Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robótkowo wielkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą robótkowo wielkie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

Szkolne projekty

Moje dzieci mają niezbyt rozsądny zwyczaj zgłaszać się na ślepo do różnych szkolnych zadań, nie kojarząc zupełnie, że wiąże się to z jakimiś zobowiązaniami i terminami.

Niedawno dostałam wiadomość od wychowawczyni Najstarszej, że "dziewczynki, które zgłosiły się do robienia gazetki mają na to jeszcze dwa dni". Nie sprecyzowała które dziewczynki, ale coś mnie tknęło. Poszłam do pokoju Najstarszej i ściągnęłam jej słuchawki z uszu.
- No coooo? - zapytała, z niechęcią odrywając wzrok od filmiku na którym youtuber Enzzi gmerał w straszliwej, topornej pikselozie, znanej i lubianej wśród młodzieży pod nazwą "Minecraft".
- Córko, czy zgłaszałaś się do gazetki szkolnej?
- Nooo taaaak... - odpowiedziała niepewnie.
- A wiesz, że masz na to jeszcze tylko dwa dni?
- Nooo wieeem. Oj tam, coś się wymyśli - skwitowała i zrobiła ruch jakby chciała z powrotem założyć słuchawki.
- OJ NIE. - byłam nieustępliwa. - Na jaki temat ma być gazetka?
- Rok jakiśtam.
- CO?
- Rok jakiśtam... nie pamiętam.
Opadły mi ręce. - A może M wie? (M to sąsiadka i najlepsza przyjaciółka). - Razem się zgłosiłyście?
- Tak.
- No to na co czekasz? Idź i się dowiedz!

Puka do drzwi M. M otwiera.
- Cześć, pamiętasz może jaki ma być temat tej gazetki?
M myśli. Rozjaśnia się w uśmiechu - pamięta! Z dumą ogłasza:
- Rok jakiśtam!
Opadły mi ręce, nogi i inne części ciała. Po kilku smsach do wychowawczyni okazało się że chodzi o "Rok szekspirowski". Dziewczynki zgłosiły się do gazetki o roku szekspirowskim nie mając pojęcia co to takiego i kim Szekspir w ogóle był (co się dziwić, jutuber Enzzi jeszcze nie zrobił o tym filmiku). Przeprowadziliśmy szybkie konsultacje z rodzicami M, poszukałam tego i owego w necie, oni takoż i kryzys został zażegnany. Myślałam, że mam spokój. Ha ha.

Dziś wieczór, w porze kolacji Średnia robiła co mogła, żeby zejść mi z drogi (przyniosła uwagę w dzienniczku i trafił mnie szlag z przytupem). Jednak presja czasu okazała się silniejsza niż atawistyczny lęk przed gniewem rodzicielki, więc w końcu Średnia zagaiła dyplomatycznie:
- Mamooo, pamiętasz o tym stroiku?
Zrobiło mi się słabo. - Jakim stroiku?
- No tym na konkurs. To na jutro.
Zrobiło mi się bardziej słabo. - JAKIM ZNOWU STROIKU?!
- No, na Gwiazdkę. Do konkursu. Jutro.
W tym momencie z moich ust padły słowa, które z duchem Bożego Narodzenia miały niewiele wspólnego. 
Nie wiem czemu tego wszystkiego nie olałam, może dlatego że na ogół nie przejmuję sie bardzo edukacją mojego potomstwa i użarło mnie poczucie winy. A łatwiej zrobić jednorazowego crafta niż siedzieć z dzieckiem godzinami i wkuwać słówka albo odpytywać z ortografii... Poczucie winy zapcha się stroikiem i da mi żyć na jakis czas ;) 
Pinterest dopomógł i wykonałyśmy gwiazdkę z rolek po papierze toaletowym. Wreszcie się przydał miniaturowy pistolet do kleju, który przywlokłam dawno temu z Kanady bo "kiedyś się przyda". 


Nie miałam na podorędziu brokatu, więc opsikałam gwiazdkę klejem w sprayu i wytarzałam w perłowych sypkich cieniach do powiek Yves Rocher. Słabo je widać na zdjęciu, ale dają trochę koloru i trochę błyszczą.


