Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

Szkolne projekty

Moje dzieci mają niezbyt rozsądny zwyczaj zgłaszać się na ślepo do różnych szkolnych zadań, nie kojarząc zupełnie, że wiąże się to z jakimiś zobowiązaniami i terminami.

Niedawno dostałam wiadomość od wychowawczyni Najstarszej, że "dziewczynki, które zgłosiły się do robienia gazetki mają na to jeszcze dwa dni". Nie sprecyzowała które dziewczynki, ale coś mnie tknęło. Poszłam do pokoju Najstarszej i ściągnęłam jej słuchawki z uszu.
- No coooo? - zapytała, z niechęcią odrywając wzrok od filmiku na którym youtuber Enzzi gmerał w straszliwej, topornej pikselozie, znanej i lubianej wśród młodzieży pod nazwą "Minecraft".
- Córko, czy zgłaszałaś się do gazetki szkolnej?
- Nooo taaaak... - odpowiedziała niepewnie.
- A wiesz, że masz na to jeszcze tylko dwa dni?
- Nooo wieeem. Oj tam, coś się wymyśli - skwitowała i zrobiła ruch jakby chciała z powrotem założyć słuchawki.
- OJ NIE. - byłam nieustępliwa. - Na jaki temat ma być gazetka?
- Rok jakiśtam.
- CO?
- Rok jakiśtam... nie pamiętam.
Opadły mi ręce. - A może M wie? (M to sąsiadka i najlepsza przyjaciółka). - Razem się zgłosiłyście?
- Tak.
- No to na co czekasz? Idź i się dowiedz!

Puka do drzwi M. M otwiera.
- Cześć, pamiętasz może jaki ma być temat tej gazetki?
M myśli. Rozjaśnia się w uśmiechu - pamięta! Z dumą ogłasza:
- Rok jakiśtam!
Opadły mi ręce, nogi i inne części ciała. Po kilku smsach do wychowawczyni okazało się że chodzi o "Rok szekspirowski". Dziewczynki zgłosiły się do gazetki o roku szekspirowskim nie mając pojęcia co to takiego i kim Szekspir w ogóle był (co się dziwić, jutuber Enzzi jeszcze nie zrobił o tym filmiku). Przeprowadziliśmy szybkie konsultacje z rodzicami M, poszukałam tego i owego w necie, oni takoż i kryzys został zażegnany. Myślałam, że mam spokój. Ha ha.

Dziś wieczór, w porze kolacji Średnia robiła co mogła, żeby zejść mi z drogi (przyniosła uwagę w dzienniczku i trafił mnie szlag z przytupem). Jednak presja czasu okazała się silniejsza niż atawistyczny lęk przed gniewem rodzicielki, więc w końcu Średnia zagaiła dyplomatycznie:
- Mamooo, pamiętasz o tym stroiku?
Zrobiło mi się słabo. - Jakim stroiku?
- No tym na konkurs. To na jutro.
Zrobiło mi się bardziej słabo. - JAKIM ZNOWU STROIKU?!
- No, na Gwiazdkę. Do konkursu. Jutro.
W tym momencie z moich ust padły słowa, które z duchem Bożego Narodzenia miały niewiele wspólnego. 
Nie wiem czemu tego wszystkiego nie olałam, może dlatego że na ogół nie przejmuję sie bardzo edukacją mojego potomstwa i użarło mnie poczucie winy. A łatwiej zrobić jednorazowego crafta niż siedzieć z dzieckiem godzinami i wkuwać słówka albo odpytywać z ortografii... Poczucie winy zapcha się stroikiem i da mi żyć na jakis czas ;) 
Pinterest dopomógł i wykonałyśmy gwiazdkę z rolek po papierze toaletowym. Wreszcie się przydał miniaturowy pistolet do kleju, który przywlokłam dawno temu z Kanady bo "kiedyś się przyda". 


Nie miałam na podorędziu brokatu, więc opsikałam gwiazdkę klejem w sprayu i wytarzałam w perłowych sypkich cieniach do powiek Yves Rocher. Słabo je widać na zdjęciu, ale dają trochę koloru i trochę błyszczą.


