Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zuziowe przypadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zuziowe przypadki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

Szkolne projekty

Moje dzieci mają niezbyt rozsądny zwyczaj zgłaszać się na ślepo do różnych szkolnych zadań, nie kojarząc zupełnie, że wiąże się to z jakimiś zobowiązaniami i terminami.

Niedawno dostałam wiadomość od wychowawczyni Najstarszej, że "dziewczynki, które zgłosiły się do robienia gazetki mają na to jeszcze dwa dni". Nie sprecyzowała które dziewczynki, ale coś mnie tknęło. Poszłam do pokoju Najstarszej i ściągnęłam jej słuchawki z uszu.
- No coooo? - zapytała, z niechęcią odrywając wzrok od filmiku na którym youtuber Enzzi gmerał w straszliwej, topornej pikselozie, znanej i lubianej wśród młodzieży pod nazwą "Minecraft".
- Córko, czy zgłaszałaś się do gazetki szkolnej?
- Nooo taaaak... - odpowiedziała niepewnie.
- A wiesz, że masz na to jeszcze tylko dwa dni?
- Nooo wieeem. Oj tam, coś się wymyśli - skwitowała i zrobiła ruch jakby chciała z powrotem założyć słuchawki.
- OJ NIE. - byłam nieustępliwa. - Na jaki temat ma być gazetka?
- Rok jakiśtam.
- CO?
- Rok jakiśtam... nie pamiętam.
Opadły mi ręce. - A może M wie? (M to sąsiadka i najlepsza przyjaciółka). - Razem się zgłosiłyście?
- Tak.
- No to na co czekasz? Idź i się dowiedz!

Puka do drzwi M. M otwiera.
- Cześć, pamiętasz może jaki ma być temat tej gazetki?
M myśli. Rozjaśnia się w uśmiechu - pamięta! Z dumą ogłasza:
- Rok jakiśtam!
Opadły mi ręce, nogi i inne części ciała. Po kilku smsach do wychowawczyni okazało się że chodzi o "Rok szekspirowski". Dziewczynki zgłosiły się do gazetki o roku szekspirowskim nie mając pojęcia co to takiego i kim Szekspir w ogóle był (co się dziwić, jutuber Enzzi jeszcze nie zrobił o tym filmiku). Przeprowadziliśmy szybkie konsultacje z rodzicami M, poszukałam tego i owego w necie, oni takoż i kryzys został zażegnany. Myślałam, że mam spokój. Ha ha.

Dziś wieczór, w porze kolacji Średnia robiła co mogła, żeby zejść mi z drogi (przyniosła uwagę w dzienniczku i trafił mnie szlag z przytupem). Jednak presja czasu okazała się silniejsza niż atawistyczny lęk przed gniewem rodzicielki, więc w końcu Średnia zagaiła dyplomatycznie:
- Mamooo, pamiętasz o tym stroiku?
Zrobiło mi się słabo. - Jakim stroiku?
- No tym na konkurs. To na jutro.
Zrobiło mi się bardziej słabo. - JAKIM ZNOWU STROIKU?!
- No, na Gwiazdkę. Do konkursu. Jutro.
W tym momencie z moich ust padły słowa, które z duchem Bożego Narodzenia miały niewiele wspólnego. 
Nie wiem czemu tego wszystkiego nie olałam, może dlatego że na ogół nie przejmuję sie bardzo edukacją mojego potomstwa i użarło mnie poczucie winy. A łatwiej zrobić jednorazowego crafta niż siedzieć z dzieckiem godzinami i wkuwać słówka albo odpytywać z ortografii... Poczucie winy zapcha się stroikiem i da mi żyć na jakis czas ;) 
Pinterest dopomógł i wykonałyśmy gwiazdkę z rolek po papierze toaletowym. Wreszcie się przydał miniaturowy pistolet do kleju, który przywlokłam dawno temu z Kanady bo "kiedyś się przyda". 


Nie miałam na podorędziu brokatu, więc opsikałam gwiazdkę klejem w sprayu i wytarzałam w perłowych sypkich cieniach do powiek Yves Rocher. Słabo je widać na zdjęciu, ale dają trochę koloru i trochę błyszczą.


Sąsiadka poratowała nas gałązką świerku i trzema szyszkami (niechże jej bedą dzięki i chwała). Jeszcze trochę kleju i efekt końcowy:


Nie liczę na nagrodę główną, ale czuję się spełniona artystycznie oraz rodzicielsko. 
Myślę (tfu tfu), że na razie chyba mam spokój... ;)

czwartek, 20 października 2016

Budzik

Matju przytuptał mnie obudzić jak co dzień o 5 rano.
Jak co dzień rano od dawna nie spałam, w cichym przerażeniu oczekując jego przybycia, włażenia na mnie, kopania, szczypania, ciągnięcia za włosy, innymi słowy - wszystkiego tego co w pojęciu pięciolatka sluży wyrażaniu ciepłych uczuć ("mamo kocham cię, jesteś taka mięciutka [szczyp_drap_szarp]")
Kiedy nadszedł wreszcie czas wstawania i budzenia dziewczyn, pomyślałam, że wyręczę się synem. On chętnie przyjmie na chudą klatę opór sióstr przed ruszeniem dupska z łóżek, a ja w tym czasie zdążę się szybko ubrać i może nawet uczesać. Ho ho.
Posłałam Matju najpierw do Ani, z pełnym sukcesem. Potem wyslałam go do Zu, pouczywszy, żeby budził ją jak najciszej i bez krzyku, albowiem Zu jest istotą nerwową i nie wolno jej drażnić.
Poszedł.
Zdążyłam się ubrać, zaczęłam szykować śniadanie, chciałam dopytać Zu o preferencje, wołam i wołam... Nic.
Do kuchni wchodzi Ania i informuje mnie, że Zu śpi.
Ale przecież posłałam brata, żeby ją obudził.
Kurwiąc subtelnie pod nosem poszłam sprawdzić co się stało.
Zobaczyłam to:


Matju bardzo wziął sobie do serca polecenie niepodnoszenia głosu. Poprosił Anię, żeby napisała "Zuziu obudź się" na karteczce samoprzylepnej a następnie wspiął się do siostry na górne łóżko i przykleił jej karteczkę do kołdry :D
Kurtyna.

