Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2016

Opowieści dziwnej treści

Średnia nadal uprawia kreatywne pisanie w swoim kajeciku. Właśnie odczytała mi opowiadanie o tym jak Panna Kotka była chora i posłała po doktora. Doktor przyjechał, potwierdził chorobę, przepisał lekarstwo. Następnego dnia, uwaga, plot twist... Pannę Kotkę zaczęły jeść myszy. Zjadły ją i zdechły, a Pan Doktor nie wiedział gdzie się podziała.

Średnia zareklamowała ową historię jako opowieść humorystyczną. Po wysłuchaniu ostatniego zdania faktycznie ryknełam śmiechem. Nie wiem o kim gorzej to świadczy - o niej czy o mnie ;)

A tu kolejne horror story na niedzielny wieczór:


wtorek, 16 lutego 2016

Do słuchania

Jeśli ktoś lubi klimaty typu: horror, tajemnica, teorie spiskowe, siły nadprzyrodzone, to tutaj są dwa dobre podcasty do słuchania, w języku language.

Pacific Northwest Stories

Tutaj o jednym z owych podcastów pisze The Guardian. Pochlebnie. 

Zmyślone opowieści doprawiono szczyptą nauki i historii, dzięki czemu: a) jest bardziej prawdopodobnie / mniej niewiarygodnie oraz b) można dowiedzieć się czegoś ciekawego (wiecie co to jest komat pitagorejski? ;) Nie? Ja w sumie też nie, bo za cholerę nie rozumiem wyjaśnienia na Wikipedii ;) ).
Ponadto rzecz rozgrywa się w dużej mierze w miejscach, zwanych zbiorczo po polsku Wybrzeżem Północno Zachodnim, które to miejsca podobno są bardzo piękne. Nie wiem, nie byłam, ale na zdjęciach podoba mi się szalenie. Wycieczkę w tamte rejony wpiszę sobie na listę marzeń. Chyba będę potrzebować większej skarbonki.


czwartek, 28 stycznia 2016

Małgorzata Musierowicz - "Bijacz"

Książka z niezapomnianej serii "Poczytaj mi mamo", wydana w 1986 roku. Miałam wtedy 9 lat i żyłam w rzeczywistości tak innej od dzisiejszej, że kiedy o tym myślę, wydaje mi się osobną planetą.

Nieopatrznie poczytałam niedawno dzieciom do poduszki i z kart tej małej książeczki wyjrzał świat nie do końca zrozumiały dla mojego potomstwa. A ja mogłam sobie porównać - dzieci/rodzice dawniej i dziś.

"Stłukł Wioletkę, bo pani ustawiła go z Wioletką w parze. Ona zawsze chodzi bez pary, bo ma brudne ubranie, bo jej tata pije."

Ot tak po prostu, bez ogródek. Szara rzeczywistość, która wtedy nikogo nie dziwiła. Brudna dziewczynka, bo jej tata pije, więc chłopiec ją stłukł. Zdarza się. W mojej klasie było kilkoro takich dzieciaków, mnie włączając. W każdej klasie było co najmniej kilkoro.
Moje dzieci nie do końca zrozumiały i poprosiły o wyjaśnienia: jak to pije, co pije i co to ma wspólnego z czystymi ubraniami. Ucieszyłam się, że tego nie wiedzą.

"Jeszcze nie dostałem żadnej piątki, bo jak pani na mnie krzyknie, to ja się zaraz denerwuję i zapominam, co miałem powiedzieć."

Jak to "pani krzyknie"? Paniom wolno krzyczeć? ;) A gdzie rozwijanie potencjału dziecka, gdzie szkolny psycholog, pedagog, specjalista od terapii sensorycznej? I logopeda na wszelki wypadek? ;) Wiem, żartuję. Inne czasy. No właśnie.

"Zrobiłem dwa kroki, a wtedy on uderzył mnie w głowę - od tyłu. Tak mocno, że aż mi zadzwonilo w uchu. Pośliznąłem się i upadłem. Uderzyłem głową o ścianę. Bijacz stał i śmiał się głośno. [...] Bijacz poszedł sobie a ja wciąż siedziałem na posadzce."

Hmmm, na cos takiego teraz chyba wezwaliby pogotowie. W każdym razie ktoś by zareagował. Ktoś dorosły. A dzieci w książce przeszły nad tym do porzadku dziennego ;)

"Po zajeciach szybko uciekłem. [...] Pobiegłem do domu i czekałem na klatce aż mama wróci z pracy - albo tata."

Hmmm. Książka jest o dzieciach z zerówki. Sześć lat. Gdybym wypuściła sześciolatkę samą do zerówki... Strach pomyśleć. A gdybym jeszcze kazała dziecku czekać na klatce aż wrócę... Artykuł w Super Expressie gwarantowany. I wizyta kontrolna pań z opieki społecznej.