Sąsiadka poratowała nas gałązką świerku i trzema szyszkami (niechże jej bedą dzięki i chwała). Jeszcze trochę kleju i efekt końcowy:


Nie liczę na nagrodę główną, ale czuję się spełniona artystycznie oraz rodzicielsko. 
Myślę (tfu tfu), że na razie chyba mam spokój... ;)

czwartek, 3 listopada 2016

Pieśni

Dziewczynki w towarzystwie sąsiadek bawiły się za zamkniętymi drzwiami. Przebieranki, gry planszowe, wzajemne przechodzenie poziomów gier przeróżnych na telefonach i tabletach. Dobiegły mnie też radosne śpiewy chóralne.
"Jak ładnie śpiewają" - rozczuliłam się. "Pójdę posłuchać."
Z ciepłym uśmiechem podeszłam do drzwi, położyłam dłoń na klamce i usłyszałam słowa piosenki, wykrzykiwanej przez cztery głosy:

"dziękuję ci tatooo
że bijesz mnie szmatąąą
czasami grabiami
a czasem łopatąąąąą"

I wybuch entuzjazmu, a potem jeszcze raz od nowa ;)

Ekhem. Wycofałam się cicho. Taaaak. No cóż.
Nie wiem co wolę - piosenkę o domniemanej przemocy domowej czy aktualny szkolny hit, którego muszę słuchać codziennie po kilka razy. Obie są tak samo przerażające ;)



Obawiam się, że bezpowrotnie odeszły czasy pieśni o jagódkach, słonkach co rano wstały i krasnoludkach ;) Czasem tylko Matju spontanicznie wykonuje przedszkolne utwory na temat kredek i autobusów.
Jest zdecydowanie mniej uroczo, ale za to śmiejszniej, co, wyznam, bardziej mi pasuje ;)

sobota, 27 sierpnia 2016

Ten dziwny moment...

... kiedy chcesz zrobić dla swojej rodziny pyszny i zdrowy pasztet z soczewicy, ale niechcący wychodzą ci bułeczki cynamonowe.



I pragnąc naprawić swój błąd i uchronić najbliższych przed cukrzycą, trójglicerydami, cholesterolem, za ciasną gumką w majtkach oraz setką innych kataklizmów i niechybną śmiercią, sama wpie***lasz bohatersko połowę urobku.

Może to twój urok... może to PMS.

sobota, 20 sierpnia 2016

Niekończąca się opowieść

Rodzice: Dzieci, wychodzimy! Zakładajcie buty!
Dzieci: [ganiaja się po korytarzu]
Rodzice: Dzieci, zakładajcie buty! Wychodzimy! Już!
Dzieci: [popychają się i śmieją]
Rodzice: WYCHODZIMY! ZAKŁADAJCIE BUTY!
Dzieci: [rechoczą i szarpią się nawzajem]
Rodzice: %%^^**#$^&%*^!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dzieci: [przerażone oczy i histeryczny płacz] Nie wooo-ooo-lnooo krzyy-czeeeć na maaa-łeee dzie-dzie-dzie-ci!

No kurwa. :D

Wydawało mi się, że dzieci wyposażone w choćby kilka centymetrów sześciennych kory mózgowej i władające mową będzie łatwiej ogarnąć. I owszem, jest łatwiej. Tylko że razem z kolejnymi centymetrami sześciennymi kory mózgowej hodują sobie własne zdanie. Co, oczywiście jest bardzo dobre, niech mają własne zdanie. Tylko, na miłosierdzie boskie, nie wtedy, kiedy musimy wyjść na czas.
Nie wiem czy kiedykolwiek skończy się ta straszliwa frustracja "coś-trzeba-zrobić-a-oni-stawiają-opór". Chyba nigdy.


wtorek, 5 lipca 2016

Obiad czyli o sensie życia

Ja: zamiast pracować lecę po zakupy i stoję godzinę nad garami, gotując obiad.
Moje dzieci: Nie będę tego jeść, to jest obrzydliwe.
Moje dzieci za dwadzieścia minut: Jestem głodna. Co mogę zjeść? Jestem głodnaaa. Co mogę zjeeeść? Jestem głodnaaaa. Co mogę zjeeeeść? Jestem głodna. Co mogę zjeeeeść?
Ja: zamiast pracować opędzam się od dzieci i nie mogę się skupić.

Ja: Bycie rodzicem jest takie satysfakcjonujące.


Apdejt: Ania szlocha w pokoju, bo mama ugotowała coś, na co Ania nie miała ochoty. Znaczy to, że mama jest niedobra, Ania jest zrozpaczona i chce umrzeć oraz wolałaby się nigdy nie urodzić, bo jej życie nie ma sensu.
Disklajmer: Przed wyjściem na zakupy powiedziałam co będzie na obiad i nikt nie zgłosił sprzeciwu.

Jak już wspominałam: bycie rodzicem jest naprawdę wspaniałe. 


sobota, 4 czerwca 2016

Dzień Dziecka

Średnia dostała na Dzień Dziecka wymarzone białe słuchawki. Do tego starą empetrójkę Męża z wyborem piosenek rozmaitych.

