaaa-aaabrać [chlipie] booo-oooli baaa-aaardzo [chlipie].
Ja: Tata już jedzie.
Mąż stał już w drzwiach, wkładając kurtkę, ja dzwoniłam do przychodni w poszukiwaniu wolnego terminu do pediatry gdziekolwiek, bo moje doświadczenie z zapaleniami ucha mówi, że najlepiej załatwić problem jak najszybciej, potem będzie tylko gorzej a samo na pewno nie przejdzie.
Znalazłam miejsce za 40 minut w centrum. Mąż odwołał zadania pracowe, zrobił rekord trasy dom-szkoła-centrum i zdążył do lekarza.
Zaprawdę wspaniała, sprawna akcja. Tylko że...
Odbieram telefon. Dzwoni Mąż.
Ja: No i jak tam?
M: Pani doktor sprawdziła uszy i gardło i nic nie znalazła. A Zuzę przestało boleć.

Nosz...

Najwyraźniej była to kolejna odsłona kampanii "uratuj mnie od szkoły". Nie zliczę ile razy dzwoniła do mnie pielęgniarka szkolna, prosząc o przyjście i zabranie dziecka, bo Ania przylazła do niej ze zbolałą miną i narzekała, że boli ją brzuch. Ja oczywiście rzucam wszystko i lecę na złamanie karku, bo dziecko chore i się męczy, a dziecko w magiczny sposób dochodzi do siebie jak tylko opuści placówkę edukacyjną. I jeszcze się obraża, jeśli ze względu na chory brzuch odmawiam podania kanapek z Nutellą ;)

Trochę mnie to wszystko zmęczyło, ogłosiłam zatem nowe, bardzo proste zasady: jeśli jesteś w stanie utrzymać się na nogach - zostajesz w szkole i nie proś o litość.
Jestem zdeterminowana. Dotrzymam postanowienia, choćby nie wiem co. Nie ustąpię.
Zapewne do następnego telefonu... [wzdech]


środa, 23 marca 2016

Wina dajcie

Są ludzie, którzy doskonale współpracują z grupą dzieci i świetnie oraz spontanicznie się z nimi bawią. Nie jestem takim ludziem...


Dziewczynki podrosły i zaczynają zapraszać do domu koleżanki.
Dziś odwiedziła nas X., koleżanka Zuzy. X to słodka dziesięciolatka o dobrym sercu i łagodnym usposobieniu, do tego nienagannie wychowana i uprzejma. Bardzo, bardzo ją lubię. Moje młodsze dzieci uwielbiają ją do tego stopnia, że Matju chciał jej oddać swój tablet a Ania wiesza się na niej i nie chce puścić, co X znosi z podziwu godną cierpliwością.
Niestety, X jest przyzwyczajona do nieco wyższych standardów rodzicielstwa niż "- co na kolacjęęęę? - Zajrzyj do lodówki i se coś weeeeź" albo " -Nudziii mi sieeee! - To znajdź se coś do roboootyyy, na przykład zbierz pranieeee z suszaarkiii.". Jedynaczka, która mieszka z przesympatyczną mamą, równie sympatycznym tatą i babcią oraz zwierzakami. Poziom ZEN w tej rodzinie wzbudza mój nieustanny podziw. Ma też swoje konsekwencje w postaci wysokich oczekiwań, z którymi niżej podpisana raczej słabo sobie radzi ;)
O godzinie osiemnastej dziewczynkom zaczęły kończyć się pomysły i zapas chipsów.
- Ciociuuu, możemy zrobić jadalną ciastolinę? - zagadnęła X.
Podniosłam nieco nieprzytomne oczy znad wciagającego brytyjskiego kryminału. Spłoszyłam się. W sumie X jest urocza, jest gościem, no i nie chciałabym wyjść na aspołeczną leniwą bicz, którą w istocie jestem...
Uśmiechnęłam się, fachowo kryjąc panikę.
- Jasne, kochanie, ale yyyy... nie wiem jak.
- Tu mam przepis, ciociu - pospieszyła z pomocą X, podtykając mi pod nos swojego smartfona z odpalonym stosownym filmikiem.
Przeklinając w duchu internet oraz ów pomiot szatana, który wynalazł jutubę, przestudiowałam listę składników.
- Słoneczko, ale nie mamy olejku migdałowego i cytryny.
Odetchnęłam z ulgą, pilnie uważając, by nie wyglądać na zbyt zadowoloną. X wyraźnie posmutniała.
Minęły dwie strony kryminału.
- Ciociu a to?
Pod moim nosem wylądował przepis na domową piaskolinę. Wyglądał na wykonalny. Och, uff, nie mamy pianki do golenia. Tak mi przykro.
Smutek wyczuwalny był już w powietrzu, Jego stężenie narastało wraz z każdym kolejnym filmikiem, do którego brakowało nam soku z ananasa, szczypiorku albo kruszonego lodu. Mój wstyd rósł wprost proporcjonalnie. Nie dość że gościowi nie jestem w stanie zapewnić godziwej rozrywki, to jeszcze w mojej lodówce nie ma mleczka kokosowego ani świeżego ananasa :( Ani kruszonego lodu. Ani w ogóle żadnego lodu, oprócz tego, który zbiera się na rurkach chłodzących.