Sąsiadka poratowała nas gałązką świerku i trzema szyszkami (niechże jej bedą dzięki i chwała). Jeszcze trochę kleju i efekt końcowy:


Nie liczę na nagrodę główną, ale czuję się spełniona artystycznie oraz rodzicielsko. 
Myślę (tfu tfu), że na razie chyba mam spokój... ;)

czwartek, 22 października 2015

Z głębin sieci

W czeluściach Internetu różne rzeczy można wyłowić, a im dziwniejsze tym lepiej. Oto mój dzisiejszy połów (uwaga, potencjalnie drastyczne i nie dla wrażliwych):

wyhaftowana dłoń.

W skrócie: pani Eliza Bennett, artystka, wyhaftowała sobie ładne wzorki na swojej własnej dłoni. Wzorki miały za zadanie dodać dramatyzmu, tak, żeby dłoń wyglądała na zniszczoną ciężką pracą. Technika nie jest bez znaczenia - haft to wszak jedno z, rzec by można, specyficznie kobiecych zajęć, kojarzonych z delikatnością, subtelnością i wyszukanym pięknem. Tutaj zastosowano go do czegoś drastycznie innego, a wymowa całego przedsięwzięcia jest następująca: "kobiece zajęcia" wcale nie są łatwe, lekkie i przyjemne.

Cóż, od zawsze wiem, że kobiece zajęcia typu sprzątanie, pranie, prasowanie i gotowanie oraz obsługiwanie wszystkich dookoła nie są niczym więcej niż ciężką, niewdzięczną harówką i nie muszę sobie niczego nigdzie haftować żeby o tym pamiętać. Wystarczy mi wspomnienie wczorajszej kolacji Matju (chcę zapiekankę z serem, aaaa, na tej zapiekance jest ser, nie bedę tego jadł, chcę płatki, aaaaa, za dużo mleka, ale ja chciałem w różowej miseczce...) przepraszam, dygresja.

Ale przyznaję, praca tej pani bardzo mnie poruszyła i podoba mi się. Tak. Podoba mi się.

Czytałam komentarze na temat jej zdjęć i najbardziej rozbawiła mnie postawa "ona ma za dużo czasu, zrobiłaby coś pożytecznego, to nie jest Sztuka". Pomijam fakt, że definicja Sztuki to rzecz śliska. Wrażliwość niektórych pobudzi, dajmy na to, Caravaggio, innych - haft na dłoni albo ładowarka w pochwie, a jeszcze innych - jeleń na rykowisku. Odmalowany jak żywy. Jednak komentarz "ma za dużo czasu" (który powtarzal się dość często) powalił mnie kompletnie. Najlepiej wszyscy chodźmy kopać ziemniaki. Wszak wiadomo, że kopanie ziemniaków jest znacznie pożyteczniejszym zajęciem niż robienie sztuki, niezależnie od charakteru tejże.

Hehe, przypomniało mi się również jak w szkole podstawowej na zajęciach ZPT robiłyśmy po cichu (ku wielkiej uciesze) z koleżanką mniej więcej to samo, za pomocą zwykłych nici krawieckich. Nie wychodziło nam niestety tak ładnie, i, rzecz jasna, nie na taką skalę ;) Dzieci peerelu miewały dziwne pomysły i nie było wówczas nikogo, kto by je powstrzymał przed realizacją ;)
Tak czy inaczej dzięki temu szczenięcemu doświadczeniu nie doznałam traumy na widok pracy pani Elizy Bennett, bo wiem że to nie boli i nie jest tak straszne jak wygląda.
No i wychodzi na to, że od dziecka mam zadatki na artystkę -performerkę. Kto by pomyślał.

sobota, 11 kwietnia 2015

Czasospędzacze

Pomalutku, kawałek po kawałku kwiatek za kwiatkiem, listek obok listka. Doskonałe na nerwy i podobno demencji nie dostanę jak będę się bawić kredkami. Tak wynika z najnowszych badań. Chociaż nie wiem czy demencja nie byłaby dobrym rozwiązaniem w moim przypadku, bo całkiem sporo chciałabym zapomnieć.
Pierwszy obrazek zupełnie mi nie wyszedł, więc nie ma czego pokazywać.
To jest drugi. Uratował życie mojej rodzinie w święta.