Nie wiem czemu, ale moje dzieci mają trudność ze zrozumieniem koncepcji słuchawek, czyli "ja słyszę co słyszę, ale inni nie słyszą co ja słyszę". W związku z powyższym, od jakiegoś czasu usiłuję pracować, a zza zamkniętych drzwi dobiega mnie wiązanka przebojów Arki Noego, z entuzjazmem i głośno wykonywana muzycznie przez Średnią w słuchawkach. Nie dociera do niej, że jedyne co słyszymy my (i zapewne sąsiedzi) to jej głos, wywrzaskujący rytmicznie i nieco obok właściwej melodii "nie boję sieeeeeę gdy ciemno jeeeeeest, ojciec za rękę prowadzi mnieeeeee!".

Najstarsza za to ma zwyczaj zakładać słuchawki i rozmawiać z filmikami na jutubie. Tymi o Minecrafcie. Plaga dzisiejszych czasów, zaprawdę powiadam wam.




niedziela, 10 kwietnia 2016

Fantomowe boleści

W piątek, po rannym sparringu z Urzędem Miasta, związanym z załatwieniem dzieciom dowodów osobistych, porozwoziliśmy młode do placówek a sami wróciliśmy do domu i z westchnieniem ulgi zapuściliśmy czwarty odcinek najnowszej serii "Wikingów". Teraz już tylko relaks, obiadek, mąż będzie pracował z domu, cisza, spokój, jest dobrze.
Pod koniec odcinka dzwoni telefon. Nieznany numer.
Odbieram. To Zuzia. Dzwoni z komórki koleżanki.
Zu: Mamoooo [chlipie] nie mogłam wysłać smsa bo nie mam już pieniędzy na kooo-ooon-cieeee [chlipie].
Ja [lekko zbladłam]: Co się stało?
Zu: Baaa-aaardzo mnie booo-oooli uuuuchoo. [chlipie]
Ja: Ile masz jeszcze lekcji?
Zu: Jeee-eeedną [chlipie].
Ja: Wytrzymasz czy trzeba cię zabrać?
Zu: Chyy-yyyba zaaa-aaabrać [chlipie] booo-oooli baaa-aaardzo [chlipie].
Ja: Tata już jedzie.
Mąż stał już w drzwiach, wkładając kurtkę, ja dzwoniłam do przychodni w poszukiwaniu wolnego terminu do pediatry gdziekolwiek, bo moje doświadczenie z zapaleniami ucha mówi, że najlepiej załatwić problem jak najszybciej, potem będzie tylko gorzej a samo na pewno nie przejdzie.
Znalazłam miejsce za 40 minut w centrum. Mąż odwołał zadania pracowe, zrobił rekord trasy dom-szkoła-centrum i zdążył do lekarza.
Zaprawdę wspaniała, sprawna akcja. Tylko że...
Odbieram telefon. Dzwoni Mąż.
Ja: No i jak tam?
M: Pani doktor sprawdziła uszy i gardło i nic nie znalazła. A Zuzę przestało boleć.

Nosz...

Najwyraźniej była to kolejna odsłona kampanii "uratuj mnie od szkoły". Nie zliczę ile razy dzwoniła do mnie pielęgniarka szkolna, prosząc o przyjście i zabranie dziecka, bo Ania przylazła do niej ze zbolałą miną i narzekała, że boli ją brzuch. Ja oczywiście rzucam wszystko i lecę na złamanie karku, bo dziecko chore i się męczy, a dziecko w magiczny sposób dochodzi do siebie jak tylko opuści placówkę edukacyjną. I jeszcze się obraża, jeśli ze względu na chory brzuch odmawiam podania kanapek z Nutellą ;)

Trochę mnie to wszystko zmęczyło, ogłosiłam zatem nowe, bardzo proste zasady: jeśli jesteś w stanie utrzymać się na nogach - zostajesz w szkole i nie proś o litość.
Jestem zdeterminowana. Dotrzymam postanowienia, choćby nie wiem co. Nie ustąpię.
Zapewne do następnego telefonu... [wzdech]


sobota, 2 kwietnia 2016

Autoportret

Średnia: Tak siedziałam i myślałam... I nie wiedziałam co mam narysować. Aż tu nagle, wpadło mi do głowy: AHA! Mogę narysować SIEBIE!


Średnia: Czy widzisz nad moją głową are... aue... arr...
Ja: Aureolę?
Średnia: Tak, właśnie. Narysowałam ją, bo jestem taką WSPANIAŁĄ dziewczynką! Prawda?
Ja [prawie zemdlałam, ale zachowałam twarz pokerzysty]: Oczywiście.

Samozadowolenie, level: expert. Nie wiem skąd ona to bierze, jeśli ode mnie, to nieświadomie.

Dzieci są męczące, opieka nad nimi trudna i frustrująca (w Niedzielę Wielkanocną moje zdolne potomstwo bawiło się tak energicznie, że wyrwało z zawiasów drzwi do swojego pokoju. Dobra Matka ucieszyłaby się, że nic się nikomu nie stało. Niestety, na miejscu byłam tylko ja. Reszta jest milczeniem.). Ale jedno jest pewne: dostarczają rozrywki, co ma znaczenie w chwilach kiedy wszystko, łącznie ze mną, rozpada się na kawałki.
Ania ze swoją aureolą i ego wielkosci Kilimandżaro, Matju wrzeszczący do Zuzy "pobiłaś mnie, jesteś... jesteś... (szuka odpowiednio mocnego słowa) jesteś KARTOFELEM!". Może nie jest wesoło, ale bywa zabawnie.