:D :D

sobota, 4 czerwca 2016

Dzień Dziecka

Średnia dostała na Dzień Dziecka wymarzone białe słuchawki. Do tego starą empetrójkę Męża z wyborem piosenek rozmaitych.

Nie wiem czemu, ale moje dzieci mają trudność ze zrozumieniem koncepcji słuchawek, czyli "ja słyszę co słyszę, ale inni nie słyszą co ja słyszę". W związku z powyższym, od jakiegoś czasu usiłuję pracować, a zza zamkniętych drzwi dobiega mnie wiązanka przebojów Arki Noego, z entuzjazmem i głośno wykonywana muzycznie przez Średnią w słuchawkach. Nie dociera do niej, że jedyne co słyszymy my (i zapewne sąsiedzi) to jej głos, wywrzaskujący rytmicznie i nieco obok właściwej melodii "nie boję sieeeeeę gdy ciemno jeeeeeest, ojciec za rękę prowadzi mnieeeeee!".

Najstarsza za to ma zwyczaj zakładać słuchawki i rozmawiać z filmikami na jutubie. Tymi o Minecrafcie. Plaga dzisiejszych czasów, zaprawdę powiadam wam.




wtorek, 26 kwietnia 2016

:)

Najstarsza siedzi u mnie w sypialni i od pół godziny gada, zamiast pójść spać.

Ja: Ale wiesz co, trzeba iść spać.
Najstarsza: Ale ja się muszę wygadać, bo w dzień nie mogę.
Ja: Ale czemu? Nie rozmawiasz z koleżankami?
Najstarsza: No tak... Ale tylko ty zawsze rozumiesz jak się czuję.

Możliwe że z radości i wzruszenia urosłam o kilka rozmiarów :) 


niedziela, 10 kwietnia 2016

Fantomowe boleści

W piątek, po rannym sparringu z Urzędem Miasta, związanym z załatwieniem dzieciom dowodów osobistych, porozwoziliśmy młode do placówek a sami wróciliśmy do domu i z westchnieniem ulgi zapuściliśmy czwarty odcinek najnowszej serii "Wikingów". Teraz już tylko relaks, obiadek, mąż będzie pracował z domu, cisza, spokój, jest dobrze.
Pod koniec odcinka dzwoni telefon. Nieznany numer.
Odbieram. To Zuzia. Dzwoni z komórki koleżanki.
Zu: Mamoooo [chlipie] nie mogłam wysłać smsa bo nie mam już pieniędzy na kooo-ooon-cieeee [chlipie].
Ja [lekko zbladłam]: Co się stało?
Zu: Baaa-aaardzo mnie booo-oooli uuuuchoo. [chlipie]
Ja: Ile masz jeszcze lekcji?
Zu: Jeee-eeedną [chlipie].
Ja: Wytrzymasz czy trzeba cię zabrać?
Zu: Chyy-yyyba zaaa-aaabrać [chlipie] booo-oooli baaa-aaardzo [chlipie].
Ja: Tata już jedzie.
Mąż stał już w drzwiach, wkładając kurtkę, ja dzwoniłam do przychodni w poszukiwaniu wolnego terminu do pediatry gdziekolwiek, bo moje doświadczenie z zapaleniami ucha mówi, że najlepiej załatwić problem jak najszybciej, potem będzie tylko gorzej a samo na pewno nie przejdzie.
Znalazłam miejsce za 40 minut w centrum. Mąż odwołał zadania pracowe, zrobił rekord trasy dom-szkoła-centrum i zdążył do lekarza.
Zaprawdę wspaniała, sprawna akcja. Tylko że...
Odbieram telefon. Dzwoni Mąż.
Ja: No i jak tam?
M: Pani doktor sprawdziła uszy i gardło i nic nie znalazła. A Zuzę przestało boleć.

Nosz...

Najwyraźniej była to kolejna odsłona kampanii "uratuj mnie od szkoły". Nie zliczę ile razy dzwoniła do mnie pielęgniarka szkolna, prosząc o przyjście i zabranie dziecka, bo Ania przylazła do niej ze zbolałą miną i narzekała, że boli ją brzuch. Ja oczywiście rzucam wszystko i lecę na złamanie karku, bo dziecko chore i się męczy, a dziecko w magiczny sposób dochodzi do siebie jak tylko opuści placówkę edukacyjną. I jeszcze się obraża, jeśli ze względu na chory brzuch odmawiam podania kanapek z Nutellą ;)

Trochę mnie to wszystko zmęczyło, ogłosiłam zatem nowe, bardzo proste zasady: jeśli jesteś w stanie utrzymać się na nogach - zostajesz w szkole i nie proś o litość.
Jestem zdeterminowana. Dotrzymam postanowienia, choćby nie wiem co. Nie ustąpię.
Zapewne do następnego telefonu... [wzdech]


czwartek, 24 marca 2016

Menu

Dzisiejszy obiad miał być nieco opóźniony, bo nie było mnie w domu. Kiedy wróciłam, nie chciało mi się gotować, więc postanowiłam zamówić pizzę.
Zamawiam i płacę online, więc wołam znad komputera:
- Dzieci, chodźcie tu, wybierzemy pizzę.
Nic.
-Dzieciiiiii!
Nic.
Wstaję więc i idę do dużego pokoju, gdzie zastaję trzy telewizyjne zombie wpatrzone w "Biedronkę i Czarnego Kota".
Ja: Podobno byliście głodni, zamawiam pizzę, chodźcie to wybierzemy.
Dzieci: Ale mamoooo! Jeszcze się nie skończyyyłooooo! Nie teeeraaaz! Nieee!
Ja: Ale pizzę trzeba zamówic jak najszybciej bo o tej porze będzie trzeba sporo czekać.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Chodźcie.
Dzieci: [zero reakcji]
Ja: Ok.

