... do wesołego miasteczka, za rogiem czeka na mnie śmiechu beczka..." że tak pojadę słowami tytanów hiphopu. Śmiechu beczka, zaprawdę powiadam wam.
Co tydzień, o 18.00 Ania i Matju mają zajęcia logopedyczne, na które trzeba ich odtransportować do mieszkania Cioci Logopedii. Ciocia Logopedia mieszka na Bródnie, 8 przystanków autobusem i 800m marszu od nas. Każda podróż to seria niezapomnianych doznań natury socjologicznej, estetycznej i psychologicznej.
Kiedy już uda mi się przywlec Matju z przedszkola a Anię ze szkoły na czas, nakarmić, odsikać, zapakować teczki z materiałami do zajęć, butelkę z wodą i zapas jedzenia (jeśli nie dostaną jeść w ciągu tych dwóch godzin to niechybnie umrą z głodu, co podkreślają dobitnie w każdy Dzień Logopedyczny), gdy uda mi się oderwać oboje od tableta z grą, zmusić do obleczenia się w warstwy zimowej odzieży i namówic do wyjścia,
udajemy się na przystanek.
Gdy już uda mi się powstrzymać Matju od wyskoczenia na jezdnię prosto pod pędzące samochody, uświadomić Ani, że wykrzykiwanie na głos "Kto ty jesteś? Pijak mały! Jaki znak twój? Trzy browary!" nie jest najlepszym pomysłem w miejscu publicznym, ani właściwie w żadnym innym, rozdzielić rodzeństwo kiedy zaczynają się bić i gonić wokół słupka z rozkładem jazdy, zignorować pełne dezaprobaty spojrzenia współstaczy przystankowych,
wsiadamy do autobusu.
W autobusie spotykamy szeroki wachlarz ludzkich typów. Nigdy nie jest nudno. A to wysztafirowana pańcia zlana perfumami w ilości zdolnej wytruć muchy w promieniu kilometra, błyskająca makijażem przywodzącym na myśl inwazję klaunów w Ameryce (mamooo, będę wymiotować, nie podoba mi się ten zapach).
A to pan, który ostatnie spotkanie z wodą i mydłem przeżył najprawdopodobniej w okolicach Wielkanocy (mamooo, będę wymiotować, nie podoba mi się ten zapach).
A to elegancka starsza pani, z lśniącymi siwymi włosami starannie zebranymi w nienaganny kucyk, odziana w futro, skórzane kozaki, w dłoni torebka, wszystko dobrane kolorystycznie i na pierwszy rzut oka nietanie. Na twarzy lekki makijaż, wymanikiurowane paznokcie. Autobus gwałtownie hamuje. Elegancka Starsza Pani leci parę kroków do przodu, łapie za uchwyt i głębokim zachrypniętym głosem rzuca: "w mordę jebana kurwa mać!!!"
A to wiercący się dzieciak, który piszczy, śpiewa, nie reaguje na polecenia, kopie współpasażerów po piszczelach, co jakiś czas wykrzykuje "pupa pierdzi!" i zaśmiewa się do rozpuku ze swojego wysublimowanego poczucia humoru... a nie, nie, wróć, to Matju jest. Hmmm. ;)
O czym to ja... Aha. No właśnie. Taka prosta rzecz, 8 przystanków autobusem i 800 metrów marszu, a po powrocie czuję się jakbym przeleciała Killera z Chodakowską. Szkoda tylko że sadło nie znika. Za to winko znika bardzo szybko ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe i duże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe i duże. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 listopada 2016
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Pocztówki z wakacji - Tatralandia
Wakacje trwały tydzień i okazały się niezbyt relaksujące z rozmaitych powodów, jednak żaden z nich nie był związany z owym miłym miejscem. Tatralandia jest owszem, w pogodne dni nieco... eee... ludna, żeby nie powiedzieć "zatłoczona", ale czysta, bezpieczna i bardzo, bardzo ładna.
Kiedy wyjeżdżaliśmy, pogoda była taka:
I tak pozostało przez kolejne cztery z siedmiu dni naszego pobytu.
Mieszkaliśmy w ślicznej "wiosce wakacyjnej"złożonej z drewnianych domków:
Nasz wyglądał tak:
W środku było bardzo czysto, wszystko działało bez zarzutu, a do tego był tam stryszek, którym od razu zachwyciły się dzieci:
Podczas spaceru po wiosce, znaleźliśmy zwierzaki:
Zabiedzonego kangura, którego było mi żal (nie wyglądał na szczęśliwego, ale w sumie kto go tam wie... może lubi góry.):
Królika, który wyglądał jakby cierpiał na permanentnego focha i emocjonalny dół (od razu poczułam do niego sympatię)
Kozy, które spały w pewnym oddaleniu od ziemi:
I rogate zwierzaki, które przy pomocy gugla zidentyfikowałam jako daniele. Do tej pory tylko o nich czytałam i nie mialam pojęcia jak wyglądają na żywo. Otóż wyglądają jak krzyżowka sarny z łosiem.