Świetlicki na deser.



czwartek, 24 marca 2016

Menu

Dzisiejszy obiad miał być nieco opóźniony, bo nie było mnie w domu. Kiedy wróciłam, nie chciało mi się gotować, więc postanowiłam zamówić pizzę.
Zamawiam i płacę online, więc wołam znad komputera:
- Dzieci, chodźcie tu, wybierzemy pizzę.
Nic.
-Dzieciiiiii!
Nic.
Wstaję więc i idę do dużego pokoju, gdzie zastaję trzy telewizyjne zombie wpatrzone w "Biedronkę i Czarnego Kota".
Ja: Podobno byliście głodni, zamawiam pizzę, chodźcie to wybierzemy.
Dzieci: Ale mamoooo! Jeszcze się nie skończyyyłooooo! Nie teeeraaaz! Nieee!
Ja: Ale pizzę trzeba zamówic jak najszybciej bo o tej porze będzie trzeba sporo czekać.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Chodźcie.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Ok.

Wrócilam do siebie i zamówiłam swoją ulubioną pizzę.
Dostarczono ją, zawołałam dzieci, otworzyłam pudełko.

Matju: Ale to nie margherita! Ja lubię margheritę!
Ania: Bleee, pieczarkiii, ja rzygam po pieczarkach!
Zu: Nie chcę pomidora!

Jeszcze miesiąc temu chyba popłakałabym się z frustracji. Albo wściekłabym się. Nie dziś.

Ja: [ZEN-on] Odmówiliście pomocy przy zamawianiu, musiałam zrobić to sama. W związku z powyższym, wasze dzisiejsze menu obiadowe składa się z pizzy w dwóch smakach do wyboru: "JEDZ" albo "NIE JEDZ".

Zjedli.



środa, 23 marca 2016

Wina dajcie

Są ludzie, którzy doskonale współpracują z grupą dzieci i świetnie oraz spontanicznie się z nimi bawią. Nie jestem takim ludziem...


Dziewczynki podrosły i zaczynają zapraszać do domu koleżanki.
Dziś odwiedziła nas X., koleżanka Zuzy. X to słodka dziesięciolatka o dobrym sercu i łagodnym usposobieniu, do tego nienagannie wychowana i uprzejma. Bardzo, bardzo ją lubię. Moje młodsze dzieci uwielbiają ją do tego stopnia, że Matju chciał jej oddać swój tablet a Ania wiesza się na niej i nie chce puścić, co X znosi z podziwu godną cierpliwością.
Niestety, X jest przyzwyczajona do nieco wyższych standardów rodzicielstwa niż "- co na kolacjęęęę? - Zajrzyj do lodówki i se coś weeeeź" albo " -Nudziii mi sieeee! - To znajdź se coś do roboootyyy, na przykład zbierz pranieeee z suszaarkiii.". Jedynaczka, która mieszka z przesympatyczną mamą, równie sympatycznym tatą i babcią oraz zwierzakami. Poziom ZEN w tej rodzinie wzbudza mój nieustanny podziw. Ma też swoje konsekwencje w postaci wysokich oczekiwań, z którymi niżej podpisana raczej słabo sobie radzi ;)
O godzinie osiemnastej dziewczynkom zaczęły kończyć się pomysły i zapas chipsów.
- Ciociuuu, możemy zrobić jadalną ciastolinę? - zagadnęła X.
Podniosłam nieco nieprzytomne oczy znad wciagającego brytyjskiego kryminału. Spłoszyłam się. W sumie X jest urocza, jest gościem, no i nie chciałabym wyjść na aspołeczną leniwą bicz, którą w istocie jestem...
Uśmiechnęłam się, fachowo kryjąc panikę.
- Jasne, kochanie, ale yyyy... nie wiem jak.
- Tu mam przepis, ciociu - pospieszyła z pomocą X, podtykając mi pod nos swojego smartfona z odpalonym stosownym filmikiem.
Przeklinając w duchu internet oraz ów pomiot szatana, który wynalazł jutubę, przestudiowałam listę składników.
- Słoneczko, ale nie mamy olejku migdałowego i cytryny.
Odetchnęłam z ulgą, pilnie uważając, by nie wyglądać na zbyt zadowoloną. X wyraźnie posmutniała.
Minęły dwie strony kryminału.
- Ciociu a to?
Pod moim nosem wylądował przepis na domową piaskolinę. Wyglądał na wykonalny. Och, uff, nie mamy pianki do golenia. Tak mi przykro.
Smutek wyczuwalny był już w powietrzu, Jego stężenie narastało wraz z każdym kolejnym filmikiem, do którego brakowało nam soku z ananasa, szczypiorku albo kruszonego lodu. Mój wstyd rósł wprost proporcjonalnie. Nie dość że gościowi nie jestem w stanie zapewnić godziwej rozrywki, to jeszcze w mojej lodówce nie ma mleczka kokosowego ani świeżego ananasa :( Ani kruszonego lodu. Ani w ogóle żadnego lodu, oprócz tego, który zbiera się na rurkach chłodzących.