Wrócilam do siebie i zamówiłam swoją ulubioną pizzę.
Dostarczono ją, zawołałam dzieci, otworzyłam pudełko.

Matju: Ale to nie margherita! Ja lubię margheritę!
Ania: Bleee, pieczarkiii, ja rzygam po pieczarkach!
Zu: Nie chcę pomidora!

Jeszcze miesiąc temu chyba popłakałabym się z frustracji. Albo wściekłabym się. Nie dziś.

Ja: [ZEN-on] Odmówiliście pomocy przy zamawianiu, musiałam zrobić to sama. W związku z powyższym, wasze dzisiejsze menu obiadowe składa się z pizzy w dwóch smakach do wyboru: "JEDZ" albo "NIE JEDZ".

Zjedli.



środa, 23 marca 2016

Wina dajcie

Są ludzie, którzy doskonale współpracują z grupą dzieci i świetnie oraz spontanicznie się z nimi bawią. Nie jestem takim ludziem...


Dziewczynki podrosły i zaczynają zapraszać do domu koleżanki.
Dziś odwiedziła nas X., koleżanka Zuzy. X to słodka dziesięciolatka o dobrym sercu i łagodnym usposobieniu, do tego nienagannie wychowana i uprzejma. Bardzo, bardzo ją lubię. Moje młodsze dzieci uwielbiają ją do tego stopnia, że Matju chciał jej oddać swój tablet a Ania wiesza się na niej i nie chce puścić, co X znosi z podziwu godną cierpliwością.
Niestety, X jest przyzwyczajona do nieco wyższych standardów rodzicielstwa niż "- co na kolacjęęęę? - Zajrzyj do lodówki i se coś weeeeź" albo " -Nudziii mi sieeee! - To znajdź se coś do roboootyyy, na przykład zbierz pranieeee z suszaarkiii.". Jedynaczka, która mieszka z przesympatyczną mamą, równie sympatycznym tatą i babcią oraz zwierzakami. Poziom ZEN w tej rodzinie wzbudza mój nieustanny podziw. Ma też swoje konsekwencje w postaci wysokich oczekiwań, z którymi niżej podpisana raczej słabo sobie radzi ;)
O godzinie osiemnastej dziewczynkom zaczęły kończyć się pomysły i zapas chipsów.
- Ciociuuu, możemy zrobić jadalną ciastolinę? - zagadnęła X.
Podniosłam nieco nieprzytomne oczy znad wciagającego brytyjskiego kryminału. Spłoszyłam się. W sumie X jest urocza, jest gościem, no i nie chciałabym wyjść na aspołeczną leniwą bicz, którą w istocie jestem...
Uśmiechnęłam się, fachowo kryjąc panikę.
- Jasne, kochanie, ale yyyy... nie wiem jak.
- Tu mam przepis, ciociu - pospieszyła z pomocą X, podtykając mi pod nos swojego smartfona z odpalonym stosownym filmikiem.
Przeklinając w duchu internet oraz ów pomiot szatana, który wynalazł jutubę, przestudiowałam listę składników.
- Słoneczko, ale nie mamy olejku migdałowego i cytryny.
Odetchnęłam z ulgą, pilnie uważając, by nie wyglądać na zbyt zadowoloną. X wyraźnie posmutniała.
Minęły dwie strony kryminału.
- Ciociu a to?
Pod moim nosem wylądował przepis na domową piaskolinę. Wyglądał na wykonalny. Och, uff, nie mamy pianki do golenia. Tak mi przykro.
Smutek wyczuwalny był już w powietrzu, Jego stężenie narastało wraz z każdym kolejnym filmikiem, do którego brakowało nam soku z ananasa, szczypiorku albo kruszonego lodu. Mój wstyd rósł wprost proporcjonalnie. Nie dość że gościowi nie jestem w stanie zapewnić godziwej rozrywki, to jeszcze w mojej lodówce nie ma mleczka kokosowego ani świeżego ananasa :( Ani kruszonego lodu. Ani w ogóle żadnego lodu, oprócz tego, który zbiera się na rurkach chłodzących.


Poziom mojej paniki niemal wywalił dziurę w dachu, kiedy X z radosnym uśmiechem zaproponowała, żebyśmy w takim razie upiekli chińskie ciasteczka z wróżbami...
Nie? Rozczarowanie płynęło wartko, jak rzeka szarego kisielu. Trzeba było ratować sytuację i zachować choć pozory kompetencji.
- Skoro chcecie coś piec, to może... yyy... eee... aaa... hmmm... o, wiem! Brownie!
Na szczęście propozycja spotkała się z aprobatą (wiadomo, czekolada to pewniak). Czworo pomocników (moje plus gość) rzuciło się do kuchni, tratując się nawzajem. Ze zrezygnowaną miną ruszyłam za nimi.