"- Tato - powiedziałem.
- Hm? - spytał tata.
- Jeden chłopak mnie uderzył. W głowę.
- Trzeba mu było oddać - powiedział tata i wsadził gazetę pod pachę. Wyjął klucze i otworzył drzwi.
- Czemu nie oddałeś? On pomyśli, że z ciebie mazgaj."

Nawet nie wiem od czego tu zacząć :D Po pierwsze: ojciec nie przejął się, że jego syn zarobił w głowę, po drugie: co kogo obchodzi zdanie agresora? A na domiar złego tata jest jakby lekko rozczarowany. :D
Reakcja syna na rozmowę z tatą:

"Było mi wstyd. Przecież tata myśli, że ja jestem dzielny."

Wow. Prześladowca go sponiewierał, i jeszcze mu wstyd, bo zawiódł tatę ;)
Moje dzieci okazały zdziwienie reakcją książkowego ojca. Nie wiem, czy to dobrze czy źle ;)

Dalej jest happy end: sponiewierany chłopiec przy kolejnej okazji staje bohatersko w obronie brudnej dziewczynki i udaje mu się wytrącić prześladowcę z równowagi i zastraszyć. End jest bardzo happy i bardzo naciągany - w rzeczywistej rzeczywistości mały chudy okularnik w konfrontacji z większym i silniejszym agresorem zebrałby epicki łomot. Może nawet w słusznej sprawie, ale co z tego. No, ale wtedy nie byłoby morału, którym każda zaangażowana książka merda jak zwichniętym ogonkiem: bądź odważny i sam załatwiaj swoje sprawy a wszystko będzie dobrze.
Taaaak.

TUTAJ można oglądnąć jak tę książeczkę interpretuje Niekryty Krytyk :D Śmiechłam ;)

wtorek, 26 stycznia 2016

Złe książki

"50 shades of Grey"
Do Greya mam słabość z powodów emocjonalnych tudzież osobistych (bardzo się wzruszyłam przy czytaniu z przyczyn zupełnie innych niż zamierzone przez autorkę), ale nie twierdzę, że to dobre książki. Wręcz przeciwnie: są tragicznie źle napisane :D I dzięki temu bardzo zabawne. Przeczytałam trzy części, czwartej nie dałam rady, ale nie muszę - Paweł Opydo ze Złych Książek zrobił to za mnie i wyhaczył wszystko co warto zauważyć.
Chwilami płakam ze śmiechu. W tłumaczeniu te perełki są jeszcze zabawniejsze niż w oryginale ;)

Część pierwsza. Odbieranie telefonu kroczem i wacek niedający spokoju :D



Część druga: Lubisz ser? Oraz o fedrowaniu na całego.



Część trzecia: Jak rozpoznać dobrą kobietę? O kroczu konającym z głodu. (Christian ewidentnie ma wielofunkcyjne krocze, odbiera nim telefony, patrzy oraz je ;) )



Część czwarta: penis budzi się do życia i wkłada Przeklęty Kondom. Oraz odbiera maile. :D



Aż szkoda że to koniec ;)

piątek, 18 grudnia 2015

Caroline Kepnes - "You"

Woohoo.
Ale jazda.
Oto ma wycieczka - jak śpiewa Kaliber 44 - do wesołego miasteczka; zagłębiam się w struktury budowli z tektury... Nie, tak naprawdę zagłębiam się w struktury myślowe kompletnego czubka. Joe Goldberg pracuje w niedużej księgarni (jak tu nie polubić faceta, który pracuje w księgarni i w dodatku czyta książki?). Pewnego dnia zaglada tam Guinevere Beck, która z wyglądu przypomina Natalie Portman i każde się nazywać "Beck" bo nie znosi swojego imienia. Płaci kartą kredytową, dzieki czemu Joe poznaje jej nazwisko. Żyjemy w dobie internetu, więc namierzenie jej online nie sprawia mu najmniejszej trudności, szczególnie, że gdyby odłączyć tę laskę od Twittera i maila, prawdopodobnie umarłaby na syndrom odstawienia. W dużym skrócie:Joe ją kocha. By z nią być, usunie z drogi wszystkie przeszkody. I pozbędzie się ciał.

Mamy narratora pierwszoosobowego, więc wędrujemy sobie bezpośrednio po umyśle Joego i przyglądamy się jego rozważaniom, motywacjom, planom, emocjom i pragnieniom niczym przez szkło powiększające. Ach, co za podróż. W konfrontacji z głową Joego trujący ogród w Alnwick może się schować.
Trudno mi było się oderwać, nie wyprę się chorej fascynacji jego obsesją, jego pokręconą i w dziwaczny sposób spójną wariacką logiką... Język potoczysty i potoczny, wulgarny (uwielbiam), emotywny, malarski niemalże. Postacie dość wielowymiarowe, całkiem prawdziwe, rozwijane tak sprytnie, że wodzony za nos czytelnik zaczyna kibicować nie temu, komu -zgodnie z logiką i ogólnie przyjętymi zasadami moralnymi - powinien.
I ta obsesja... och, taka piękna  totalna, nienasycona obsesja, konstrukt wysnuty z czystej fantazji, piętrowy zamek na szklanej górze. Nadzieja i ślepa rozpacz, lęk i radość, wszystko bardzo prawdziwe, bardzo bliskie, czarowne, bezwzględne i kompletnie oderwane od rzeczywistości. Obłęd jak wir.