Poziom mojej paniki niemal wywalił dziurę w dachu, kiedy X z radosnym uśmiechem zaproponowała, żebyśmy w takim razie upiekli chińskie ciasteczka z wróżbami...
Nie? Rozczarowanie płynęło wartko, jak rzeka szarego kisielu. Trzeba było ratować sytuację i zachować choć pozory kompetencji.
- Skoro chcecie coś piec, to może... yyy... eee... aaa... hmmm... o, wiem! Brownie!
Na szczęście propozycja spotkała się z aprobatą (wiadomo, czekolada to pewniak). Czworo pomocników (moje plus gość) rzuciło się do kuchni, tratując się nawzajem. Ze zrezygnowaną miną ruszyłam za nimi.


Ja chcę! Nie! Ja to zrobię! Daj mi! Hej! Przestań! Mamoooo, ja chcęęęęę! Nieeee!!! Oddawaj! Ja pomieszam, ja!!! Mogę wrzucić, mogę?
Na szczęście przepis jest prosty, więc przybyło mi tylko około pięćdziesięciu siwych włosów i jakieś dziesięć zmarszczek. I jeden malutki atak paniki. Na straty należałoby też spisać świerć torebki kakao, miarkę cukru, pół buteleczki ekstraktu waniliowego, mniej więcej pięć deko masła i koszulkę Matju, który, przejęty swoim zadaniem - smarowaniem foremki - niechcący użył do tego celu rękawów. Smarowanie dokończyła Ania, nieświadoma, niestety, że masło jest tłuste. Spojrzała na swoje dłonie i wpadła w histerię, więc X, dobre i życzliwe dziecko, wyszorowała jej ręce płynem do naczyń i gorącą wodą.
Odbył się jeszcze krótki sparring między moimi dziećmi o to, kto naleje ciasto do foremki i już można było wstawiać całość (czy raczej tę część, która trafiła do foremki, w przeciwieństwie do części, która pozostała rozchlapana na stole) do piekarnika.
Towarzystwo umilało sobie 25 minut oczekiwania radosną zabawą, polegającą na galopowaniu z jednego pokoju do drugiego, przy wtórze okrzyków. Czułam jak z sykiem umierają mi neurony między uszami, ale przecież nie będę narzekać, tak się ładnie bawią.
Brownie zostało zaakceptowane, było tak dobre, że niewielka wtopa (skończyło się mleko) pozostała niezauważona.
Wizyta zakończyła się przed dwudziestą. Oderwałam moje młodsze dzieci od X, ona grzecznie się pożegnała i poszła. Nie wiem jak wypadliśmy ;) Możliwe że niezbyt dobrze. Ale wiem, że teraz, o 20.31 zawarczałam znad komputera do męża: "WEŹ SIĘ ^^%%^&!##$ WSZYSTKIM ZAJMIJ BO JA JESTEM NIEBEZPIECZNA". I wiem, że podczas następnej wizyty przyjaciół moich dzieciąt, od progu zabierzemy się za pieczenie ciasteczek. Z rodzynkami moczonymi w wódce i posypką z Xanaxu. ;)

niedziela, 20 marca 2016

Bajki

Z czytaniem u nas słabo, mimo wysiłków, ale za to...

Ania wyprosiła ode mnie kolorowy notes z czystymi kartkami. Myślałam, że zrobi z nim to co zwykle robi z zeszytami: oblepi mnóstwem naklejek, zamaże kredkami i wyrzuci.
Zdziwiłam się.

Zeszyt nie wala się po podłodze jak inne. Leży na honorowym miejscu na biurku.