 Rozpędziłam się i szybko machnęłam następny.


I jeszcze dwa


Z tego jestem bardzo zadowolona, wyszedł ślicznie, spędziłam nad nim cztery noce, kiedy potomstwo sie pospało a mnie nerwy trzymały w pionie. Po opracowaniu kilku takich kwiatusiów pada człowiek na twarz i zasypia snem sprawiedliwego ;)


Tutaj work in progress.


Kiedy pracują same ręce, efekt terapeutyczno - eskapistyczny jest niepełny. Głowę też trzeba czymś zająć, najlepiej niezbyt absorbującym audiobookiem.

Skończyłam właśnie słuchać "Divergent" Veroniki Roth. Ciut późno, wiem, cały szał dawno minął, ale chciałam zobaczyć co zacz, bo jakis czas temu pełno tego było wszędzie.
Cóż... Jest tym, czym jest, niczym mniej i niczym więcej - średnio dobrze napisaną powieścią dla młodzieży, opartą na średnio dobrym ( i wtórnym) pomyśle. Okładka przypomina "Hunger Games" i pewnie o to chodziło, ale "Hunger Games", choć literaturą tego samego segmentu jest, to plasuje się sporo wyżej pod względem i koncepcji i wykonania.
W "Divergent" wszystko jest proste i przepełnione emocjami (to mnie akurat nie zraża, jeśli autor umie te emocje wsączyć w tekst, tutaj jednakowoż poszło raczej miernie, miało być "porywające" a jest "afektowane"). Konstrukcja dystopijnego świata na tyle interesująca, żeby nie uśpić czytelnika po pierwszym rozdziale, ale na tyle prosta, żeby odnalazł się w niej bez trudu przeciętny gimnazjalista. Co dla czytelnika dwa razy starszego bywa męczące, ale niekoniecznie jest wadą, biore poprawkę na fakt, że nie jestem w grupie docelowej tego produktu. Język nieskomplikowany jak konstrukcja cepa a przy niektórych zdaniach cierpły mi zęby, bo jechało Harlequinem i Barbarą Cartland. Co również nie musi być wadą, jak będę chciała ładnie i kunsztownie to se poczytam Hrabala, Calvino albo Stasiuka. Tu wystarczyło, żeby akcja kulała się do przodu w miarę sprawnie i już.
Ogólnie rzecz biorąc - czas dobrze stracony, na Goodreads dam 3 gwiazdki na 5. W sam raz do zajmowania głowy przy jakiejkolwiek dłubaninie, albo podczas podróży komunikacją miejską.

poniedziałek, 27 października 2014

Helołin

Znowu konkurs na świetlicy. Znowu zapotrzebowanie Najstarszej na dłubanki z dyni.

Korzystając z faktu, że Matju, wyczerpany chorobą, dużo drzemał, wypatroszyłam średniej wielkości dyńkę. Dziecko zażyczyło sobie mordę wampira. Zrobiłam co mogłam.

[zdjęcie mi znikło :( ]

W ramach wymiany przysług, postawiłam Najstarszą przy kupie dyniowych oślizłych flaków i nakazałam wydłubanie wszystkich pestek. Dziecko wykazało sie kreatywnością - użyła szczypczyków do kostek cukru, dwóch łyżek oraz widelca i nawet nie ubrudziła sobie rąk ;) Uprzątneła farfocle, wytarła blaty. Starałam się nie okazać szoku.
Upiekłam pestki i teraz zajadam. Dla każdego coś miłego. Należy mi się za rany kłute, które odniosłam podczas walki ze złośliwym warzywem.


Matju śpi nadal. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. 