I, myślę sobie, omójboże jak to o mnie swiadczy, że tak czule i mocno się utożsamiam z porąbanym świrem-mordercą? ;)  Może to nie tyle świadczy o mnie, co o kunszcie autorki. I tego, khem khem, się trzymajmy ;)

Książka, krótko mówiąc, w mojej bardzo subiektywnej ocenie, zacna. Wyszła po polsku. Dla jasności sprawy: to literatura, zwana popularną, z wszystkimi jej zadami i waletami ;)

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Małgorzata Halber - "Najgorszy człowiek na świecie"

Kiedy dobra koleżanka pożyczyła mi tę książkę, ze słowami: "Rzuć wszystko i czytaj to!" byłam zaintrygowana, ale bez przesady. Okazało się, że koleżanka miała rację, cokolwiek czytałam w tamtym momencie, było gorsze od Halber.
To jest książka wiwisekcyjna. Pruje flaki. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytała coś tak boleśnie prawdziwego, coś z czym mogę się tak mocno utożsamić. Pisana w pierwszej osobie historia Krystyny - alkoholiczki  i narkomanki i jej prób zerwania z nałogiem wwierca się w czytelnika bez znieczulenia, pobudza do płaczu, czasem śmiechu i zdumienia: "Ja też tak mam!".
Nie mogłam nie pomyśleć o przesłaniu książki dr Gabora Mate "In the realm of hungry ghosts", najlepszej (moim zdaniem) analizy mechanizmu powstawania uzależnień. Niewielu z nas powędruje drogą Krystyny - alkoholiczki i narkomanki. Ale niemal każdy z nas nosi w sobie ten sam głód, tę samą pustkę i lęk, dlatego emocje, tak świetnie odmalowane przez M. Halber wspólne są nam wszystkim. Bardzo uniwersalna lektura. I wyczerpująca. Kibicujemy Krystynie, zaplątanej w polski system opieki zdrowotnej, poznajemy jej terapeutów, którymi miałoby się ochotę solidnie potrząsnąć, obserwujemy zwycięstwa i porażki. Nie ma lukru, nie ma słodyczy i amerykańskiego uśmiechu oraz hurraoptymizmu i mentalności sukcesu. Jest bure linoleum, dziwni ludzie, wątpliwości, lęk i niepewna przyszłość.

"Nie masz osobowości człowieka sukcesu.
Preferujesz życie bez wychodzenia z domu.
Lista osób, od których jesteś gorszy nieustannie się wydłuża.
Jedyne co cię pociesza, to fakt że inni też muszą żyć.
Jesteś Bohaterem."

Małgorzata Halber jest również autorką rysunków z Bohaterem czyli "obrazków o tym jak się w środku czujesz, ale nikomu przecież nie będziesz tego mówić". Bardzo je lubię.
Ostatnio wydano "Kołonotatnik z Bohaterem", który od razu nabyłam i mam na biurku. Służy mi za przypomnienie, że wielu ludzi ma tak samo jak ja. I że to jest ok :)


piątek, 13 listopada 2015

Zrób szczeniaka z ziemniaka

Z cyklu: Mroczne Piękno Znalezione w Sieci.

OTO RADZIECKA KSIAŻKA DLA DZIECI, ilustrowana rysunkami, ewidentnie pokazującymi jak robić zabawki z... ziemniaków i zapałek.

Proszzz, obrazeczek na zachętę:


Prawda, że przepiękne? Mnie się zjeżyły włosy na głowie, szczególnie w kontekście tego, co stało się w kolebce Jedynie Słusznego Ustroju już kilka lat po wydaniu tego arcydzieła.

piątek, 2 października 2015

Północne opowieści

Skończyłam czytać kryminalną sagę Camilli Lackberg i nie wiem co teraz począć ze swoim życiem ;)
Nie były to dzieła wybitne, bynajmniej, raczej mierne, o czym niechaj świadczy fakt, że już w połowie każdej z książek wiedziałam kto zabił i czemu. A zazwyczaj jestem cienka w te klocki i łatwo mnie wykołować.
Tym niemniej rozrywka była solidna, wzmocniona dużą dawką skandynawskości, co uwielbiam. Mam nadzieję, że pani Lackberg wyprodukuje więcej, bo świetnie mi się przy jej powieściach uciekało od brutalnej rzeczywistości i, muszę przyznać, niektóre pomysły były nader oryginalne.
Chyba pójdę dalej w klimaty północne i skończę trylogię Anne B. Ragde, kurzącą się gdzieś w stercie "do przeczytania". To już zacna literatura, której nic nie mogę zarzucić. Potem pewnie będzie powrót do zbrodni - Mankell (wszak to klasyk) no i wypadałoby wreszcie skosztować Jo Nesbo. Dzięki niech będą Najwyższemu za skandynawskie kryminały.