Ja chcę! Nie! Ja to zrobię! Daj mi! Hej! Przestań! Mamoooo, ja chcęęęęę! Nieeee!!! Oddawaj! Ja pomieszam, ja!!! Mogę wrzucić, mogę?
Na szczęście przepis jest prosty, więc przybyło mi tylko około pięćdziesięciu siwych włosów i jakieś dziesięć zmarszczek. I jeden malutki atak paniki. Na straty należałoby też spisać świerć torebki kakao, miarkę cukru, pół buteleczki ekstraktu waniliowego, mniej więcej pięć deko masła i koszulkę Matju, który, przejęty swoim zadaniem - smarowaniem foremki - niechcący użył do tego celu rękawów. Smarowanie dokończyła Ania, nieświadoma, niestety, że masło jest tłuste. Spojrzała na swoje dłonie i wpadła w histerię, więc X, dobre i życzliwe dziecko, wyszorowała jej ręce płynem do naczyń i gorącą wodą.
Odbył się jeszcze krótki sparring między moimi dziećmi o to, kto naleje ciasto do foremki i już można było wstawiać całość (czy raczej tę część, która trafiła do foremki, w przeciwieństwie do części, która pozostała rozchlapana na stole) do piekarnika.
Towarzystwo umilało sobie 25 minut oczekiwania radosną zabawą, polegającą na galopowaniu z jednego pokoju do drugiego, przy wtórze okrzyków. Czułam jak z sykiem umierają mi neurony między uszami, ale przecież nie będę narzekać, tak się ładnie bawią.
Brownie zostało zaakceptowane, było tak dobre, że niewielka wtopa (skończyło się mleko) pozostała niezauważona.
Wizyta zakończyła się przed dwudziestą. Oderwałam moje młodsze dzieci od X, ona grzecznie się pożegnała i poszła. Nie wiem jak wypadliśmy ;) Możliwe że niezbyt dobrze. Ale wiem, że teraz, o 20.31 zawarczałam znad komputera do męża: "WEŹ SIĘ ^^%%^&!##$ WSZYSTKIM ZAJMIJ BO JA JESTEM NIEBEZPIECZNA". I wiem, że podczas następnej wizyty przyjaciół moich dzieciąt, od progu zabierzemy się za pieczenie ciasteczek. Z rodzynkami moczonymi w wódce i posypką z Xanaxu. ;)

piątek, 5 lutego 2016

Samoocena

Zu przegląda się w lustrze. Wygląda ładnie ta moja córa: blond włosy, błękitne oczy, ładna buzia.
Ja: Córciu, ależ jesteś śliczna!
Zu [z zadowolonym uśmiechem]: Wiem.


:D

Wiem, teoretycznie nie powinno się komentować zewnętrznego wyglądu dzieci, ale czasem nie mogę się powstrzymać ;)

czwartek, 14 stycznia 2016

ZęboDół

Kiedy zostajesz matką, los zaczyna cię stawiać przed szeregiem wyzwań, większych i mniejszych. Całymi miesiącami budzono mnie w nocy co godzinę, aż dostawałam halucynacji z niewyspania. Wąchałam pupy. Czyściłam meble, usmarowane zawartością pieluchy, puree z groszku albo serkiem homogenizowanym. Wyciągałam gnidy z włosów. Wyławiałam kupy z wanny. Odsysałam gluty z nosa. Wyciągałam kłębki i grudki nie wiadomo czego z pępków i zza uszu (to, co niemowlęta hodują sobie za uszami zasługuje na wpis w encyklopedii kuriozów natury). Łapałam smarki w rękę. Łapałam pawia w rękę. Łapałam kupę w rękę.
Tak, macierzyństwo zdecydowanie ma wiele wspólnego z kupą.

Jednak największe wrażenie pozostawiło co innego.
Mianowicie – zęby.

Dzieci gubią zęby, rzecz to wiadoma. Nie wiem jak innym, ale moim osobistym potomkom zęby nie
Mleczaki i zęby stałe. Ojojoj.
wypadają same z siebie. Zaczynają się ruszać, potem ruszają się bardziej, jeszcze bardziej, aż w końcu zwisają na kawałku dziąsła jak złapane na lasso. Podobno są dzieci, które same usuwają taki problem, ale moje na tę propozycję uciekają z krzykiem i histerycznym płaczem. Nie mają natomiast oporów przed proszeniem mnie o dentystyczną usługę.

Dziwne uczucie, powiadam wam. Lekki opór, a potem cichutki trzask pękającej tkanki. I po sprawie. Podobno to nawet nie boli, a przynajmniej nie bardzo. Dzieci uszczęśliwione. Reklamacji nie składają (chociaż nie wiem czy to moja zasługa, czy Wróżki Zębuszki, zamieniającej martwe fragmenty uzębienia na żywą gotówkę). Parafrazując słowa znanej piosenki: jest super, jest super, więc o co mi chodzi? Czemu po każdym wyrwanym mlecznym zębie mam traumę o średnim natężeniu? Na przykład teraz, piętnaście minut po wyrwaniu zuzinej merdającej smętnie dolnej prawej czwórki?

Powinnam zakończyć tekst jakimś zgrabnym bonmotem, ale niestety, nie mam żadnego na podorędziu. Mogłabym napisać jak to serce matki wzdraga się przed ukrzywdzeniem dziecięcia, ale każdy kto mnie zna zabiłby się śmiechem, czytając taki szajs. Więc rzeknę krótko: dajcie mi zafajdany tyłek, zasmarkany nos albo zarzyganą podłogę. Spoko. Ale zębów wyrywać nie lubię ;)

niedziela, 8 listopada 2015

Poważna decyzja

Chcę obciąć włosy, zapisz mnie do fryzjera! Nie chcę obcinać włosów, chcę mieć kucyk! Mam dość długich włosów, tylko kołtuny się robią! Zapisz mnie do fryzjera! Nie zapisuj mnie do fryzjera! Aua, boliii! Nie mogę się rozczesaaaać!