środa, 15 października 2014

Abrakadabra czyli praktyczne zastosowanie praw fizyki

Pijam wino. czerwone wytrawne. W ilościach na ogół umiarkowanych. Piwo również pijam. I zawsze mam niesmak, kiedy wyrzucam butelkę po trunku, bo mają taki ładny kolor i ja w ogóle lubię szkło i coś bym z tych butelek zrobiła, ale trzeba by je jakoś pociąć... Znany mi był sposób na cięcie szkła z rysą i palnikiem, ale do tego trzeba mieć a) czym zarysować szkło b) palnik (nie wiem czy świeczka dałaby ewentualnie radę, może tak).
Mój problem rozwiązał Crazy Russian Hacker (swoją drogą polecam, bo facet jest świetny i zapodaje różne proste a skuteczne pomysły).
Jak przeciąć butelkę za pomocą sznurka, alkoholu i zimnej wody :)



Akurat tak się złożyło, że w kuchni stała sobie butelka, więc postanowiłam spróbować, w sumie bez wiekszej nadziei, że się uda (takie jest moje instynktowne podejście do wiekszości przedsięwzięć ;) ). Chciałam tylko położyć dzieci spać, żeby mi się nie plątały pod nogami.
Dziewczynki padły, a Matju niekoniecznie... Jest już 23.00 a on biega po domu i bawi się samochodzikami. Zaraz mnie trafi szlag. Ale zaraz, moment, odbiegłam od tematu.

Zamknełam się w kuchni, przygotowałam sobie warsztat.
Potrzebny jest nasiąkliwy sznurek (użyłam bawełnianej grubej włóczki); alkohol (Ruski Haker mial aceton, ale ja użyłam zwykłego 70% alkoholu do dezynfekcji, wszak chodzi o to, żeby się paliło) oraz zapalniczka i miska z zimną wodą.



Owinęłam butelkę włóczką mniej więcej w miejscu, gdzie miała się rozpaść.


.
Nie zdejmowałam włóczki, tylko pomalutku nasączyłam ją alkoholem, trzymając nad zlewem i mocno uważając, żeby alkohol znalazł się tylko na bawełnie i nie zalał butelki.

Paliło się bardzo ładnie, obracałam butelkę przez około minutę, przynajmniej tak mi się wydaje. Alkohol dezynfekcyjny hajcował się świetnie i wcale nie chciał zgasnąć, więc po prostu na chama wsadzilam butelkę do wody, kiedy wydało mi się, że już ;)

Lekko pyknęło i... ta-daaaam!



Udało się :D Magia fizyki działa! :P

Brzegi są ostre, trzeba je wygładzić - drobnym papierem ściernym, którego nie mam. Ale mam papierowe pilniczki do paznokci, a to prawie to samo ;) Jutro się tym zajmę.
Oczami duszy widzę niezliczone szklane wazoniki, świeczniki, kubeczki na długopisy i szczoteczki, mini-doniczki na rosiczki ;) oraz inne różności, które zamierzam tworzyć w ramach autoterapii zajeciowej ;)

Na razie, wielce zadowolona z siebie, udam się na spoczynek.
Tylko niech ten dzieciak wreszcie padnie...

wtorek, 3 grudnia 2013

Zimno

Zimno. Potrzeba coraz więcej warstw.
Matju dostał nową czapkę, w której wygląda jak radziecki pilot  :) Rozpływam się z zachwytu za każdym razem, kiedy mu ją zakładam :) Podkreśla niewinny wyraz błekitnych oczu i uroczo zaróżowione chomicze policzki. :D


Też bym chciała taką czapę, ale na mój rozmiar nie produkują. Nawet jeśli obwód głowy się cudem zgadza to już włosy się nie mieszczą.
Więc nakrycie głowy na ten sezon wyprodukowałam sobie na drutach sama. Jest to szalik z wielkim kapturem, żeby można było się w nim schować (zaspokaja moją potrzebę izolacji od otoczenia) mieszczą sie w środku moje włosy (w zimie długie pióra to udręka) i, co najważniejsze, wygląda odpowiednio dziwnie i nikt takiego nie ma, co bardzo mnie satysfakcjonuje ;)
Mama Kangurzyca w wersji Master Yoda ;)


Grunt, że ciepło :)

niedziela, 25 sierpnia 2013

Jesień idzie

Jesień idzie, czas się zaopatrzyć w ocieplacze. Właśnie skończyłam szydełkową wełnianą chustę. Włóczka Drops Delight, melanż fioletowo - zielony, 6 motków (na frędzle zeszło prawie dwa). 
Wdzięczna z wygladu i łatwa w obróbce. Wzór prościutki - same słupki. Czysta przyjemność zajętych rąk w połaczeniu ze słuchaniem radia i popijaniem wina wieczorowa porą :)


piątek, 29 marca 2013

Jak się uczesać z pomocą sztućców

Wprawdzie nie klasycznych sztućców (choć na wakacjach pod namiotem zdarzało mi sie czesać widelcem;) a japońskich pałeczek, ale i tak bardzo przydatna umiejetność :P