Poziom mojej paniki niemal wywalił dziurę w dachu, kiedy X z radosnym uśmiechem zaproponowała, żebyśmy w takim razie upiekli chińskie ciasteczka z wróżbami...
Nie? Rozczarowanie płynęło wartko, jak rzeka szarego kisielu. Trzeba było ratować sytuację i zachować choć pozory kompetencji.
- Skoro chcecie coś piec, to może... yyy... eee... aaa... hmmm... o, wiem! Brownie!
Na szczęście propozycja spotkała się z aprobatą (wiadomo, czekolada to pewniak). Czworo pomocników (moje plus gość) rzuciło się do kuchni, tratując się nawzajem. Ze zrezygnowaną miną ruszyłam za nimi.


Ja chcę! Nie! Ja to zrobię! Daj mi! Hej! Przestań! Mamoooo, ja chcęęęęę! Nieeee!!! Oddawaj! Ja pomieszam, ja!!! Mogę wrzucić, mogę?
Na szczęście przepis jest prosty, więc przybyło mi tylko około pięćdziesięciu siwych włosów i jakieś dziesięć zmarszczek. I jeden malutki atak paniki. Na straty należałoby też spisać świerć torebki kakao, miarkę cukru, pół buteleczki ekstraktu waniliowego, mniej więcej pięć deko masła i koszulkę Matju, który, przejęty swoim zadaniem - smarowaniem foremki - niechcący użył do tego celu rękawów. Smarowanie dokończyła Ania, nieświadoma, niestety, że masło jest tłuste. Spojrzała na swoje dłonie i wpadła w histerię, więc X, dobre i życzliwe dziecko, wyszorowała jej ręce płynem do naczyń i gorącą wodą.
Odbył się jeszcze krótki sparring między moimi dziećmi o to, kto naleje ciasto do foremki i już można było wstawiać całość (czy raczej tę część, która trafiła do foremki, w przeciwieństwie do części, która pozostała rozchlapana na stole) do piekarnika.
Towarzystwo umilało sobie 25 minut oczekiwania radosną zabawą, polegającą na galopowaniu z jednego pokoju do drugiego, przy wtórze okrzyków. Czułam jak z sykiem umierają mi neurony między uszami, ale przecież nie będę narzekać, tak się ładnie bawią.
Brownie zostało zaakceptowane, było tak dobre, że niewielka wtopa (skończyło się mleko) pozostała niezauważona.
Wizyta zakończyła się przed dwudziestą. Oderwałam moje młodsze dzieci od X, ona grzecznie się pożegnała i poszła. Nie wiem jak wypadliśmy ;) Możliwe że niezbyt dobrze. Ale wiem, że teraz, o 20.31 zawarczałam znad komputera do męża: "WEŹ SIĘ ^^%%^&!##$ WSZYSTKIM ZAJMIJ BO JA JESTEM NIEBEZPIECZNA". I wiem, że podczas następnej wizyty przyjaciół moich dzieciąt, od progu zabierzemy się za pieczenie ciasteczek. Z rodzynkami moczonymi w wódce i posypką z Xanaxu. ;)

wtorek, 16 lutego 2016

Do słuchania

Jeśli ktoś lubi klimaty typu: horror, tajemnica, teorie spiskowe, siły nadprzyrodzone, to tutaj są dwa dobre podcasty do słuchania, w języku language.

Pacific Northwest Stories

Tutaj o jednym z owych podcastów pisze The Guardian. Pochlebnie. 

Zmyślone opowieści doprawiono szczyptą nauki i historii, dzięki czemu: a) jest bardziej prawdopodobnie / mniej niewiarygodnie oraz b) można dowiedzieć się czegoś ciekawego (wiecie co to jest komat pitagorejski? ;) Nie? Ja w sumie też nie, bo za cholerę nie rozumiem wyjaśnienia na Wikipedii ;) ).
Ponadto rzecz rozgrywa się w dużej mierze w miejscach, zwanych zbiorczo po polsku Wybrzeżem Północno Zachodnim, które to miejsca podobno są bardzo piękne. Nie wiem, nie byłam, ale na zdjęciach podoba mi się szalenie. Wycieczkę w tamte rejony wpiszę sobie na listę marzeń. Chyba będę potrzebować większej skarbonki.