Po kilku miesiącach mentalnych i werbalnych zmagań z samymi sobą, panienki definitywnie zażądały wizyty u fryzjera. Wcale im się nie dziwię, matka ma dwie lewe ręce do fryzur i jedyne co potrafi to krzywy warkocz ;) Kiedy patrzę na ślicznie uczesane królewny w szkole (francuski warkocz z boku głowy, korona, zygzakowaty przedziałek, kłos, no cuda panie cuda) to sie wstydzę, bo ja tak nie umiem. Więc po co się mają dzieci frustrować. Ciach i już.

Postrzyżyny nastąpiły wczoraj rano. Efekt jest, uważam, miły dla oka:



U Ani na nosie widac jeszcze resztki opuchlizny i blednący siniak, o którym zapewne napiszę w szerszym kontekście, jak tylko opadną mi emocje. Powiem jedynie, że szkoła nie zawsze przyjaznym miejscem jest.

środa, 30 września 2015

Kary

Podobno niektórzy wychowują dzieci bez kar. Ja tak nie umiem, choć bardzo bym chciała. A czemu bym chciała? A temu, że kary często bywają bardziej dokuczliwe dla karzących niż dla karanych.
Ot weźmy Matju. Codziennie kiedy wchodzę po południu do przedszkola, cierpnie mi skóra, bo wiem, że nieuchronnie mnie dopadnie jakas pani wychowawczyni i rzuci mi w twarz informację, której wcale nie mam ochoty poznawać.
"Mateusz rozbił .... wargę samochodzikiem". "Mateusz uderzył ....". "Mateusz napluł na .....". A dziś usłyszałam: "Mateusz groził, że spali przedszkole"... 
Stłumiłam rechot, zadowolona, że choć ten jeden raz nie zrobił niczego gorszego ;) Tym niemniej pani wychowawczyni sie przejęła matjową deklaracją (pogróżki czterolatka to sprawa jak widać niezwykle poważna) i poprosiła o rodzicielską interwencję. Cóż było robić?
Młody lubi wracać z przedszkola na hulajnodze. On pomyka, ja biegnę obok i uważam, żeby się nie przewrócił, nie wjechał w ludzi na chodniku, nie skręcił na jezdnię pod samochód... Umowę mamy taką, że hulajnoga jest w użyciu tylko wtedy kiedy Młody zachowywał się przyzwoicie w przedszkolu. Spieszę wyjaśnić, że on doskonale wie co to znaczy "zachowywać się przyzwoicie". Tylko rzadko stosuje tę wiedzę w praktyce.
Skoro dziś wyraźnie mi zameldowano, że w przedszkolu było niedobrze, nie mogłam pozwolić na jazdę hulajnogą. Tak się umawialiśmy. Kara. Ale dla kogo?
Ano chyba dla mnie, bo całą drogę do domu musiałam a) tę cholerną hulajnogę nieść; b) słuchać wycia Młodego że on chce na hulajnogę; c) ciągnąć Młodego bo stawiał bierny opór, ponieważ chciał na hulajnogę.
Kiedy doszliśmy do domu było już w porządku, to znaczy frustracja mu minęła i miał wszystko w... głębokim poważaniu. Nie wiem, czy moje konsekwentne działanie przyniesie jakikolwiek pozytywny skutek. Wiem natomiast, że potrzebuję szklanki wina, żeby dojść do siebie po tym przeżyciu ;)
Identycznie jest w przypadku, na przykład, zakazu ogladania bajek albo grania na tablecie. Albo jedzenia słodyczy. Karany bez krępacji wystawia karzącego na działanie swoich negatywnych emocji, że się tak wyrażę. Mówiąc prościej - wyje jak syrena przeciwmgielna i odbiera radość życia.

Kiedy dzieci podrosną, zaczynają kombinować, jak by tu wyślizgać rodziców.
Ot, weźmy Zuzę. Dała się w kąpieli sprowokować pyskatej siostrze i przyłożyła jej z liścia. Nie za mocno, bez obaw. Obu księżniczkom nakazałam jedzenie kolacji w ciszy, w kuchni, z dala od telewizji. Ania posłuchała. Zuzę natomiast zastałam stojącą w progu kuchni i przeżuwającą tosta. Z wzrokiem utkwionym w szafę w przedpokoju. Jestem permanentnie zmęczona, więc chwilkę mi zajęło przetworzenie danych: szafa w przedpokoju ma dwa duże lustra, w których odbija się telewizor z dużego pokoju. Dziecko ogladało sobie bajki odbite w szafie. Nie przekraczając progu kuchni a tym samym mojego zakazu.
Parsknęłam śmiechem i wyraziłam uznanie dla jej pomysłowości, po czym zamknęłam drzwi do dużego pokoju.
Jak żyć, ja pytam? No jak tu, kurde, żyć?

wtorek, 21 lipca 2015

Oczekiwania vs rzeczywistość

Zu pojechała z babcią do Zegrza. Wyjeżdżając, była całkiem zadowolona. Zupełnie się nie spodziewałam tego, co nastąpiło już kolejnego dnia po wyjeździe. A nastąpiło 7 telefonów oraz jakieś 30 smsów, na tak poważne tematy jak:
- a u nas była burza, u was też była burza?
- a w telewizji oglądałam film... [tu następuje pokręcony opis fabuły filmu dla dorosłych w ujęciu dziewięciolatki]
- a teraz wyszłam na podwórko i świeci słońce!
- a na drzewie siedzi ptaszek
- a babcia jeszcze śpi
- a co tam?
- a tutaj mnie wszyscy znają!
- a na obiad chciałabym zjeść makaron
- a w sklepie nie ma miodu ale jest bardzo drogi! [to w końcu nie ma, czy jest drogi? Na tak postawione pytanie nie umiała odpowiedzieć]
- a co mówi Mateusz? Chcę mu powiedzieć "cześć".

... i tak dalej.