Nawet mi się podoba, chociaż już sobie wyobrażam jaki entuzjazm wzbudzę na ulicy, wychodząc z pałeczkami we włosach ;) Jeszcze sobie jakieś kwiatki przyczepię, a co... ;)


Koczek trzyma sie mocno, wyglada dziwnie i rozczochranie, czyli tak jak lubię ;)

piątek, 15 marca 2013

Radosna twórczość

Nie wiem skąd w naszym domu wzięły się farby do malowania twarzy. W każdym razie wzięły się. Znalazłam je gdzieś w czeluściach szafki kuchennej i dałam Zuzi, w nadziei, że zajmie się kreatywnie i przestanie mi truć doopę o ciastka, czekoladę, gofra itd. Na pytanie "mamooo, a mogę coś zjeść?" dostaję wysypki alergicznej.
Zuzia owszem, wykorzystała farby twórczo, pomalowała koleżankę Zosię na biało, utrzymując, że Zo jest jednorożcem.
Potem farby zaległy porzucone na biurku, wśród pierdzielniku, jakiego świat nie widział...

Kilka godzin później Zu udała się do szkoły a ja trochę użerałam się z Matju a trochę podczytywałam "Kroniki marsjańskie" Bradbury'ego (znakomita rzecz, klasyka gatunku). Klusek był cicho. Zajęta książką, nie zorientowałam się na czas. Proszę, oto efekt:


Dzieciak umalował się tak dokładnie, że musiałam go wsadzić do wanny i szorować.
Wyrzucilam farby, wytarłam rozlaną wodę, wysuszyłam zalane książki szkolne Zu... Wydawało mi sie, że to by było na tyle, ale gdzieżby.

Dziś jadłam śniadanie, jednym okiem wczepiona w opowiadania S. Kinga (doskonała lektura do kotleta). Nagle Zu krzyknęła - "mamo, co Mateusz ma niebieskiego na ręku?!!". Nie przejęłam się specjalnie, może kredka albo coś... Żułam sobie spokojnie jajecznicę na boczku z cebulką. Skonczyłam, wstawiłam talerz do zmywarki i poszłam zerknąć na Kluska. A Klusek wyglądał tak:



Przeoczyłam, kurwaszmać, w tym bajzlu pudełeczko z niebieską farbą.

Żeby nie było tak pesymistycznie - oto organizer ścienny, który uczyniłam dzieciom na szydełku. Zawieszony jest na wygiętym, metalowym wieszaku (takim z pralni chemicznej). Wieszak obdziergałam grubą, różową włóczką. Końce są wygięte, żeby można było zawiesić na nich na przykład kabelek, wisiorek czy co tam jeszcze.



Dziergałam z bardzo starej, czterdziestoletniej, niezniszczalnej niemieckiej bawełny, którą obdarowala mnie teściowa ;) Kolory nieco majtkowe, ale dziewczynkom się podoba :)

środa, 12 grudnia 2012

Terapia szydełkiem - czapka z pomponami

Zakupiony za psie pieniądze na Allegro motek błękitnej wełny łypał na mnie z koszyka i puszył się zachęcająco. Jak wiadomo, dziergactwo ma wymiar terapeutyczny, a, że nerwów do kojenia ci u mnie dostatek, zabrałam się za przetwarzanie go na zimową czapkę.

Ostatnio na ulicy widzę coraz więcej czapek z dwoma pomponami, więc też sobie zrobiłam taką ;) Niestety, błękitu starczyło mi li i jedynie na czapkę właściwą, na dodatki nie zostało nic, więc bąbelki są z białego moheru.
Następnie, żeby uzasadnić kolor bąbelków, odbiegający od koloru całości, wyhaftowałam tymże samym moherkiem gwiazdki.