Ukryty wymiar

Co widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?

Widzą wysoką, niestarannie ubraną i nieuczesaną matkę z kilkuletnim synem. Widzą jak syn biegnie do osiedlowej furtki, otwiera, przepuszcza matkę. Matka dziękuje, bierze syna za rękę, idą. Wszystko wygląda normalnie.

Ludzie widzą jak dwadzieścia metrów dalej syn staje jak wmurowany i oznajmia, że chce pić.
Być może widzą jak matka próbuje wytłumaczyć, że nie ma ze sobą wody ani pieniędzy i że za kilka minut w przedszkolu (do którego jest bardzo, bardzo blisko, ludzie nie wiedzą, ale matka wie, nie wybrałaby się bez wody w daleką drogę) syn dostanie tyle picia ile tylko zechce. Jeszcze chwilka.

Widzą jak syn zaczyna podnosić głos i odmawia pójścia dalej. Widzą jak matka ciągnie go za ramię do przejścia dla pieszych, a on krzyczy "nieeeee!". Widzą jak syn chce się wyrwać prosto na ulicę, między samochody, a matka trzyma go obiema rękami.

Po drugiej stronie ulicy syn staje w błocie, tupie i mówi, że nie pójdzie dalej jeśli nie dostanie pić. TERAZ. Matka wreszcie traci cierpliwość i wrzeszczy. Syn zaczyna płakać. Nadal krzyczy "nie". Nie chce iść, chociaż na dojście do przedszkola potrzebują już tylko 3-4 minut. Ludzie nie wiedzą, syn nie wie, choć powinien, ale matka wie i ewidentnie doprowadza ją to do szału. Wyraźnie wściekła ciągnie syna za rękę dalej i za zakretem znikają z oczu publiczności zgromadzonej na chodniku. Koniec przedstawienia.

Czego nie widzą niedospani ludzie, tłoczący się o 7.30 na przystanku autobusowym w kierunku miasta?

Nie widzą porannej walki syna z matką o wszystko: o serek waniliowy, który jest nie taki jak trzeba, o ubieranie, o robienie kupy, o mycie zębów, o zakładanie butów, o wychodzenie z domu. Starszych sióstr, które rano nie podrapią się samodzielnie po tyłku, jeśli się im o tym nie przypomni i wiecznie się kłócą. Nie widzą, że ojciec wyjechał i matka musi ogarnąć sama to, co zazwyczaj z trudem ogarniają we dwoje. Nie widzą niewyspania, które od dziesięciu lat ciągnie się za matką jak ołowiana kula i powoli wykańcza. Nie widzą problemów osobistych, których nie wypada opisywać, bo, jak sama nazwa wskazuje, są osobiste, ale bolą jak ropiejąca rana co nie ma szans się zagoić w najbliższej przyszłości. Nie widzą wreszcie żalu ani poczucia winy, dławiących matkę cały czas od momentu, kiedy straciła cierpliwość.
Nie trzeba rzucać słowem, ani biblijnym kamieniem. Nikt nie ukarze krnąbrnej matki boleśniej, niż ona sama.

Kiedy byłam Doskonałą Mamą, czyli zanim zaszłam w ciążę, wiedziałam wszystko lepiej. Patrzyłam z potępieniem na takie krzyczące matki. Przecież z dzieckiem można rozmawiać, wytłumaczyć mu, dzieci są mądre, zrozumieją. Ta kobieta jest niewydolna i nieudolna, jak tak można, MNIE SIĘ TO NIGDY NIE ZDARZY. Wiem co mam robić.
Zabawne, prawda?

Troje dzieci, depresja i stany lękowe nauczyły mnie pokory i wstrzemięźliwości w wydawaniu sądów. Zdaje mi się, że ludzie, którym puszczają nerwy, najbardziej potrzebują wsparcia, a nie potępiających spojrzeń, świętojebliwej wyższości i werbalnych kopniaków. Z doświadczenia wiem, że odrobina życzliwości potrafi błyskawicznie obniżyć temperaturę konfliktu.
Każdego.


I staram się o tym nie zapominać.

piątek, 5 lutego 2016

Rozmowy rozkojarzone

Możliwe, że jestem ostatnio trochę zmęczona.

Sytuacja pierwsza. Wczesne popołudnie.
Sprowadziłam Anię ze szkolnych zajęć do domu. Wchodzimy. Ania zeznaje, że nie zjadła Danonka, którego dostała w ramach drugiego śniadania.
Ja: To włóż go do szafy.
Ania [najwyraźniej uznaje, że nie należy kwestionować poleceń matki wariatki, więc patrzy na mnie uważnie i całkiem serio pyta]: Do której?
Ja [coś mi się bardzo nie zgadza, dociera do mnie, że chyba nie przekazałam tego komunikatu, o który mi chodziło, więc myślę z całej siły]: Tam... No tam... Tam gdzie zimno.
Ania [wciąż patrzy na mnie uważnie]: Aaaa... yyyy... chodzi ci o lodówkę?
Ja [bingo, eureka, stała się jasność]: Tak! Tak! Do lodówki!
Ania:...