Ania pisze w nim bajki i własnoręcznie je ilustruje :)



Mówi, że bajki są dla Matiego.
A wieczorem siada przy nim na łóżku i czyta mu na głos :) A on słucha :)

środa, 17 lutego 2016

Cel, pal

Dzieci - mistrzowie operowania poczuciem winy. Z precyzją mordercy wymachującego piłą łańcuchową.
Są jak wilki, wyczuwają słabość i bezbłędnie uderzają tam, gdzie zaboli ;)

"Nie kochasz mnie, jakbyś mnie kochała to kupiłabyś mi lego ninjago!"
"Nie kochasz swoich dzieci, nic cie nie obchodzi, że Mateusz mnie pobił!" (od dwudziestu minut oglądają Gumballa, tłukąc się przy tym na kanapie i wyjąc jak potępieńcy, gdybym leciała na każde zawycie, oszalałabym albo ich po prostu wydusiła).
"Gdybyś mnie kochała dałabyś mi więcej cukierków niż Mateuszowi!"
"Zapomniałaś o.... (tu wstawić cokolwiek, od sprawdzenia pracy domowej albo zakupu gumy do żucia po opłacenie składki na wycieczkę), musisz mi to wynagrodzić! Kup mi gazetkę Barbie z temperówką!"
"X ma .... (tu wstawić cokolwiek w cenie powyżej 300 złotych: Furby, iPad, telefon, konsola...), jej mama ją kocha, gdybyś mnie kochała to też byś mi kupiła! Ale jesteś niedobrą mamą i na pewno mi nie kupisz."
"Jesteś złą mamą, bo... (podałam legginsy w niewłaściwym kolorze, nie zrobiłam kakao, nie pozwoliłam siedzieć do 21.00 przed tv, itd)

Czasem odnoszę wrażenie, że wychowywanie dzieci jest niczym niekończąca się próba odtańczenia flamenco na polu minowym. Gdzie, czego byś nie próbował, i tak raz za razem wylatujesz w powietrze.

Fun fact: kiedy byłam mała, nienawidziłam gadki mojej mamy o tym jaka była biedna, wychowywała się na wsi i nie miała żadnych zabawek i tak dalej i że ja nie powinnam się domagać bo mam dość. Obiecywałam sobie, że ja... moim dzieciom... nigdy...
Teraz z pełnym przekonaniem wstawiam podobną gadkę mojemu potomstwu :D I oni jej nienawidzą tak samo jak ja kiedyś ;)
Jaka piękna symetria ;)






sobota, 16 stycznia 2016

Bordello bum bum czyli weekend w domu wariatów

Wszyscy chorzy, wszyscy w domu.
Wojna o oklocki, wojna o ciastolinę, wojna o bajki, wojna o strój Śnieżki na poniedziałkowy bal w szkole, wojna o wojnę.
Ona mnie bije, on nam psuje zabawę, daj nam czekoladę, chcemy jeść w dużym pokoju nie w kuchni, jak mi nie dasz płatków to cię nienawidzę, co mi zaproponujesz na przekąskę, nie tego nie zjem i tamtego też nie, daj mi coś, daj mi czerwoną wstążkę, nie, nie może być biała, ma być czerwona, nie chciałam białej, jesteś niedobrą mamą i nie kochasz swoich dzieci! Chcę doś słodkiego, chcę chcę chcę! Nic cię to nie obchodzi! Wcale nas nie kochasz!

Podsumowując, nie ma to jak mały szantażyk emocjonalny w sobotni poranek ;) Jeśli ustąpiłabym pod ciężarem poczucia winy i dała każdemu po batoniku, wiara w moje matczyne oddanie zostałaby cudownie odbudowana ;) Aż do następnego batonika :D
Na moje szczęście - szantaż emocjonalny po jakimś czasie traci swoją skuteczność. Poza tym zawsze można ponegocjować: "kochana córko, kiedy ostatnio stałam nad tobą i prosiłam żebyś posprzątała w szafie, powiedziałaś, że nie słyszysz i że cię to nie obchodzi. To, jak widzisz, działa w dwie strony" ;)
Ot, rodzicielstwo nasze powszednie, ćwiczenia z negocjacji z terrorystami ;)

To nic, że codziennie rano otwieram oczy i czuję się jak szczeniak wrzucony do przerębli. Się zwlec trzeba chcąc nie chcąc i działać, bo samo się nie zrobi.
Dziś tkwię w samym środku czegoś co przypomina wściekłe i ociekające glutem tornado. Mojej równowagi psychicznej bronią dobre Siostry Benedyktynki z Awinionu. Harmonia i spokój. Może wszyscy dożyjemy wieczora ;) Znerwicowanym polecam.

wtorek, 1 grudnia 2015

Rota króluje i włada

Wczoraj wirus sponiewierał mnie z dwóch stron oraz przywalił gorączką i łamaniem w kościach.
Dziś lepiej. Znaczy ja lepiej. Rodzina gorzej. Mąż działa tak na 50%, Matju nie zdążył do toalety, a Zu zarzygała zlew w kuchni, z którego dosłownie w tej chwili mój Małżonek (cześć mu i chwała) wyciąga ręcznie niestrawione kawałki kolacji. Bo jak ja próbowałam, to było poważne ryzyko, że dołożę niestrawione resztki mojej własnej kolacji ;)
Innymi słowy - jest zabawnie i rozrywkowo ;)