Codziennie, dzień w dzień kilka konwersacji i co najmniej kilkanaście smsów na ważkie tematy wybrane z powyższej puli ;) Zaczynam tracić cierpliwość, chyba zabiorę ją z powrotem do domu. Bo co za różnica skąd mnie woła, z Zegrza czy z sąsiedniego pokoju, efekt jest ten sam ;)


niedziela, 28 czerwca 2015

Uszy i inne wyrostki

Zu dopraszała sie o przekłucie uszu. Ja, jako właścicielka 10 dziurek w uszach, zamieszkałych aktualnie przez 8 kolczyków, nie opierałam się długo. Moja Mama nie zezwoliła mi na przekłucie uszu do 16 roku życia i do tej pory nie wiem czemu to miało służyć i jaka głęboka myśl stała za owym zakazem.
Pojechaliśmy na obiad do centrum handlowego i przy okazji wstąpiłyśmy z Zuzią do Claire's, gdzie miła pani kosmetyczka od ręki przekłuwa uszy i mają zacny wybór kolczyków. Swoją drogą to straszne miejsce. Targetem Claire's są dziewczynki w wieku Zuzi i nieco starsze. Wieszaki i półki są pełne badziewu z fabryk na Tajwanie, wszystko jest błyszczące, różowe, kwiatowe, posypane brokatem albo ozdobione gębami bohaterów filmów aktualnie wyświetlanych w kinach. Mają zestawy kosmetyków, błyszczyki w kształcie lodów/zwierzątek/bógwieczegojeszcze, miliard biżuteryjnych akcesoriów, lakiery do paznokci specjalnie skomponowane dla małych dziewczynek, omatkoświęta... Widzę jak córki wchodzą tam z matkami i natychmiast dostają małpiego rozumu, wiercąc rodzicielkom dziurę w brzuchu tak upierdliwie, że rodzicielki dla świętego spokoju w końcu godzą się na akup na przykład broszki-kwiatka z jebliwie różowego poliestru, posypanego niedbale tęczowym brokatem. Za 27 złotych.
Brrrrrr.

Zu denerwowała się przed zabiegiem, ale zdecydowana była nie odpuścić. Wybrała śliczne kolczyki w kształcie niebieskich kwiatków (początkowo domagała się kolczyków z Elzą z Frozen i przez chwilę bawiłam się myślą, że może by jej na to pozwolić i kazać nosić te kolczyki dopóki nie osiągnie pełnoletności i nie zacznie sama zarabiać, ale postanowiłam nie być świniowata ;) )


Siedziała spokojnie, nie piszczała, nie szarpała się, nie narzekała i zniosła zabieg z godnością :D Widać, że była bardzo zdeterminowana i naprawdę chciała mieć kolczyki.
Uważam, że wygląda ładnie :)


To tyle pozytywów.
Negatyw jest jeden ale za to spory - Matju znowu ma zapalenie męskiej końcówki, skutkiem czego on cierpi a ja jestem z nim uziemiona w domu. Mam palce żółte od rywanolu, panikę w oczach, bo sprawa nie wygląda dobrze, i ze zdenerwowania upuszczam różne przedmioty.
A miało być tak pięknie - nie mam żadnych zleceń, marzyłam o tygodniu samotności, spacerów, książek, kolorowanek i audiobooków w hamaku. Wszystko poszło się paść. Kolejny raz odbieram nauczkę: nie ciesz się i nie planuj bo i tak życie cię wydy....  yyy, zlekceważy.

piątek, 26 czerwca 2015

Udręka bez ekstazy...

... czyli zakończenie roku w szkole.
Tego eventu nie da się już uniknąć. Na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat jego charakter chyba się zmienił. Ze swoich szkolnych czasów nie pamiętam dzikiego tłumu rodziców ciasno upakowanego w dusznej sali gimnastycznej by, ociekając potem, karmić się strawą duchową w formie wierszyków o wakacjach, szeptanych do trzeszczącego mikrofonu przez gromadę zestresowanych pierwszaków.
Sala gimnastyczna w naszej szkole jest standardowej wielkości i nie ma szans, żeby zmieścili się w niej wszyscy naraz, nawet sami uczniowie, nie mówiąc już o rodzicach. Event został więc podzielony na kawałki: klasy 1 i 2 o ósmej, 3 i 4 o dziesiątej, i tak dalej. Los zmusił mnie w ten sposób do uczestnictwa w dwóch odsłonach tej atrakcji. Nie było szans, żebym zdążyła zaprowadzić Średnią, odsiedzieć ile trzeba, wrócić, zostawić Średnią i przyprowadzić Najstarszą. Wzięłam więc problem na klatę, zapakowałam wodę i paluszki, zgarnęłam odświętnie ubrane panienki i nastawiłam się psychicznie na przedłużony seans tortur.


Pierwsza część poszła w miarę sprawnie, nie licząc beztlenowego środowiska sali gimnastycznej, której blaszany dach, przypiekany radosnym letnim słońcem, generował takie temperatury, że czułam się jak duszona kiełbaska w sosie własnym.
Średnia występowała w części artystycznej, deklamowała wierszyk. Poszło jej bardzo ładnie :) Muszę przyznać, że jestem dumna, kiedy widzę jak moje dzieci występują publicznie nie okazując tremy, mówią/śpiewają wyraźnie, nie mylą się, nie płoszą i nie trzeba im podpowiadać. Mają znacznie wiecej pewności siebie niż ja, za co Bogu chwała i dzięki, i niech im tak zostanie.

Po przemówieniach i występach każda klasa udała się do swojej sali na rozdanie świadectw. Pani wychowawczyni miała dostać kwiaty i prezent od całej klasy, o ile dobrze pamiętam, składałam sie na ten cel, więc uznałam, że nie muszę szarpać się na dodatkowe wiechcie. Jakże się myliłam... Każde dziecko z wyjątkiem mojego leciało uslużnie do pani z bukietem zieleniny, spora częśc z prezentami w torebkach. Poprawię się w przyszłym roku. Jeśli nie zapomnę.