Sytuacja druga. Dopiero co.
Wychodzę spod prysznica, staję przed lustrem. Biorę krem do twarzy, starannie smaruję twarz i okolice oczu,
Czuję się dziwnie.
Oczy zaczynają mnie szczypać i przestaję widzieć.
Bardzo dokładnie posmarowałam się pastą do zębów.
OMG.


Dobranoc :)

czwartek, 14 stycznia 2016

ZęboDół

Kiedy zostajesz matką, los zaczyna cię stawiać przed szeregiem wyzwań, większych i mniejszych. Całymi miesiącami budzono mnie w nocy co godzinę, aż dostawałam halucynacji z niewyspania. Wąchałam pupy. Czyściłam meble, usmarowane zawartością pieluchy, puree z groszku albo serkiem homogenizowanym. Wyciągałam gnidy z włosów. Wyławiałam kupy z wanny. Odsysałam gluty z nosa. Wyciągałam kłębki i grudki nie wiadomo czego z pępków i zza uszu (to, co niemowlęta hodują sobie za uszami zasługuje na wpis w encyklopedii kuriozów natury). Łapałam smarki w rękę. Łapałam pawia w rękę. Łapałam kupę w rękę.
Tak, macierzyństwo zdecydowanie ma wiele wspólnego z kupą.

Jednak największe wrażenie pozostawiło co innego.
Mianowicie – zęby.

Dzieci gubią zęby, rzecz to wiadoma. Nie wiem jak innym, ale moim osobistym potomkom zęby nie
Mleczaki i zęby stałe. Ojojoj.
wypadają same z siebie. Zaczynają się ruszać, potem ruszają się bardziej, jeszcze bardziej, aż w końcu zwisają na kawałku dziąsła jak złapane na lasso. Podobno są dzieci, które same usuwają taki problem, ale moje na tę propozycję uciekają z krzykiem i histerycznym płaczem. Nie mają natomiast oporów przed proszeniem mnie o dentystyczną usługę.

Dziwne uczucie, powiadam wam. Lekki opór, a potem cichutki trzask pękającej tkanki. I po sprawie. Podobno to nawet nie boli, a przynajmniej nie bardzo. Dzieci uszczęśliwione. Reklamacji nie składają (chociaż nie wiem czy to moja zasługa, czy Wróżki Zębuszki, zamieniającej martwe fragmenty uzębienia na żywą gotówkę). Parafrazując słowa znanej piosenki: jest super, jest super, więc o co mi chodzi? Czemu po każdym wyrwanym mlecznym zębie mam traumę o średnim natężeniu? Na przykład teraz, piętnaście minut po wyrwaniu zuzinej merdającej smętnie dolnej prawej czwórki?

Powinnam zakończyć tekst jakimś zgrabnym bonmotem, ale niestety, nie mam żadnego na podorędziu. Mogłabym napisać jak to serce matki wzdraga się przed ukrzywdzeniem dziecięcia, ale każdy kto mnie zna zabiłby się śmiechem, czytając taki szajs. Więc rzeknę krótko: dajcie mi zafajdany tyłek, zasmarkany nos albo zarzyganą podłogę. Spoko. Ale zębów wyrywać nie lubię ;)

wtorek, 12 stycznia 2016

Z bańki

Powszechnie wiadomo, że zdrowie psychiczne zazębia się z fizycznym: przewlekły stres odbija się somatycznie. Z dużym rozmachem.
Owa prawidłowość występuje u mnie w postaci ostrego zapalenia zatok. Kiedy stres trwa za długo i jest go za dużo, organizm mówi "pas" i z nosa zaczyna mi lecieć coś, czego nie powinno się opisywać, boli głowa, bolą zęby, bolą uszy i oczy, błędnik wariuje i jakoś trudno cieszyć się życiem. Antybiotyki pomagają na chwilę, więc staram się ich unikać jak tylko mogę. Pozostają metody naturalne.
Jedną z nich, bardzo skuteczną, są bańki. Dzięki nim już chyba wychodzę na prostą, chociaż wyglądam jak biedronka - cale plecy mam w ciemnych kółkach.

Dziś Ania przyjrzała się moim plecom i zaczęła się śmiać.
Ja: O co chodzi?
Ania: Bo masz na plecach kółka i wiesz jak co wyglądają?
Ja: Yyyy, nie wiem - jak siniaki?
Ania: Nie, jak te kółeczka na pizzy... O, pepperoni!