Jest, khem khem, niezwykle słodziasto ;)


Ale całkiem mi się podoba ;) Ludziska na ulicy będą się gapić, ale co mi tam, przywykłam ;)


poniedziałek, 5 listopada 2012

Tonący się chwyta

Czegokolwiek się chwyta. Na przykład szydełka. Nie tylko ja, zdaje się, miałam taki pomysł - w Amazonie trafiłam ostatnio na TĄ książkę. W przypływie gotówki sobie kupię.
Chwytanie przynosi wymierne efekty. Oto jeden z nich, wykonany z resztek mocno sfatygowanej, kudłatej poliestrowej włóczki:



Po angielsku to chomąto nazywa się "cowl". Po polsku nie mam pojęcia. To taki szalik, dziergany na okrągło, który owija się wokół szyi na dwa razy, a w potrzebie może też służyć jako awaryjne nakrycie głowy. Bardzo funkcjonalna rzecz, wykonam jeszcze dwa dla dziewczynek.

czwartek, 11 października 2012

3 x D

Deszcz.

Zimno. Mokro. Ciemno. Ponuro. Siedzę w domu z chorym Kluskiem i zapaleniem zatok. Piję litry herbaty z miodem, cytryną i imbirem. W sumie, gdyby nie piszczący Kluś uczepiony do mnie na stałe, byłoby całkiem miło, z tym deszczem pukającym w szyby, parującym kubkiem herbaty i, może, daj Boże, jakąś książką.

Dziergactwo

Nerwy, nerwy, dołki, górki, strachy i smutki. Narzucić nitkę, przeciągnąć, narzucić, przeciągnąć, następne oczko. Mechanicznie powtarzane ruchy, prosty wzór, niewymagający umysłowego wysiłku. Bardzo satysfakcjonujące zajęcie.
Zabrałam się za opaskoczapkę dla siebie. Jakiś czas temu nabyłam na Allegro trzy motki włóczki o dziwnym składzie - bawełna, bambus i soja... Śliczny kolor kawy z mlekiem, albo ziemi. Albo mniej romantycznie - dojrzałego kompostu ;) Mięciutka, delikatna, aż się prosi, żeby wykonać z niej przytulny wielki szal, ale niestety, trzy motki to za mało. Za to na czapkę w sam raz :)



Dołek

Nie jakiś wielki dół. Taki zwykły, jesienny, przygnębiający dołek.

Tę piosenkę grają ostatnio non stop w EskaTV (ulubiony kanał muzyczny Kluska). Słucham i szlocham rozpaczliwie jak emocjonalnie niedorozwinięta nastolatka ;)

wtorek, 9 października 2012

Dziergactwo

Dręczą mnie egzystencjalne niepokoje i stany lękowe. Dolegliwości czysto fizyczne też - ot, żeby daleko nie szukać, dziś mój zdolny synek przyciął mi palec w szufladzie. Podbiegł, i z rozmachem ją zamknął, a ja nie byłam wystarczająco szybka... Krew się polała ale palca nie straciłam, kto wie, może uda się ocalić i paznokieć ;)
By zagłuszyć bóle wewnętrzne i zewnętrzne wzięłam się za włóczkę. Wykonałam czapkę dla Zu.
Wzór znalazłam TUTAJ. Byłam oczarowana i zrobię takie cuś też i dla siebie :) Idealne na długie włosy, z którymi nie wiadomo co zrobić.

Pierwszą trudność stanowiło ustalenie liczby oczek. Jeśli chodzi o cyferki, jestem wyjątkowo niekumata, nie przykładałam się do matematyki w szkole i widać skutki... Tak, ludzie, matma się przydaje... Szkoda, że tak późno się zorientowałam ;) Ale choć los poskąpił mi zdolności do nauk ścisłych, obdarzył mnie z nawiązką wyczuciem ;)  Metoda "na czuja" sprawdza mi się w większości życiowych sytuacji, również w robótkach ręcznych ;)
Czapka miała być testowa, więc wykorzystałam nielubianą włóczkę (akryl, nie cierpię akrylu, plastik, fuj!) w wyjątkowo niewyjściowym kolorze. Wykończyłam ją czerwienią, żeby nie było tak ponuro. Po namyśle dorzuciłam żółte koraliki, co spotkało się z entuzjastyczną aprobatą właścicielki.
W sumie wyszło nawet lepiej niż oczekiwałam ;)
Zuzi w każdym razie się podoba :)