środa, 5 sierpnia 2015

Cytat na dziś

"I am one of the searchers. There are, I believe, millions of us. We are not unhappy, but neither are we really content. We continue to explore life, hoping to uncover its ultimate secret. We continue to explore ourselves, hoping to understand. We like to walk along the beach, we are drawn by the ocean, taken by its power, its unceasing motion, its mystery and unspeakable beauty. We like forests and mountains, deserts and hidden rivers, and the lonely cities as well. Our sadness is as much a part of our lives as is our laughter. To share our sadness with one we love is perhaps as great a joy as we can know - unless it be to share our laughter. We searchers are ambitious only for life itself, for everything beautiful it can provide. Most of all we love and want to be loved. We want to live in a relationship that will not impede our wandering, nor prevent our search, nor lock us in prison walls; that will take us for what little we have to give. We do not want to prove ourselves to another or compete for love."

James Kavanaugh

niedziela, 26 lipca 2015

Nathan Ballingrud - "North American Lake Monsters"

To zbiór opowiadań, który wyhaczyłam na jakiejś liście najlepszych horrorów (nic nie poradzę, horrory to moja wielka słabość). Nie miałam szczególnych oczekiwań, kilka innych pozycji z tej samej listy nie zerwało mi kapci z nóg, więc i do tej podchodziłam bez napinki. Ładną ma okładkę.
Po pierwszych dwóch stronach lektury zaświeciły mi się oczy, bo zorientowałam się, że mam w ręku coś fantastycznego. W każdym tego słowa znaczeniu.
Piękna, refleksyjna proza, oszczędna, przemyślana, doprawiona odrobiną niesamowitości. Uderzające jest jednak to, że niesamowitość nie jest osią tych historii, znajduje się jakby z boku, rzuca swoje dziwne światło na losy bohaterów i wsącza się w narrację kropla po kropli, od niechcenia.
W opowiadaniach mieszkają zwykli ludzie - samotna matka, pracująca jako kelnerka; mąż, upadający pod ciężarem depresji żony; chłopiec, który nie akceptuje nowego partnera matki; bezdomny, poszukujący córki; były więzień, usiłujący ułożyć sobie na nowo życie z żoną i córką; rodzice, którym porwano dziecko. Rodziny w kryzysie, rodziny w stanie rozkładu, ludzie na rozdrożu, zagubieni i samotni. W życie owych ludzi, w pewnym momencie, wkracza Inne. Nie demoluje im egzystencji, niczego nie wywraca do góry nogami, nie przyciąga uwagi... tylko, niczym umiejętnie zaaplikowany barwnik, wydobywa na światło dzienne i pokazuje te prawdziwe potwory: opuszczenie, bezradność,  miłość, tęsknotę czy gniew.
Nie będę się silić na rzetelne oceny i analizy, nie potrafię. Pokochałam tę książkę bezkrytycznie, przeczytałam już dwukrotnie, z ołówkiem w ręku, podkreślając fragmenty, które najgłośniej do mnie mówią.Wystaje z niej las karteczek w kształcie liści, którymi zaznaczam sobie co ważniejsze strony.
Wrócę do tych historii nie raz. Moje osobiste demony się tego domagają. Najwyraźniej ciągnie swój do swego.


czwartek, 11 czerwca 2015

Katarzyna Bonda

Przyznaję, że to nazwisko było mi zupełnie obce. Aż pewnego dnia na fejsie wyskoczyło mi zdjęcie z Targów Książki, na którym moja sympatyczna koleżanka z pewnego wydawnictwa uśmiechała się radośnie w towarzystwie jakiejś promiennej blondynki, zwanej "Królową" oraz okładki książki, której, jak domniemywałam, blondynka była autorką. Sprawdziłam kto zacz i tak oto odkryłam (mocno poniewczasie) Królową Polskiego Kryminału.
Merlin.pl miał promocję, więc czem prędzej zaopatrzyłam się w kilka książek. Przeczytałam i stwierdzam, że monarszy tytuł nie jest na wyrost - książki były bardzo zacne. Bardzo.