Tak, to jest to, czego mi dziś trzeba na poprawe humoru:



poniedziałek, 30 listopada 2015

Wielki powrót rota

Ania przywlokła rota ze szkoły. Ona odchorowała w sobotę. Wirus najwyraźniej potrzebuje około dnia-półtora na rozruch, bo ja zachorowałam dziś w nocy.
Leżałam sobie, trzepały mną mdłości i ból brzucha, nie spałam i myślalam...
O tym jak cudownie jest nie musieć wstawać w nocy i - chora czy zdrowa - zasuwać jak niewolnik. Jak błoga jest cisza, która potrwa do 5.30 rano.
O tym, że w ciągu dnia wszyscy pójdą sobie do przedszkola/szkoły/pracy a ja będę mogła zostać sama. W ciszy i spokoju położyć się do łóżka  i spać, albo nie robić nic, tylko skupić się na chorowaniu. Praca chwilowo leży.
Gdyby nie dzisiejsza wizyta księdza po kolędzie, przed którą musze chociaż jeden pokój posprzątać, czułabym się głęboko zadowolona z życia, mimo żołądkowych przykrości. Macierzyństwo zmienia perspektywę, jak koza w starym, żydowskim dowcipie.


[edit] godzina 18.22. Laba się skończyła - dzieci są chore :D Dajcie mi łuk, ja się zastrzelę :D

wtorek, 17 listopada 2015

Raport

Infekcji dzień szósty.
Nadal zamknięci.
W bazie zaczyna brakować jedzenia.
Uzupełnienie zapasów niemożliwe.
Komendant wyjechał.
Morale niskie.
Bunty na porządku dziennym.
;)



niedziela, 8 listopada 2015

Poważna decyzja

Chcę obciąć włosy, zapisz mnie do fryzjera! Nie chcę obcinać włosów, chcę mieć kucyk! Mam dość długich włosów, tylko kołtuny się robią! Zapisz mnie do fryzjera! Nie zapisuj mnie do fryzjera! Aua, boliii! Nie mogę się rozczesaaaać!

Po kilku miesiącach mentalnych i werbalnych zmagań z samymi sobą, panienki definitywnie zażądały wizyty u fryzjera. Wcale im się nie dziwię, matka ma dwie lewe ręce do fryzur i jedyne co potrafi to krzywy warkocz ;) Kiedy patrzę na ślicznie uczesane królewny w szkole (francuski warkocz z boku głowy, korona, zygzakowaty przedziałek, kłos, no cuda panie cuda) to sie wstydzę, bo ja tak nie umiem. Więc po co się mają dzieci frustrować. Ciach i już.

Postrzyżyny nastąpiły wczoraj rano. Efekt jest, uważam, miły dla oka:



U Ani na nosie widac jeszcze resztki opuchlizny i blednący siniak, o którym zapewne napiszę w szerszym kontekście, jak tylko opadną mi emocje. Powiem jedynie, że szkoła nie zawsze przyjaznym miejscem jest.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Okruchy życia. Rodzinnego.

Scena 1

Pakuję Anię na wyjazd do babci. Hurra!. Mam świat u stóp, ogarniam wszystko, o niczym nie zapominam, płonę entuzjazmem i ociekam kompetencją.
Zgarniam ze stołu stosik ubrań, pochylam się nad torbą, stojącą na podłodze i nagle...
Ja: O LOSIE! A co tu tak śmierdzi??! Ktoś puścił pawia na dywan???
Dzieci [z wyrazem nieskalanej niewinności na anielskich twarzyczkach]: Nieee! To nie ja! Ja też nie! Nie! Nie ja! Ale to nie ja! Ja nie! To na pewno Mateusz! Nieee, to nie jaaaa!
Ja: [klękam i z nosem przy podłodze badam teren]
Ja: [mój biedny nos zbliża się do plecaka Ani i o mało się nie rozbija o ścianę gęstego smrodu] A-ha!
Ja: [zaglądam do plecaka, tłumiąc odruch wymiotny i widzę, że dziecko zapomniało wyjąć szkolne jedzenie. Dwa tygodnie temu. Matka khem khem, też zapomniała sprawdzić zawartość. W środku znajduję: niedojedzoną kanapkę, na której pleśń zaczęła już  prawdopodobnie tworzyć formy inteligentne; na pół zgniłe jabłko; zielonego kabanosa oraz wzdęty plastikowy pojemniczek, w którym przelewa się coś nieokreślonego. Co mogło być kiedyś jogurtem. Albo nie. Trudno powiedzieć. W każdym razie śmierdzi przeraźliwie w moim kierunku, i, co gorsza, cieknie.]
Ja [czując jak ze świstem uchodzi ze mnie poczucie kompetencji]: Kurwa mać.

Kurtyna.