Żeby nie było, że matka wyrodna - zrobię dziecku drugą, porządną, z uczciwej bawełny lub wełny ;)

sobota, 6 października 2012

Coś

Zuzia zażyczyła sobie szydełkowego stworka. Różowego. Dziewczynkę. No to wydziergałam jej z resztek to COŚ. Jest różowe, ma długie włóczkowe kudełki i wiązany kapturek. Żeby nikt nie miał wątpliwości czyje toto jest, nakleiłam cosiowi literkę "Z" z cekinków.
Dziecku się podoba. Dziecko, na szczęście nie jest wymagające ;)



Zamierzam dalej uskuteczniać dziergactwo, bo jest to ten łatwiej dostępny z moich Dwóch Wielkich Uspokajaczy ;)

wtorek, 11 września 2012

Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn



Baby Cthulhu, wersja feministyczna ;) Ania zażyczyła sobie potworka-dziewczynkę, więc cthulhek dostał kręcone włoski i kokardki oraz oczka w kształcie serduszek. W razie przebudzenia Wielkiego Przedwiecznego będę miała ciężko przerąbane ;)


Mateo wkroczył w fazę "ściągam z półek wszystko, czego mogę dosięgnąć". Z filozoficznym spokojem, bo wszak to dla nas nie pierwszyzna, zabezpieczamy dobytek antydzieciowo. Przydałyby się jakieś regały podwieszane pod sufitem, brakuje miejsca na upychanie dóbr wszelkich na górnych półkach, a Matju tak szybko rośnie. Do tego jest bardzo sprawny i zwinny, wspina się jak makak i nie ustąpi, póki nie osiągnie celu.



Czego się mnie czepiacie? Przecież jestem taki słodki! ;)


I lubię pomagać mamie :)


piątek, 31 sierpnia 2012

Dzieje się coś, niewiele, nic

Nie mam siły pisać, więc tylko pokażę.

Dobrze mieć starszą siostrę. Pobawi się, zaopiekuje, obiadem podzieli.


Mamo, zobacz co zrobiłem, idź...


... po śladach...

O, tutaj! Patrz, jakie fajne! Pomogłem ci, prawda?


Mamusiu, jestem kotkiem!


Ile wytrzyma kot? Powiem Wam, że dość dużo. Wkurzył się dopiero, kiedy Matju zaczął grzebać mu w misce z chrupkami. Ale miętosić się dał zupełnie spokojnie.


W użyciu były kredki do malowania ubrań.
To dzieło Ani:


A to Zuzi:


Mama też wyżywa się twórczo. Tutaj stworzyła domową granolę (kilogram zniknął w ciągu 3 dni, a wszystkim członkom rodziny przybyło zapewne co najmniej po kilogramie w biodrach)


A tutaj Baby Cthulhu, który miał już swoje wejście na fejsbuku. Zuzia go zawłaszczyła, ułożyła w swoim łóżku pod kołderką i Baby Cthulhu "pomaga jej w spaniu". Następnego mam na warsztacie.


Post bez muzyki jest nieważny, więc proszę bardzo:

czwartek, 16 sierpnia 2012

Dzień, Który Stał Się Lepszy

Czwartek rozpoczął się zupełnie normalnie - przepychanki przy śniadaniu, szykowanie Średniej do przedszkola, opędzanie się od Matju, który działał na pełnych obrotach od 5.30 rano.
Mąż nakarmił dzieci, posprzątał po śniadaniu i zabrał się za zmywanie.
Nagle usłyszałam "O JASNA CHOLERA!!!"
Prawie połamałam nogi na zakręcie, tak szybko biegłam sprawdzić, co się dzieje. Zajrzałam do kuchni i oczom mym ukazał się POTOP. Na podłodze można było puszczać łódeczki.
Otóż śruba mocująca syfon przerdzewiała i po prostu puściła, syfon odpadł i cała woda ze zlewu płynęła radośnie wprost do szafki.
Mąż wziął dzień wolny z pracy i zabraliśmy się za likwidowanie katastrofy.
Jak wiadomo, nieszczęścia chodzą stadami, więc szło nam to dość opornie... Wymieniliśmy odpadniętą część na nową. Zaczęło przeciekać w innym miejscu. Wykręciliśmy całość. Nowa rura okazała się za długa. Matju wstał z krótkiej drzemki i chciał pomagać, ciągnąc i przewracając wszystko co dorwał w ręce, oraz usiłując wspinać się na wszystko, łącznie z nami.