Na pierwszy ogień poszedł "Pochłaniacz", część pierwsza tetralogii o profilerce Saszy Załuskiej. Dziełko słusznych rozmiarów - ponad 600 stron. Ciasno napchanych treścią, od której trudno sie oderwać. Katarzyna Bonda jest świetną opowiadaczką. Gawędziarką. Jej książki to witraże opowieści, każda postać ma swoją historię, żywą i interesującą, nawet jeśli nakreśloną w zaledwie kilku zdaniach. Historie zazębiają się, wyrastają jedna z drugiej, dopełniają się nawzajem. Bohaterowie są wyraziści, dopracowani, intryga odpowiednio zawikłana, wątki poprowadzone precyzyjnie, nic się nie rwie, nic nie ginie. Zakończenie całkiem zaskakujące (chociaż w sumie trudno mi to ocenić, nie jestem koneserką kryminałów).
Królowa zajmuje sie również nauczaniem kreatywnego pisania i, trzeba przyznać, zna swój fach. Bardzo zacna literatura rozrywkowa.

Następnie wzięłam się za "Okularnika". Tu było jeszcze lepiej. I dłużej - coś koło 800 stron. Akcja rozgrywa się w Hajnówce, w rodzinnych stronach autorki. Byłam w Hajnówce nie raz i nie dwa, ale nigdy bym nie przypuszczała, że można o tamtych okolicach TAK pisać.  "Okularnika" umiejętnie dosmaczono konfliktami na tle narodowościowym: Polacy kontra Białorusini. Długa historia koegzystencji, nie zawsze pokojowej, tradycje, zwyczaje, życie codzienne - wszystko to przykuwa uwagę i nadaje powieści bardzo szczególnego charakteru. Przyznaję, byłam zachwycona.
Odniosłam wrażenie, że w "Okularniku" było jakby brutalniej, okrutniej, smutniej i bardziej bezwzględnie. Ale też piękniej. Szczegółów nie zdradzę, bo szkoda psuć przyjemność z lektury. Czekam na dwie kolejne części.

Nastepnie łyknęłam "Polskie morderczynie". To już literatura faktu, perełka, w której pani Bonda pokazuje się od najlepszej strony jako dziennikarka (pracowała kiedyś jako sprawozdawca sądowy).
Na książkę składają się wywiady z kobietami skazanymi za zabójstwo. Każdy rozdział zaczyna opowieść samej skazanej, w drugiej części natomiast Bonda przedstawia fakty z akt sądowych, dotyczące popełnionej zbrodni.
Książka zwala z nóg. Jest tak obiektywna, jak to tylko możliwe, autorka ustrzegła się czarnobiałości, grania na emocjach i powierzchownych osądów. Niepokoi, zmusza do myślenia, zasmuca.
Niektóre historie są wstrząsające. A jeszcze bardziej wstrząsające jest odkrycie, że owe panie to nie inny gatunek, odległy i obcy, tylko kobiety takie jak ja. Jedyną różnicą jest Decyzja, którą podjęły z różnych powodów, czasem więcej niż uzasadnionych.
Piękna i bardzo ludzka książka, dla mnie osobiście - lekcja pokory.

Wprawdzie nie mam ambicji twórczych, ale nie mogłam sobie odmówić i kupiłam jeszcze "Maszynę do pisania". Na razie nie mam czasu zgłębić, jednakowoż w myśl powiedzenia "po owocach ich poznacie" oczekuję solidnej dawki wiedzy na temat pisarskiego warsztatu ;) Owoce były smakowite ;)

sobota, 23 maja 2015

Robale

Zakupiłam tę książkę. Moje dzieci ją uwielbiają :) Oglądamy codziennie, dziewczynki entuzjastycznie wzdrygają się i piszczą przy każdej kolejnej stronie, ale nie mogą się oderwać :D
Książeczka jest nieduża, tylko kilka stron, ale kompletnie powala starannością wykonania i perfekcyjną szatą graficzną. Ma mnóstwo zakamarków do odkrywania, sporo informacji (po angielsku, Młode czują się zaciekawione i zmotywowane do nauki) no i te wyłażące z niej robale... Coś wspaniałego :)

czwartek, 7 maja 2015

Neil Gaiman - "The ocean at the end of the lane"