I widzicie, chociaż nadal jestem półżywa, przynajmniej z czystym sumieniem mogę o sobie powiedzieć, że wyglądam APETYCZNIE.
;)


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Fajt Klub

Dzisiejszy obrazek na stronie Fowl Language jest wzięty wprost z mojego życia.


Tak, po trzykroć tak.


Dopóki krew się nie leje, władza nie wkracza. Chyba że władza ma życzenie skończyć w szpitalu dla obłąkanych ;)

niedziela, 20 grudnia 2015

Relax

Dziś pieczemy pierniczki. Mam przeczucie, że oprócz mąki, jajec i przyprawy do pierników powinnam mieć pod ręką coś na uspokojenie.



Video z bogatej kolekcji The Honest Guys na jutubie. Oprócz standardowego medytacyjnego pitu pitu mają na przykład takie dziwności jak osiem godzin deszczu, padającego na brezent namiotu. Czasem włączam sobie do czytania. Pogoda taka beznadziejna, że na prawdziwy, porządny deszcz nie ma co liczyć.

piątek, 18 grudnia 2015

Coooraz bliżej święta

Święta idą! Ludzie kłębią się nie tylko w centrach handlowych ale i w małych lokalnych sklepikach (serio, nie wiem co się dzieje, ale wszędzie są kolejki - ludzie kochani, do świąt jeszcze tydzień, peerel się skończył, kiełbasy starczy dla wszystkich...). Kurierzy nie wyrabiają się z dostarczaniem paczek, słyszałam od jednego istne horror story o pracy do 23.00 i spaniu w samochodzie na pace, bo nie opłaca się wracać do domu. Zatłoczone ulice. Spędy przedświąteczne, jasełka, planowanie świątecznych wizyt wraz z bogatym menu (niezwykle metodycznie podchodzimy do rytualnego mordowania swoich układów trawiennych. Najlepiej przed telewizorem. No właśnie, czy już zapowiadali "Kevina"?)

Innymi słowy - młyn straszny, szczególnie dla osobników nieprzystosowanych społecznie. W celu odstresowania z upodobaniem oddaję się więc aktywności fizycznej. Mieszkaniu wyszłoby na zdrowie, gdyby owa aktywność objęła również sprzątanie, ale nie posuwajmy się do kroków aż tak drastycznych ;) Póki co, biegam kiedy mogę, przez własną zachłanność (jak to, ja nie przebiegnę 5k? JA? wała!) dorabiając się kontuzji (na przykład shin splints, boli ałaaa). Cóż, starość nie radość, młodość nie wieczność. Jak boli to znaczy, że jeszcze żyję ;)

Wiem, że są ludzie, którzy przy wysiłku fizycznym słuchają na przykład audiobooków, albo kursów językowych. Albo chociaż muzyki klasycznej. W którymś odcinku Dextera była taka piekna scena: Deb na bieżni, zasłuchana w Szopena. Ach, jakże mi to imponuje. Gdybym w biegu uczyła się mandaryńskiego albo chociaż słuchała Liszta, a po treningu sączyła ze smakiem koktajl z jarmużu, byłabym cool, trendy i ociekałabym zajebistością.
Niestety, jem hamburgery i słucham One Direction.
I, w sumie, jest całkiem git ;)

niedziela, 8 listopada 2015

Poważna decyzja

Chcę obciąć włosy, zapisz mnie do fryzjera! Nie chcę obcinać włosów, chcę mieć kucyk! Mam dość długich włosów, tylko kołtuny się robią! Zapisz mnie do fryzjera! Nie zapisuj mnie do fryzjera! Aua, boliii! Nie mogę się rozczesaaaać!

Po kilku miesiącach mentalnych i werbalnych zmagań z samymi sobą, panienki definitywnie zażądały wizyty u fryzjera. Wcale im się nie dziwię, matka ma dwie lewe ręce do fryzur i jedyne co potrafi to krzywy warkocz ;) Kiedy patrzę na ślicznie uczesane królewny w szkole (francuski warkocz z boku głowy, korona, zygzakowaty przedziałek, kłos, no cuda panie cuda) to sie wstydzę, bo ja tak nie umiem. Więc po co się mają dzieci frustrować. Ciach i już.

Postrzyżyny nastąpiły wczoraj rano. Efekt jest, uważam, miły dla oka:



U Ani na nosie widac jeszcze resztki opuchlizny i blednący siniak, o którym zapewne napiszę w szerszym kontekście, jak tylko opadną mi emocje. Powiem jedynie, że szkoła nie zawsze przyjaznym miejscem jest.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Okruchy życia. Rodzinnego.