Po rozdaniu świadectw, kiedy na sali zapanował rozgardiasz, zabrałam dziewczyny i cicho się ulotniłam. Dla poprawienia humoru skoczyłyśmy na szybkie lody do pobliskiego MarcPola, a potem z powrotem, czynic zadośc obowiązkom reprezentacyjnym.

Sala gimnastyczna była jeszcze pusta. Zajrzałam tam, i poczułam się jakbym wsadzała głowę w belę mokrej waty. Kiedy napłynął tłum, powietrze można było kroić nożem.
O nienienie. Ustaliłam z Najstarszą, że zostawiam ją w towarzystwie koleżanek z klasy i ewakuowałam siebie i Średnią ze strefy zagrożenia śmiercią przez uduszenie. Schowałyśmy się na korytarzu.



Kiedy klasa Najstarszej zjawiła się w swojej sali na rozdanie świadectw, okazało się, że Zu dostała nagrodę :) Wraz z trojgiem współklasowiczów otrzymała odznakę i dyplom "Przyjaciela Integracji", za koleżeńską postawę i zyczliwość w stosunku do dzieci "integrowanych" czyli tych z orzeczeniami :) Zatkało mnie ze szczęścia i dumy. Może, mimo moich wysiłków, Najstarsza wyrośnie na porządnego człowieka ;) ;)


Żeby tylko chciała tę prointegracyjną postawę zastosować w domu, do swojego własnego rodzeństwa (na przykład przestała się tłuc z Matju i kłócić z Anią), to ja już bym niczego więcej sobie nie życzyła ;)

Obowiązki odfajkowane, teraz mogę odetchnąć pełną piersią. Dwa miechy bez prac domowych, pamiętania o wycieczkach, składkach, zebraniach, kapciach, strojach na wf i tak dalej. Trzeba to uczcić. Zdrowie!



niedziela, 17 maja 2015

Komunistka

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem Pierwszej Komunii Zuzi.
Dzieci od rana kręciły się po mieszkaniu jak ruchliwe psiaki. "Kiedy sie ubierzemy? Kiedy wychodzimy? Kiedy kiedy kiedyyy?"
Miałam szczery i chwalebny zamiar wykonania Zu na głowie jakiejś ozdobnej fryzury. Próbowałam zapleść warkocz, ale wygladał jak niewielki chochoł z rozłażącej się słomy. Próbowałam zakręcić loki, ale włosy za nic w świecie nie dały się zalokować (mimo tego, że trzy dni wcześniej przeprowadzałam lokowanie próbne i wtedy kręciły się bez problemu). W końcu uznałam swoją porażkę, dziecko moje dobre jest i łagodne, więc nie protestowało i pogodziło się z losem.
Wystrojeni, ruszyliśmy do świątyni ;)
Obok przybytku Pana proboszcz trzyma konika. Konik jest, rzecz jasna, niezwykle atrakcyjnym zjawiskiem, moje dzieci też się nie oparły. Niestety konik się schował, więc jedyne co się udało, to wysmarowanie dołu sukni Zu trawą na zielono.


Ania, przyodziana w sukienkę specjalnie na tę okazję zakupioną w Smyku za ciężkie pieniądze, wpadła w taki samozachwyt, że na jej widok nie mogłam zachować powagi. Gibała się i wyginała, wzdychając przy tym "och, jak ja ładnie wyglądam! oooo! ach! jaka jestem piękna!".


Mateusz nie pozwolił się wystroić, i on, jako jedyny, miał w nosie całe zamieszanie ;)

W końcu się zaczęło. Wysłuchaliśmy przemówienia księdza. Potem, razem z pozostałymi rodzicami, wygłosiłam uroczyście "błogosławieństwo nasze niech z tobą idzie w drodze do ołtarza Pańskiego, abyś godnie i radośnie przyjęła ciało Chrystusa", nie myląc się przy tym ani razu, co jest niewątpliwie oznaką działania Ducha Świętego, albowiem tekstowi przyjrzałam sie tylko raz, tuż przed mszą.
Dzieci ruszyły.

Msza trwała miłosiernie krótko, z poprawką na przemówienia, podziękowania, kwiaty i inne tego rodzaju atrakcje. Mieliśmy miejsca siedzące, Mateusz nie skorzystał ze swojego miejsca siedzącego, tylko łaził po mnie jak drzewna żaba. Pod koniec mszy dostał absolutnej korby i zaczął łapać mnie za cycki, pokrzykując na cały kościół "a titi, akuku!", więc uznałam dyplomatycznie, że uprawnia mnie to do opuszczenia lokalu, zabrałam winowajcę i po cichu wywlokłam przed świątynię, gdzie natychmiast zaczął włazić na okręcony białym tiulem słup. Zastanawiam się czy przypadkiem się literki nie pomyliły i zamiast AZS on ma może ADHD.


Po zakończeniu części kościółkowej, przyszła pora na uświęcone tradycją komunijne obżarstwo. Odbyło się w restauracji hotelu Marina Diana w Bialobrzegach. Bo Zalew, bo miejsce do zabawy dla dzieci, bo ładnie tam. I niedaleko.
Jedzenie było dobre, okolica była dobra, tylko pogoda była niedobra bo piździło. Ale nie padalo, co należy Losowi policzyć na plus. Mogło być gorzej.
Dzieci siedzialy przy stole jak psy pociągowe przed wyscigiem. "Możemyy iść sie pobawić?? Możeeemy? Możeeemy? Kiedy możemy iść?"