Gaiman pisze cudne baśnie. Miesza magiczne z naukowym, starożytne ze współczesnym, przyprawia odrobiną autentycznej grozy (serio, w pewnym momencie miałam ciary na plecach) i voila!, mamy smacznego bestsellera.
Narrator (którego imienia nie poznajemy) przyjeżdża na pogrzeb do miejscowości, w której mieszkał jako dziecko i w której czterdzieści lat wcześniej przytrafiło mu się coś, łagodnie mówiąc, dziwnego.
Wspomina jak pewnego dnia cały jego świat stał się obcy i nieprzyjazny. Zaczęło się od urodzinowego przyjęcia, na które nikt nie przyszedł, a potem było tylko ciemniej...
Poznajemy małego chłopca, zagubionego w książkach, jego matkę i ojca, którzy raczej nie wygraliby konkursu na "Rodzica Roku", młodszą siostrę, która ma w życiu lepiej (jak to z młodszymi siostrami bywa ;). Do ich uniwersum, zupełnym przypadkiem, wpycha się coś, czego tam być nie powinno.
Wiele rzeczy mnie urzekło: typowo gaimanowska, szybko mroczniejąca atmosfera, prześwietne i silne kobiety, uroczy mariaż magii z wiedzą i łączący wszystko w całość spokojny smutek. A może to nie smutek tylko rezygnacja? Pogodzenie z losem?
To raczej książka dla dorosłych, ale nietypowa. Puka do tego dziecka, które każdy nosi w swojej głowie:
"Grown-ups don’t look like grown-ups on the inside either. Outside, they’re big and thoughtless and they always know what they’re doing. Inside, they look just like they always have. Like they did when they were your age. The truth is, there aren’t any grown-ups. Not one, in the whole wide world."
Cytat, który mnie złapał; w całej powieści, co jakiś czas wybijała świadomość kruchości świata:
"I saw the world I had walked since my birth, and I understood how fragile it was, that the reality I knew was a thin layer of icing on a great dark birthday cake writhing with grubs and nightmares and hunger."
Właśnie tak jest.

niedziela, 3 maja 2015

Dmitry Glukhovsky - "FUTU.RE"

Czytam wszystko, ale moim lądem jest i pozostanie fantastyka. Co ciekawe, przy całej mojej miłości do literatury anglojęzycznej, najbardziej cenię fantastykę polską i tę zza wschodniej granicy. Nie zdarzyło mi się zawieść na Strugackich, Bułyczowie czy Łukanience. Głuchowskiego również poważam, więc kiedy nad ruchomymi schodami na jednej ze stacji metra, z wielkiego billboardu popatrzyła mi w oczy niepokojąca okładka jego najnowszej książki, nabyłam rzeczone dzieło (635 stron!) przy pierwszej okazji. Na okładce widniało ostrzeżenie "+18. Powieść przeznaczona dla dorosłego czytelnika." Nigdy przedtem nie spotkałam się z niczym podobnym. Co jest w tej książce takiego, że nie powinny jej tykać dzieci?
Szybko się dowiedziałam co. Jestem dość odporna na straszne i dziwne, a tutaj znalazłam obydwa, w wielkiej obfitości. Opowieść rozwija się przed czytelnikiem jak cuchnący kwiat, od którego oczy łzawią, ale nie da się oderwać wzroku.
Witamy w przyszłości, w świecie gdzie udało się zagwarantować wszystkim nieśmiertelność i młodość. Ludzkość osiągnęła wreszcie to, o czym marzyła od tysięcy lat. Nie chorują, nie starzeją się, nie umierają. Wielki sukces. Tyle, że świat dusi się z przeludnienia, brakuje miejsca do życia,
żywności i energii. Planetę pokrywają gigantyczne wieżowce, w których miliardy ludzi tłoczą się w klatkach o powierzchni czterech metrów kwadratowych. W Nowej Europie specjalne prawa dotyczące rozmnażania mają zapobiec katastrofie demograficznej. Ich przestrzegania pilnuje Falanga, organizacja złożona ze ślepo lojalnych bojowników - Nieśmiertelnych, szkolonych od dziecka w specjalnych instytucjach. No właśnie, od dziecka... Skąd oni się tam biorą? Dowiedziałam się, chociaz wolałabym nie wiedzieć.
Narratorem jest właśnie jeden z Nieśmiertelnych, Jan. Jego teraźniejszość przeplata się ze wspomnieniami z dzieciństwa. I jedno i drugie może przyprawić o senne koszmary. Powoli rozgladamy się po tym nowym,wspaniałym świecie oczami Jana a to co widzimy, budzi pół na pół strach i obrzydzenie.Wizja poraża rozmachem. Świat jest przemyślany i fascynujący. Zwroty akcji systematycznie podnoszą poziom adrenaliny i zaskakują, wątki przeplatają się precyzyjnie, sens wyłania się powolutku a na końcu i tak dostajemy po głowie.
"Futu.re" ma w sobie to, za co tak kocham fantastykę - żwawa napierdalanka i techno- fajerwerki to szkielet, atrakcyjna fasada, za którą tkwią rzeczy mroczniejsze, głębsze, ponure pytania i jeszcze bardziej ponure próby odpowiedzi. To książka o dorastaniu dorosłego, o miejscu religii w życiu człowieka, o miłości która nie daje się kontrolować, o sensie, o istocie człowieczeństwa, o poświęceniu i o godności. Niezwykle intensywna, wręcz brutalna, bezlitosna, a przy tym ogromnie wzruszająca i przy całej swojej oślizgłej, toksycznej wizji - cudownie czysta. Znakomicie napisana i równie znakomicie przetłumaczona (z rosyjskiego), nie ma w sobie tej charakterystycznej drętwoty właściwej przekładom z angielszczyzny. Bardzo wciąga, sześćset stron wchodzi błyskawicznie. Po niektórych fragmentach nie mogłam się pozbierać przez kilka godzin, ostrzeżenie na okładce jest IMO uzasadnione. Jedna z książek, do których zamierzam wracać, bo ładunek emocjonalny, który niesie, zwyczajnie uzależnia.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Dousznie. Oraz "Białe" Ilony Wiśniewskiej

Eska Rock często zapodaje Nightwish, za co jestem im wdzięczna. Im głośniej tym lepiej.