Kiedy odpowiednie części zostały docięte, uszczelnione i zamocowane, doszliśmy do wniosku, że to dobra okazja, by wymienić i kran. Wyciągnęliśmy nowy kran. Wężyki okazały się za krótkie. Do sklepu po nowe wężyki. I tak dalej i tak dalej, kilka godzin.
Całe ustrojstwo zostało dokręcone i sprawdzone, mąż w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udał się do kina a ja usiadłam na podłodze, niemrawo oganiając się od syna, szalejącego wśród części armatury, niezdolna do dalszych czynności...

Wtedy zadzwonił domofon :) Humor poprawił mi się natychmiastowo, bo jak wiadomo, na skołatane nerwy nic kobiecie tak dobrze nie robi jak nowa torebka :P Otóż dostałam śliczności, które wyszły spod zdolnych rąk Ani ze Spektrum Koloru (znanej także jako Rzufik :* :)


Przy projektowaniu zdałam się całkowicie na jej kreatywność, jak się okazało, bardzo słusznie :) Babeczki są jak żywe (Średnia chciała polizać) Trwam w zadziwieniu nad precyzją wykonania... W środku ma kieszonki na moje rozliczne gadżety. Nawet gumkę do trzymania butelki z wodą.
Zapowiadam, że będę z tą torebką chodzić, spać oraz kąpać się :P
W swojej zachłanności już ostrzę sobie zęby na następną ;)
Zaprawdę, dziś NIC nie popsuje mi nastroju :)))

Nawet Mateo, błękitnookie wcielenie niewinności, energicznie patroszący szuflady w łazience ;)


Zuzia powiedziała:

Zuzia: Dlaczego ja muszę sprzątać po Mateuszu??
Ja: Ty sprzątasz po nim, ja sprzątam po twoich gościach... Takie jest życie.
Zuzia: Takie jest życie, takie jest życie... Ja bym chciała mieć życie bez sprzątania...

Moja krew, nie wyprę się ;)


sobota, 2 kwietnia 2011

Uniki

Jak zwykle, żeby przeżyć kolejny dzień, stosuję różne uniki. Dziś unikałam siedzenia w domu. Miałam zamiar wysłać małżonka z dziećmi na zakupy i odpocząć, ale po głębszym zastanowieniu perspektywa kilkugodzinnego wpatrywania się na przemian w ścianę, komputer, telewizor, telefon oraz iPoda trochę mnie przeraziła. Zmusiłam się więc do nadania sobie człowiekowatego wyglądu i dołączyłam do rodziny. Wysiłek został nagrodzony posiłkiem w Makdolcu.
Ania mogłaby służyć za żywą reklamę tego przybytku:


Zuzia takoż:

Ja niestety nie, mój wyraz twarzy dokładnie odzwierciedla stan ducha.

Potem zakupy (z dwójką biegających dzieci to wyzwanie dla prawdziwych twardzieli, pożałowałam, że nie zostałam w domu, zwłaszcza, że gorączka mi nie odpuszcza). Następnie Ikea, zachwycone dziewczynki sprzedaliśmy do sali zabaw, co dało nam godzinę świętego spokoju.
Po powrocie do domu kura domowa zajęła się tym co potrafi najlepiej. Poprosiłam o fotkę ze względu na nowe spodnie, z których jestem dumna i w których, o dziwo, nadal się sobie podobam, ale z tej perspektywy mało je widać.

You talkin to me? ;)
Żeby tylko nie myśleć, myślenie mi szkodzi... Z rozpędu uszyłam filcowy pokrowiec, z wierzchu turkusowy, w środku żółty. Pływają na nim lampworkowe rybki. Będzie prezentem.



Już nie mam siły na kolejne wygibasy. Zaczyna mnie obmacywać smutek. W sumie po co uciekać, i tak zawsze mnie dopadnie.