Mój ulubiony widok wyglądał tak. Mogłabym godzinami stać w tym punkcie, napawać się ciszą, powietrzem, zielonością i patrzeć na góry.
Sam aquapark jest absolutnie imponujący. Ogromny. I zadziwiająco czysty, pomijając zewnętrzny basen z woda termalną (który sobie upodobałam, bo było w nim ciepło i był z niego, a jakżeby inaczej, widok na góry). Basen ów po paru godzinach od otwarcia zmieniał się z zupę z owadów i ludziny. Reszta bardzo czysta.
W grocie, pod poziomem wody, zamiast ścian było akwarium z tropikalnymi rybami i koralowcami.
A mozaika na podłodze udawała morskie zwierzęta.
Ja nie dałam się przekonać do zejscia pod wodę :)
Ale Matju się przełamał :)
Kiedy wyjeżdżaliśmy, pogoda była taka:
I tak pozostało przez kolejne cztery z siedmiu dni naszego pobytu.
Mieszkaliśmy w ślicznej "wiosce wakacyjnej"złożonej z drewnianych domków:
Nasz wyglądał tak:
W środku było bardzo czysto, wszystko działało bez zarzutu, a do tego był tam stryszek, którym od razu zachwyciły się dzieci:
Podczas spaceru po wiosce, znaleźliśmy zwierzaki:
Zabiedzonego kangura, którego było mi żal (nie wyglądał na szczęśliwego, ale w sumie kto go tam wie... może lubi góry.):
Królika, który wyglądał jakby cierpiał na permanentnego focha i emocjonalny dół (od razu poczułam do niego sympatię)
Kozy, które spały w pewnym oddaleniu od ziemi:
I rogate zwierzaki, które przy pomocy gugla zidentyfikowałam jako daniele. Do tej pory tylko o nich czytałam i nie mialam pojęcia jak wyglądają na żywo. Otóż wyglądają jak krzyżowka sarny z łosiem.
Mój ulubiony widok wyglądał tak. Mogłabym godzinami stać w tym punkcie, napawać się ciszą, powietrzem, zielonością i patrzeć na góry.
Właściwie jedyne co mnie zdziwiło to jedzenie: na przykład ryż i ziemniaki w jednym daniu, na jednym talerzu, przy całkowitej nieobecności jakiejkolwiek zieleniny. Ale dzieci jadły, więc nie ma na co narzekać.
Sam aquapark jest absolutnie imponujący. Ogromny. I zadziwiająco czysty, pomijając zewnętrzny basen z woda termalną (który sobie upodobałam, bo było w nim ciepło i był z niego, a jakżeby inaczej, widok na góry). Basen ów po paru godzinach od otwarcia zmieniał się z zupę z owadów i ludziny. Reszta bardzo czysta.
Ulubionym miejscem Matju stała się grota do nurkowania.
Czuł się silnie zmotywowany podwodnymi skarbami i chciał się uczyć zanurzania.
Dziewczynki nurkują jak foki.
W grocie, pod poziomem wody, zamiast ścian było akwarium z tropikalnymi rybami i koralowcami.
Ja nie dałam się przekonać do zejscia pod wodę :)
Ale Matju się przełamał :)
Cdn :)
sobota, 14 maja 2016
Piknik edukacyjny Politechniki
W zeszłym tygodniu zaliczyliśmy Piknik Średniowieczny w Muzeum Wojska Polskiego oraz Piknik Naukowy na Stadionie. Pełny sukces i świetna zabawa.
W ten weekend, szukając czegoś do zrobienia poza domem, trafiłam na informację o Pikniku Edukacyjnym na Polibudzie. Mąż, jako absolwent tejże, żywi ciepłe uczucia do swej Alma Mater i nie dał się długo namawiać. Dzieci nie były przekonane, ale nie miały nic do powiedzenia, postanowiliśmy nałożyć im przemocą oświaty kaganiec ;)
Było ciekawie.
Były wybuchy.
Najbardziej podobały mi się Hexbugi Nano. Gdybym miała większe biurko to ustawiłabym sobie na nim takie terrarium z robocikami. Fascynujące, lepsze niż rybki ;)
Można było się napić soku z suchym lodem, który bąblował oraz robił sceniczny dym.
W ramach rozrywki nieintelektualnej była budka foto z akcesoriami do przebierania...