.

Skończyłam czytać "Białe" Ilony Wiśniewskiej. I dziekuję dobrej koleżance, która wkłada mi w ręce świetne polskie książki.

Bardzo północny reportaż z zimnej wyspy. Usiany ciekawostkami (co się robi z kupą w Arktyce?), mnóstwem niezwykłych ludzi i ich poplątanych losów. Życie codzienne i niecodzienne, praca i rozrywka, miasteczko liczące niewiele ponad dwa tysiące dusz kilkudziesięciu narodowości. Średnia wieku nie przekracza 40 lat, bo mieszkać tam mogą tylko ci, którzy są w stanie sami o siebie się troszczyć.
Noc polarna - kilka miesięcy w roku zasypiasz, budzisz się i żyjesz w kompletnych ciemnościach. Potem dzień polarny - kilka miesięcy słońce świeci non-stop. To dopiero coś. Noc zapewne podobałaby mi się bardziej.
Chciałabym tam pojechać. Wszystko wydaje się takie... prawdziwsze. Bardziej rzeczywista rzeczywistość. Zdefiniowałabym się ta rzeczywistością. Zimne jest piękne.

piątek, 17 kwietnia 2015

Harriet Lane - "Her"

Spodziewałam się dreszczowca. I dostałam dreszczowiec, ale nie taki, jakiego oczekiwałam. Nie ma krwi i prucia flaków, pościgów samochodowych, strzelanin i innych tego typu atrakcji. Jest za to gęstniejąca atmosfera, która zmieniła mi krew w żyłach w lodową kaszkę.
Narratorki są dwie - zimna, wyrachowana, psychopatyczna Nina, malarka, matka siedemnastolatki, żona drugiego męża, zamożna, zadbana, zorganizowana. I Emma - matka trzylatka i półrocznej niemowlaczki, tonąca w chaosie zajechana kobieta domowa. Spotykają się przypadkowo. Nina pamięta Emmę i od początku wiadomo, że ma do niej jakiś zadawniony, zapiekły żal. Zaczyna snuć intrygę i wciąga Emmę do swojego życia. Emma nie pamięta Niny, niczego nie podejrzewa. Jest wdzięczna za zainteresowanie.
Ich opowieści się przeplatają, patrzymy na te same sytuacje z dwóch różnych perspektyw. Wspomnienia Niny układają się pomalutku jak puzzle, pod koniec książki dostajemy pełny obraz. Kiedy zorientowałam się o co jej chodzi, po prostu mnie zatkało, bo jej motywacja była kompletnie chora, w kontekście jej postępowania względem Emmy i jej dzieci wręcz przerażająca, a przy tym tak bardzo ludzka i w swej prostocie tak bardzo mi bliska... Fragmenty historii Emmy były smutne - opresja macierzyństwa, uwiązanie w domu, potworne zmęczenie, codzienna frustracja, użerka z mężem, który niby dobry ale nie do końca, wszystko odmalowane mistrzowsko, bez przesadyzmu i w niewielu świetnie dobranych słowach. Z początku myslałam, że to będzie "moja" bohaterka, ale w połowie książki ze zdziwieniem stwierdziłam, że odnajduję siebie w obu paniach, i w zajeżdżonej matce i w psychopatce szukającej okazji do wymierzenia (słusznej bądź niesłusznej) kary.
To nie jest pogodna lektura na słoneczny dzień. To znakomicie napisana powieść na dżdżystą i wietrzystą noc, kiedy światła gasną a wiara w ludzkośc spada poniżej zera. Podobało misie.

sobota, 11 kwietnia 2015

Czasospędzacze

Pomalutku, kawałek po kawałku kwiatek za kwiatkiem, listek obok listka. Doskonałe na nerwy i podobno demencji nie dostanę jak będę się bawić kredkami. Tak wynika z najnowszych badań. Chociaż nie wiem czy demencja nie byłaby dobrym rozwiązaniem w moim przypadku, bo całkiem sporo chciałabym zapomnieć.
Pierwszy obrazek zupełnie mi nie wyszedł, więc nie ma czego pokazywać.
To jest drugi. Uratował życie mojej rodzinie w święta.


 Rozpędziłam się i szybko machnęłam następny.