Scena 1

Pakuję Anię na wyjazd do babci. Hurra!. Mam świat u stóp, ogarniam wszystko, o niczym nie zapominam, płonę entuzjazmem i ociekam kompetencją.
Zgarniam ze stołu stosik ubrań, pochylam się nad torbą, stojącą na podłodze i nagle...
Ja: O LOSIE! A co tu tak śmierdzi??! Ktoś puścił pawia na dywan???
Dzieci [z wyrazem nieskalanej niewinności na anielskich twarzyczkach]: Nieee! To nie ja! Ja też nie! Nie! Nie ja! Ale to nie ja! Ja nie! To na pewno Mateusz! Nieee, to nie jaaaa!
Ja: [klękam i z nosem przy podłodze badam teren]
Ja: [mój biedny nos zbliża się do plecaka Ani i o mało się nie rozbija o ścianę gęstego smrodu] A-ha!
Ja: [zaglądam do plecaka, tłumiąc odruch wymiotny i widzę, że dziecko zapomniało wyjąć szkolne jedzenie. Dwa tygodnie temu. Matka khem khem, też zapomniała sprawdzić zawartość. W środku znajduję: niedojedzoną kanapkę, na której pleśń zaczęła już  prawdopodobnie tworzyć formy inteligentne; na pół zgniłe jabłko; zielonego kabanosa oraz wzdęty plastikowy pojemniczek, w którym przelewa się coś nieokreślonego. Co mogło być kiedyś jogurtem. Albo nie. Trudno powiedzieć. W każdym razie śmierdzi przeraźliwie w moim kierunku, i, co gorsza, cieknie.]
Ja [czując jak ze świstem uchodzi ze mnie poczucie kompetencji]: Kurwa mać.

Kurtyna.

Scena 2

Wieczór. Gotuję zupę pomidorową. Do kuchni zagląda Matju.
Matju: A co robisz?
Ja: Gotuję zupę pomidorową.
Matju: O! Pomidorowa! Moja ulubiona!
Ja: Chcesz trochę zjeść?
Matju: A czy z ryżem?
Ja: Nie przewidywałam ryżu, mam tylko samą zupę...
Matju [buzia w podkówkę i rozpacz w błekitnych oczach]: ALE JA CHCĘ Z RYŻEM! JA LUBIĘ Z RYŻEM! RYŻ! W PRZEDSZKOLU JEST ZAWSZE Z RYŻEM!
Ja: [OMG juz późno jest, młody powinien spać w zasadzie... ale co mam robić, biedne dziecko takie głodne... przecież nie odmówię mu jedzenia chyba? i tak jestem okropną matką, moje nieszczęsne dzieci mają pecha, bo przecież mogły się trafić jakiejś kompetentnej oddanej i nadgorliwej niewieście, która codziennie gotuje eko obiady, sprząta za pomocą octu winnego i sody... w ogóle sprząta... nigdy nie narzeka, zawsze ma czas i cierpliwość... a mają tylko mnie, omójboże co za porażka. Chociaż tym ryżem dziecku wynagrodzę, no przecież nie będe go głodzić, on taki biedny, niewinny, słodki, bezbronny i malutki...]
Ja: [jest coraz później, mimo to ofiarnie gotuję ryż]
Ja [promieniejąc macierzyńskim ciepłem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku]: Synku, chodź! Masz pomidorową z ryżem! Mamusia ci ugotowała tak jak chciałeś!
Matju [wącha zupę]: Fuj, to smierdzi jak smród. Nie będę tego jadł.
Matju: [odsuwa talerz i wychodzi]
Ja: Kurwa mać.

Chyba muszę znaleźć inny sposób na odkupienie win. Najchętniej (od)kupiłabym wina w sklepie monopolowym. W dużej ilości.

Kurtyna.



poniedziałek, 13 lipca 2015

Momencik

W tym miejscu miał powstać pamiętnikarsko-humorystyczny post na temat naszych wakacji na Mazurach. I powstanie. jak tylko ogarnę rotawirusa, który od tygodnia usiłuje mnie wykończyć i towarzyszącą mu kompletną psychiczną rozsypkę.

Tymczasem:


sobota, 4 lipca 2015

Ekhem...

Ciepło, ciepło, nie ma klimy, wnet się wszyscy podusimy.


Usiłuję myśleć o stosach śniegu za oknem, o dwudziestostopniowych mrozach, o przedwiośnianym błocku i lodowatym wichrze, zrywającym skalp z głowy. Nie pomaga. Oddałabym wszystko za klimatyzację.

sobota, 18 kwietnia 2015

Wirus

Z tego co widzę juz kilka osób na bloggerze zgłosiło infekcję kodu - przekierowanie do chińskiej wyszukiwarki Baidu.
Blah.
Mój blog też zachorował, z niektórych komputerów przekierowuje, z innych nie. Jeśli uda mi się rozwiązać problem to wracam tutaj, jeśli nie, przeniosę się pod inny adres.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Team building

Na zajęciach z emisji głosu odbywa się niechcący całkiem niezły team building. Bo nic nie łączy grupy tak, jak porykiwanie z głębi trzewi "muuuu muuuuuuuuuu" w klęku podpartym. A następnie recytowanie w tej pozycji fragmentu "Grobu Agamemnona".