I dmuchawki do skakania. Przy tym urządzeniu spędziliśmy dobrą godzinę. Na szczęście dawali darmowy popcorn i watę cukrową. Nie, nie dzieciom. Nam. Dzieci były zbyt zajęte.
Oprócz tego wielkie mydlane bańki do puszczania na wietrze; wybuchy wulkanu; pokazy chemiczne; drukarka 3D drukująca na oczach zachwyconych młodocianych różowe figurki Pikachu; coś co nie wiem czym było, ale składało się z keyboardu podłączonego do rurki z gazem, z której strzelał ogień podczas grania; lewitujący magnes zamrożony ciekłym azotem... I mnóstwo innych rzeczy. Cuda, panie, cuda i dziwy wszelakie.
Nic dziwnego, że kiedy po opuszczeniu imprezy udało się nam wbić do małej acz zacnej knajpki na obiadowe wegeburgery (próbujemy uświadomić dzieciom, że jedzenie na mieście nie musi się składać z makdolca), Matju najpierw dostał focha, a następnie skłonił się niczym podcięta kosą lilia i w trzy sekundy zasnął na ławce z głową na moich kolanach.
Wieczór przebiega nerwowo, bo zmęczone potomstwo jest, krótko mówiąc, nie do wytrzymania. Zmęczeni rodzice także ;)
Ale warto było :)
W ten weekend, szukając czegoś do zrobienia poza domem, trafiłam na informację o Pikniku Edukacyjnym na Polibudzie. Mąż, jako absolwent tejże, żywi ciepłe uczucia do swej Alma Mater i nie dał się długo namawiać. Dzieci nie były przekonane, ale nie miały nic do powiedzenia, postanowiliśmy nałożyć im przemocą oświaty kaganiec ;)
Było ciekawie.
Były wybuchy.
Roboty, którymi można było posterować.
Najbardziej podobały mi się Hexbugi Nano. Gdybym miała większe biurko to ustawiłabym sobie na nim takie terrarium z robocikami. Fascynujące, lepsze niż rybki ;)
Można było się napić soku z suchym lodem, który bąblował oraz robił sceniczny dym.
I dmuchawki do skakania. Przy tym urządzeniu spędziliśmy dobrą godzinę. Na szczęście dawali darmowy popcorn i watę cukrową. Nie, nie dzieciom. Nam. Dzieci były zbyt zajęte.
Oprócz tego wielkie mydlane bańki do puszczania na wietrze; wybuchy wulkanu; pokazy chemiczne; drukarka 3D drukująca na oczach zachwyconych młodocianych różowe figurki Pikachu; coś co nie wiem czym było, ale składało się z keyboardu podłączonego do rurki z gazem, z której strzelał ogień podczas grania; lewitujący magnes zamrożony ciekłym azotem... I mnóstwo innych rzeczy. Cuda, panie, cuda i dziwy wszelakie.
Nic dziwnego, że kiedy po opuszczeniu imprezy udało się nam wbić do małej acz zacnej knajpki na obiadowe wegeburgery (próbujemy uświadomić dzieciom, że jedzenie na mieście nie musi się składać z makdolca), Matju najpierw dostał focha, a następnie skłonił się niczym podcięta kosą lilia i w trzy sekundy zasnął na ławce z głową na moich kolanach.
Wieczór przebiega nerwowo, bo zmęczone potomstwo jest, krótko mówiąc, nie do wytrzymania. Zmęczeni rodzice także ;)
Ale warto było :)
sobota, 31 października 2015
Ogród Światła
W zeszłą sobotę udało nam się kolektywnie, całą rodziną, wyjść z domu i pojechać na rozrywki. Nie wiem jak tego dokonaliśmy... Może udało się bo nie myśleliśmy nad tym za dużo. Ot, Mąż wrócił z Niemiec na weekend, ja zasugerowałam wyjście (fejsbuku, dziękuję ci za rozrywkowe podpowiedzi), Mężu się spodobało i nie pozwolił mi się wycofać w ostatniej chwili, kiedy w głowie, jak zwykle, kluły mi się z trzaskiem dziesiątki przeszkód: zimno, ciemno, dzieci będą głodne, będą chciały pić a potem siku i przedtem też siku, będą jęczeć, marudzić, domagać się i ogólnie zamienią miły wypad w masakrę.
Oczywiście mialam rację co do dzieci, ale przyznaję, warto było tam pojechać :)
"Tam" w tym przypadku oznacza Królewski Ogród Światła w Wilanowie.
Było pięknie :) Im ciemniej się robiło, tym bardziej magicznie wyglądał ogród z kolorowych lampek. Nie spodziewałam się efektu WOW, ale właśnie taki efekt był :D
Oczywiście im później, tym większy tłum walił wszystkimi wejściami.