Najpierw jednakowoż wszyscy musieli sie najeść. Matka też.



Zachowałam się jak na prawdziwego wieśniaka przystało i sfotografowałam swoje jedzenie ;)


Smakowało lepiej niż wyglądało ;)


Dzieci poszły się bawić. Obok restauracji stało takie dmuchane coś do skakania. Fajnie, że stało, tylko niefajnie, że na plaży ;) Dziecięta natychmiast się niefrasobliwie rozzuły i kiedy poszłam ich pilnować, oczom mym ukazały się biegające po brudnym piasku nogi mojej średniej córki. W ślicznych, nowo zakupionych specjanie na tę okazję skarpetkach. Kremowych. W kwiatuszki.
A następnie jej cudna odświętna sukieneczka uświniona na tyłku zegrzyńskim błockiem ;) Cóż, powszechnie wiadomo, że dzieci są albo czyste albo szczęśliwe.
Matju był zachwycony.



Nie mogłam go zostawić samego, więc stałam tak sobie i stałam, pełniąc rodzicielski obowiązek i prezentując mojej Siostrze do aparatu to lewy profil to prawy... :D


Aż  się zbuntowałam, tupnęłam nóżką, bluznęłam i zawezwałam Męża, a sama poszłam obżerać się ciastem, popijać herbatkę i plotkować z zuzinymi Chrzestnymi, których (razem z ich czworgiem przefajnych dzieci) widujemy za rzadko, a szkoda bo cudowni ludzie to są :) Wkleiłabym fotki, ale nie wiem, czy mogę, bo jeszcze nie pytałam.

Koniec końców - impreza się udała, wtopy żadnej nie było, wszyscy wyglądali na zadowolonych. Sama czuję się jakbym przerzuciła tonę węgla, nie wiem czemu, bo moja rola zasadniczo ograniczyła się do bycia przewożoną tu i tam, jedzenia oraz utrzymywania przyjemnego wyrazu twarzy ;) Trochę odwykłam od ludzi ostatnio i to chyba dlatego :)
Następna komunia na szczęście dopiero za dwa lata. ;)

środa, 29 kwietnia 2015

Punkt widzenia

Wygnałam dziewczynki spać, zgasiłam światło w ich pokoju i poszłam obsługiwać syna, który co 10 minut składał systematycznie zamówienia na jajecznicę, krówki, kanapkę z pasztetem, mleko czekoladowe, sok jabłkowy i budyń.

Nagle z pokoju wyłazi skrzywiona Ania.

Ja [zmiażdżona przez to straszne uczucie kiedy jesteś przekonana że przynajmniej część dzieci masz już z głowy a tu okazuje się, że jednak nie]: @#$^#%&!!! CO JEST?!
Ania [foch]: Bo Zuza nie chce zgasić świaaatłaaaa!
Ja: ZUZA!!!! CHOLERA JASNA!!!!
...
Po chwili namysłu:

Ja: Ale co ona robi??
Ania: Czyta książkę.
Ja [pienia anielskie w uszach i rodzicielska duma w sercu, moje dziecko, moja krew, z własnej woli czyta książkę w łóżku!]: To sorry, masz przegwizdane.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam moje własne dziecko, rozpłaszczone w łóżku z nosem w książce i zadałam sakramentalne pytanie: "ooo, a co czytasz?". Jest to wiekopomna chwila, której nadejścia się nie spodziewałam. Czyta Kubusia Puchatka.

Disklajmer: Żadne dziecko nie ucierpiało przy tworzeniu tego wpisu. Barierki łóżka Ani zostały obłożone kocem w celu ochrony przed morderczym światłem żarówki o mocy 40 watów. ;)


wtorek, 28 kwietnia 2015

Porozumienie ponad podziałami

Zwyczajowa rundka - spacer do szkoły po starsze i od razu z powrotem do przedszkola po najmłodszego. Zaczął kropić deszcz. Zu zatroszczyła się o braciszka :)


Oddała mu swoją bluzę ;) Rękawy trochę za długie, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało ;)


Wydawał się bardzo zadowolony :)


Jest miło w sensie pogodowym. W ciągu trzech ciepłych dni wszystko rozkwitło i pozieleniało, można wreszcie chodzić bez kurtki i w pepegach. Spacer do szkoły to porządny spacer, a nie ekspedycja survivalowa i walka z pizgającym wiatrem o temperaturze 2 stopni. Mogłoby tak zostać.

środa, 1 kwietnia 2015

Trust no one

Zu: Mamo! Na podłodze w łazience chodzą trzy wszy!
Ja; [apopleksja, zawał, atak paniki, puls 160, ciśnienie 400/200]
Zu: Haha, prima aprilis.
Ja: ...



Z nowości:

Ania straciła kolejny ząb. Wydawało mi się, że to pierwszy, ale ona twierdzi, że nie.


Mateusz stracił swoje bujne loki typu plereza.
Sytuacja na jego głowie zaczynała wymykać się spod kontroli, nie dawało się tego rozczesać ani porządnie umyć (mamo, nieeee, nie ruuusz, boję sięęęę). Zabrałam go więc do fryzjera.


Najpierw piszczał, że się boi, ale potem dzielnie trwał na fotelu i nawet nie miauknął.
Teraz wygląda tak:

\
Moim skromnym zdaniem zdecydowanie korzystniej :)

czwartek, 5 marca 2015

Panta rhei

Czas płynie, dzieci rosną. Oto Najstarsza, lat 9. Umie całkiem samodzielnie zaparzyć herbatkę, zrobić kanapki, ugotować jajko na twardo, owsiankę i usmażyć jajecznicę :) Jest praktycznie samoobsługowa w podstawowym zakresie :) Jestem z niej bardzo dumna. Niedługo zaczniemy ćwiczyć przygotowywanie naleśników.