środa, 26 listopada 2014

Sugestia

Dopiero teraz zaczynam dochodzić do siebie po poniedziałkowym sparringu ze służbą zdrowia, o którym wolę nie pisać w szczegółach, bo jest ryzyko, że trafi mnie szlag. Doszłam do wniosku, że jeśli, obywatelu, chcesz skorzystać z państwowej opieki medycznej to najlepiej mieć w kieszeni piersiówkę z bimbrem 70%. Nie, nie na łapówkę. Na potrzeby własne, żeby się znieczulić. Bo tutaj, żeby chorować, trzeba mieć końskie zdrowie.
Pocieszam się, że zawsze może być gorzej, w sumie mam szpital i prawdziwych lekarzy, a mogłabym mieszkać w dżungli i zamiast szpitala mieć lepiankę z gliny a zamiast lekarza - szamana z kurzymi kośćmi wystającymi z nosa. Chociaż, po namyśle, na trapiące mnie dolegliwości szaman może pomógłby lepiej niż współczesna medycyna.


sobota, 15 listopada 2014

Zjazd

Wróciłam z pierwszego dnia drugiego zjazdu na uczelni, gdzie nakładano mi oświaty kaganiec ;)
Zajęcia z psychologii były interesujące i niezmiernie owocne. Poznałam między innymi klasyfikację stylów radzenia sobie ze stresem. Jest ich trzy: zadaniowy ("natychmiast zróbmy plan działania i rozwiążmy problem"), unikowy ("idę na zakupy a potem zjem coś dobrego i obejrzę film i jeszcze cos zjem... problem? jaki problem?") i skupiony na emocjach ("Jestem nieszczęśliwa, mam problem. Jest mi z tym źle. A kiedyś nie było mi źle tylko dobrze. A teraz już nie jest. I mam problem i jest mi źle. Nic nie umiem, jestem beznadziejna i to wszystko moja wina. I jest mi źle. Buuuuu.").

W trakcie dalszych zajęć wyszło mi, że ten ostatni to, hue hue, mój styl dominujący. Bardzo dominujący. Co w połączeniu ze zmierzonym na poprzednich zajęciach poziomem stresu sięgajacym górnej granicy skali  doskonale tłumaczy, czemu mam tak jak mam.

Oczywiście można pracować nad sobą i poprawić swoje wyniki w zakresie niedominujących stylów. Tak rozkminiam, co mogłabym zrobić. Jeśli chodzi o podejście zadaniowe ("natychmiast rozwiążmy problem") to zaczęłabym, myślę, od zakneblowania dzieci. Raczej na stałe. Można by też je związać (Dzisiejszy wieczór spędziłam zbierając z dywanu rozsypane przez potomstwo koraliki Pyssla. Kilka setek ich było. Wizja przywiązywania rozbrykanych dziatek do kaloryfera w ramach prewencji wyglądała mi na bardzo kuszącą.). Potem szybka wizyta u paru osób, które chciałabym z miłością i czule poklepać po plecach, najlepiej ostrzem siekiery. Nie, zaraz, chwila... to wszystko karalne jest. No to myślę, że pozostanę przy klasycznej, dobrze opanowanej przeze mnie metodzie "popłaczę sobie w kącie".

Potem ćwiczenia z, uwaga, emisji głosu. Z przemiłą panią doktor. Na następne zajęcia poleciła ubrać się w dres i grube skarpetki oraz przywlec do szkoły karimaty, będziemy się kłaść tudzież przyjmować inne wyszukane pozycje :) Zapowiada się fascynująco. Po dzisiejszej sesji mówiłam pięknym radiowym kontraltem z lekką jazzową chrypką. Niestety przeszło mi po godzinie, a szkoda, bo już obmyślałam ścieżkę kariery w specjalnych firmach telefonicznych, których reklamy wciska się samotnym panom za wycieraczki w autach.

Na deser dostaliśmy półtorej godziny wykładu z teorii uczenia się i nauczania języków, z profesorem, który całkiem od niechcenia sprawiał, że raz po raz rechotaliśmy jak żaby w gliniance, co uważam za umiejętność u wykładowcy uniwersyteckiego wręcz bezcenną.

Po tak przyjemnie spędzonym dniu wróciłam do domu. Powitał mnie krzyk, płacz,  "mamoooo a ona mi...", "mamooo a ja chcę...", "mamoooo...", ogólny syf i, jak już wspomniałam, kilkaset rozsypanych koralików Pyssla, niech do piątego pokolenia przeklęty będzie ten kto je wymyślił (taki zabawny anagram - kiedy poprzestawia się litery w słowach "koraliki Pyssla" jak nic wychodzi "pierdolony chiński plastik wielkości nasion kurwaszmać truskawki").