Scena 2

Wieczór. Gotuję zupę pomidorową. Do kuchni zagląda Matju.
Matju: A co robisz?
Ja: Gotuję zupę pomidorową.
Matju: O! Pomidorowa! Moja ulubiona!
Ja: Chcesz trochę zjeść?
Matju: A czy z ryżem?
Ja: Nie przewidywałam ryżu, mam tylko samą zupę...
Matju [buzia w podkówkę i rozpacz w błekitnych oczach]: ALE JA CHCĘ Z RYŻEM! JA LUBIĘ Z RYŻEM! RYŻ! W PRZEDSZKOLU JEST ZAWSZE Z RYŻEM!
Ja: [OMG juz późno jest, młody powinien spać w zasadzie... ale co mam robić, biedne dziecko takie głodne... przecież nie odmówię mu jedzenia chyba? i tak jestem okropną matką, moje nieszczęsne dzieci mają pecha, bo przecież mogły się trafić jakiejś kompetentnej oddanej i nadgorliwej niewieście, która codziennie gotuje eko obiady, sprząta za pomocą octu winnego i sody... w ogóle sprząta... nigdy nie narzeka, zawsze ma czas i cierpliwość... a mają tylko mnie, omójboże co za porażka. Chociaż tym ryżem dziecku wynagrodzę, no przecież nie będe go głodzić, on taki biedny, niewinny, słodki, bezbronny i malutki...]
Ja: [jest coraz później, mimo to ofiarnie gotuję ryż]
Ja [promieniejąc macierzyńskim ciepłem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku]: Synku, chodź! Masz pomidorową z ryżem! Mamusia ci ugotowała tak jak chciałeś!
Matju [wącha zupę]: Fuj, to smierdzi jak smród. Nie będę tego jadł.
Matju: [odsuwa talerz i wychodzi]
Ja: Kurwa mać.

Chyba muszę znaleźć inny sposób na odkupienie win. Najchętniej (od)kupiłabym wina w sklepie monopolowym. W dużej ilości.

Kurtyna.



wtorek, 5 maja 2015

Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć :)

Taka fajna mała dziewczyneczka z pasją :)



Kolejną rzeczą z cyklu "tego się nie da opisać" jest (przynajmniej dla mnie) niemal każde zetknięcie z NFZ. Wczorajszy wieczór spędziłam na SORze ze spuchniętym, obolałym okiem i zaburzeniami widzenia. Wszystko skończyło się dobrze, czyli dostałam się do okulisty w trybie pilnym (zanim dostałabym się do lekarza w tybie niepilnym, oko prawdopodobnie by mi zgniło i samo wypadło. Czasem myślę, że to jest logika państwowej służby zdrowia - niech pacjenci czekają tak długo aż najsłabsi padną ;) taki pierwszy odsiew ;)
Za to dziś, przy śniadaniu, któraś stacja radiowa poinformowała w wiadomościach, że, uwaga, wielki sukces, od teraz komornicy mają możliwość szybko sprawdzić, czy wyrok sądu, który dostali do egzekucji, jest prawdziwy. Czyli do tej pory można było wstawić komuś na kark komornika sfałszowanym wyrokiem. Odjęło mi mowę i przypomniałam sobie, czemu właściwie unikam wiadomości :)




środa, 29 kwietnia 2015

Punkt widzenia

Wygnałam dziewczynki spać, zgasiłam światło w ich pokoju i poszłam obsługiwać syna, który co 10 minut składał systematycznie zamówienia na jajecznicę, krówki, kanapkę z pasztetem, mleko czekoladowe, sok jabłkowy i budyń.

Nagle z pokoju wyłazi skrzywiona Ania.

Ja [zmiażdżona przez to straszne uczucie kiedy jesteś przekonana że przynajmniej część dzieci masz już z głowy a tu okazuje się, że jednak nie]: @#$^#%&!!! CO JEST?!
Ania [foch]: Bo Zuza nie chce zgasić świaaatłaaaa!
Ja: ZUZA!!!! CHOLERA JASNA!!!!
...
Po chwili namysłu:

Ja: Ale co ona robi??
Ania: Czyta książkę.
Ja [pienia anielskie w uszach i rodzicielska duma w sercu, moje dziecko, moja krew, z własnej woli czyta książkę w łóżku!]: To sorry, masz przegwizdane.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam moje własne dziecko, rozpłaszczone w łóżku z nosem w książce i zadałam sakramentalne pytanie: "ooo, a co czytasz?". Jest to wiekopomna chwila, której nadejścia się nie spodziewałam. Czyta Kubusia Puchatka.

Disklajmer: Żadne dziecko nie ucierpiało przy tworzeniu tego wpisu. Barierki łóżka Ani zostały obłożone kocem w celu ochrony przed morderczym światłem żarówki o mocy 40 watów. ;)