I jeszcze dwa


Z tego jestem bardzo zadowolona, wyszedł ślicznie, spędziłam nad nim cztery noce, kiedy potomstwo sie pospało a mnie nerwy trzymały w pionie. Po opracowaniu kilku takich kwiatusiów pada człowiek na twarz i zasypia snem sprawiedliwego ;)


Tutaj work in progress.


Kiedy pracują same ręce, efekt terapeutyczno - eskapistyczny jest niepełny. Głowę też trzeba czymś zająć, najlepiej niezbyt absorbującym audiobookiem.

Skończyłam właśnie słuchać "Divergent" Veroniki Roth. Ciut późno, wiem, cały szał dawno minął, ale chciałam zobaczyć co zacz, bo jakis czas temu pełno tego było wszędzie.
Cóż... Jest tym, czym jest, niczym mniej i niczym więcej - średnio dobrze napisaną powieścią dla młodzieży, opartą na średnio dobrym ( i wtórnym) pomyśle. Okładka przypomina "Hunger Games" i pewnie o to chodziło, ale "Hunger Games", choć literaturą tego samego segmentu jest, to plasuje się sporo wyżej pod względem i koncepcji i wykonania.
W "Divergent" wszystko jest proste i przepełnione emocjami (to mnie akurat nie zraża, jeśli autor umie te emocje wsączyć w tekst, tutaj jednakowoż poszło raczej miernie, miało być "porywające" a jest "afektowane"). Konstrukcja dystopijnego świata na tyle interesująca, żeby nie uśpić czytelnika po pierwszym rozdziale, ale na tyle prosta, żeby odnalazł się w niej bez trudu przeciętny gimnazjalista. Co dla czytelnika dwa razy starszego bywa męczące, ale niekoniecznie jest wadą, biore poprawkę na fakt, że nie jestem w grupie docelowej tego produktu. Język nieskomplikowany jak konstrukcja cepa a przy niektórych zdaniach cierpły mi zęby, bo jechało Harlequinem i Barbarą Cartland. Co również nie musi być wadą, jak będę chciała ładnie i kunsztownie to se poczytam Hrabala, Calvino albo Stasiuka. Tu wystarczyło, żeby akcja kulała się do przodu w miarę sprawnie i już.
Ogólnie rzecz biorąc - czas dobrze stracony, na Goodreads dam 3 gwiazdki na 5. W sam raz do zajmowania głowy przy jakiejkolwiek dłubaninie, albo podczas podróży komunikacją miejską.

piątek, 10 kwietnia 2015

Niepokojące czytanki

Znalazłam listę: "What are the most disturbing novels?"
Disturbing novels to jest to, co tygrysy lubią najbardziej, więc zacieram ręce. Do tej pory przeczytalam tylko jedną pozycję z wymienionych - "The wasp factory" i zgadzam się, było mocne i świetne. Kilka innych wisi na mojej osobistej liście iluśset książek do przeczytania.

Przed chwilą łyknęłam natomiast ("łyknęłam" to, przyznaję, nie jest najlepszy czasownik odnośnie do tego tekstu, kto przeczyta, ten zrozumie)   "Guts" Palahniuka, krótkie opowidanko, zalinkowane na powyższej liście straszydeł. Podobno 73 osoby zemdlały podczas lektury. Ja nie zemdlałam i nie widzę powodu, ale faktycznie, jest moc i makabra wysokiej klasy, Palahniuk w pełnym rozkwicie, za to go uwielbiam. I ten sarkastyczny styl, wprost wyborny. Proszę czytać na własną odpowiedzialność i broń Boże przy jedzeniu ;)

Z innych czytanek - skończyłam "Elizabeth is missing" Emmy Healey
Też jest niepokojąca, ale w inny, mniej, khem khem, wisceralny sposób ;)
Narratorką jest starsza pani, która ma słabą pamięć. Bardzo słabą. Tak słabą, że kiedy skonczy jeść śniadanie, już nie pamięta czy w ogóle jadła.
Jej przyjaciółka Elizabeth zaginęła i Maud, bo tak starsza pani ma na imię, walczy ze swoją pamięcią, żeby odkryć co się z nią mogło stać. Przy okazji wspomina i usiłuje rozwikłać pewną tajemnicę sprzed kilkudziesięciu lat...
Bardzo wzruszająca książka. Bardzo przekonująca główna bohaterka. Popłakałam się, kiedy starsza pani nie pamiętała własnej córki, ale pamiętała, że musi szukać swojej przyjaciółki, bo Elizabeth zaginęła. I trzeba ją znaleźć.
Recenzje ta powieść ma bardzo dobre i słusznie. Jest dobra. Dobrze wyważona literatura - trochę dreszczyku, trochę wzruszeń, nieco melancholii, wszystko podkolorowane historycznymi detalami. Jeśli kogoś nie denerwują starsze zapominalskie panie, to polecam :)