Jutro edukacji (i od rodziny separacji) dzień kolejny, a myśl ta zaprawdę napawa mnie wdzięcznością.



poniedziałek, 10 listopada 2014

Hikej podejście drugie

W gorszych chwilach potrzebuję zmian. Nowej perspektywy. Bardzo dawno temu wystarczało mi przestawianie mebli raz na jakiś czas. Obecnie wszelkie próby przestawienia czegokolwiek wetuje Mąż.
Tym razem jednak los się do mnie uśmiechnął i Mąż wspaniałomyślnie zatwierdził zakup fotela do sypialni. Przestawiać tam nie ma czego, a mnie się od dawna tłukł po głowie taki archetypiczny obrazek - ja, zimowym wieczorem, w fotelu z książką, kocykiem i herbatką. Ucieleśnienie zimowości. Esencja spokoju. Cóż poradzić, takie marzenie. W przeciwieństwie do innych, akurat realistyczne. Wczesnym przedpołudniem obraliśmy więc kierunek na Ikea.
Ludzi było umiarkowanie wielu.
Dwoje młodszych potomków zdeponowaliśmy w Zaczarowanym Lesie i oddaliśmy się bez reszty przyjemności wyboru fotela. Nie mam żadnych problemów z podejmowaniem decyzji, więc nie trwało to długo. Jakieś pół godzinki.
Ludzi zaczęło się robić jakby więcej.
Załadowaliśmy mebel do bagażnika, winszując sobie posiadania kombi. Zgłodnieliśmy. Czas na obiad. Kierunek - golonka z bigosem i klopsiki z frytkami.
Ludzi nadal przybywało.
Cały proces zakupu obiadu, łącznie z czekaniem w kilometrowej kolejce trwał tyle, że kiedy udało mi się usiąść przy stoliku, obiad był już zimny. Wokół kłębili się inni amatorzy klopsików, ktoś kogoś potrącił, cos się stłukło i rozlało, nie ma jak przejść, wyprawa do dystrybutora po napój przypominała bitwę pod Termopilami. Mało brakowało, żebym rzuciła się w tłum, z okrzykiem "Spartaaaaaaa!!!!!" i widelcem w zębach.
Robiło się coraz ciaśniej.
Nie najlepiej znoszę tłumy. W okolicach mostka zaczęły mnie łaskotać pierwsze objawy paniki. W tym momencie Mąż przypomniał sobie, że trzeba kupić dziewczynkom lampki na biurko. Wpasowaliśmy się więc w ludzkie mrowisko na dziale oświetleniowym. Nad mrowiskiem unosił się tradycyjny staropolski ogólnoludzki wkurw, podsycany kosymi spojrzeniami, niecierpliwymi westchnieniami, zahaczającymi o siebie koszykami  oraz obfitością klientów, którzy ni cholery nie wiedzą czego chcą, a przyszli sobie pooglądać i całą liczną rodziną stają znienacka na środku alejki, całkowicie tarasując przejście.
Sympatyczne alejki Ikea Targówek zaczęły przypominać arterie dotknięte zaawansowaną miażdżycą.
Kiedy zobaczyłam niemal czterdziestoosobową kolejkę do kasy (każdej), duch we mnie opadł, panika kopniakami poganiała do ucieczki, ale bohatersko stałam dalej, głównie dlatego, że przepychanie się przez stado do wyjścia zdawało mi się znacznie gorszym rozwiązaniem.
Tłum nadal gęstniał. Swoją drogą, pojemność tego miejsca zda się nieograniczona.
Kiedy wreszcie wyszliśmy, ledwie żywi, powłócząc nogami, jak garstka ocaleńców z jakiejś katastrofy, zobaczyłam coś, co przeraziło mnie w sposób ostateczny.
Dziecięcy wózek-spacerówka na SZEŚĆ miejsc. Wypełniony trzylatkiem (sztuk jeden) i CZWÓRKĄ żwawych dwulatków.
Patrzyłam długo. Z mieszaniną fascynazji i grozy. I podziwu. I wdzięczności losowi.


A fotel jest fajny. Zajął wiekszość wolnego skrawka podłogi w sypialni. Mąż będzie złorzeczył oraz bluźnił, kiedy zacznie się o niego potykać w nocy. Ale i tak jestem zadowolona.

wtorek, 28 października 2014

Keep calm...


Mission accomplished!









Miałam zapytać, czy w moim wieku jeszcze wypada nosić takie pantofelki, ale szczerze mówiąc wisi mi to ;)