Spacerowaliśmy po labiryncie świateł w najróżniejszych formach i kolorach. Dzieci biegały, oczarowane, wydając dziwne okrzyki. No dobra, przyznaję, ja też biegałam z otwartą buzią i wydawałam okrzyki ;) Bo jak tu się nie zachwycić kwiatkami:
Proszę, jakie piekne dzwonki:
I te cosie, co nie wiem czym są, ale są śliczne:
Zwierzaki też były, między innymi ślimol...
... i osa. A może pszczoła?
I biedra! Biedra wprost zachwycająca.
Do tego stopnia, że trzasnęłam sobie z nia selfika, w chorobliwym odcieniu zieleni. Teraz już wiem jak będe wyglądać jeśli utonę i wyłowią mnie po tygodniu.
Dmuchawce. Od dmuchawców nie mogłam się oderwać, są mistrzowskie.
Lilie wodne pod innym kątem:
I to, nie wiem co to, ale ma ładny kolor i można było wejść do środka (była kolejka).
W jednej części ogrodu co jakiś czas grała muzyka - po kolei "Poranek" Griega z "Peera Gynta", "Walc Kwiatów Czajkowskiego z "Dziadka do orzechów" i walc Chaczaturiana z "Maskarady", a do tego synchronicznie migały światełka. Bardzo przyjemne, mnie i Mężowi chciało się tańczyć, ale było za ciasno i za dużo mieliśmy na sobie warstw odzieży i dzieci (weź mnie na opaaaa, nic nie widzęęęę). Więc tylko się kiwaliśmy.
Dodatkową atrakcją jest mapping, co godzinę wyświetlany na froncie wilanowskiego pałacu.
W zeszłą sobotę była to "Bajka o królewskiej wydrze". Nie wiem, czy mają jakies inne opcje, ale przy tej siedziałam z otwartą paszczą i to dwa razy :D Zmusiłam rodzinę, żebysmy zostali na następny pokaz, bo za pierwszym razem staliśmy za daleko i ludzie mi przeszkadzali w odbiorze. Sio, ludzie.
Za drugim razem klapnełam z dziećmi na mokrą trawę w pierwszym rzędzie i nie dałam się stamtąd ruszyć. Pokaz jest króciutki, ale nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego, więc chłonęłam doznania całą sobą :D To, co mapping robi ze ścianą pałacu, wydawało mi się czarnoksięską sztuką. Dzieci wzdychały i pokrzykiwały, ja też wzdychałam i pokrzykiwałam, ale ciszej ;)
Zmarzliśmy, dzieci chciały siku i były głodne i znowu chciały siku, a do siku były tylko dwa NIEOŚWIETLONE (haha, Ogród Światła, zabawne, nie?) toi-toie w tylnym podwórzu.
Pewnie, dobrze że były, chwała organizatorom! W Polandii toaleta na rozrywkach nie jest oczywistością.... (Swoją drogą smutek i żal. Dla mnie dostępność i stan toalet są miarą cywilizacji. My jeszcze jesteśmy na szarym smętnym końcu. Sorry, dygresja.)
Toi-toie były nieoświetlone, a, przypominam, że to noc ciemna. Wpuśćcie dziecko do przenośnej, mocno już używanej toalety po ciemku - przepis na smrodliwe kłopoty ;) W końcu przyświecałam sobie i dzieciom telefonem, modląc sie, by mi nie wypadł ze zgrabiałych z zimna dłoni prosto do kibla. Ale jakoś udało się przeprowadzić operację "siku" bez strat materialnych.
Poza tą jedną niedogodnością wszystko było bardzo dobre. Kiedy znudziły się nam światełka, a raczej gęstniejące tłumy wokół światełek, Mąż i dzieci zaczęli się z piskiem ganiać po trawie, na wielkim podwórzu (przedpolu? dziedzińcu?) przed pałacem.
A potem do domu, gdzie zmęczone dzieci padły jak podcięte kosą, alleluja alleluja.
Ogólnie - polecam.Tylko weźcie ze sobą latarkę do kibla ;)
Oczywiście mialam rację co do dzieci, ale przyznaję, warto było tam pojechać :)
"Tam" w tym przypadku oznacza Królewski Ogród Światła w Wilanowie.
Było pięknie :) Im ciemniej się robiło, tym bardziej magicznie wyglądał ogród z kolorowych lampek. Nie spodziewałam się efektu WOW, ale właśnie taki efekt był :D
Oczywiście im później, tym większy tłum walił wszystkimi wejściami.
Spacerowaliśmy po labiryncie świateł w najróżniejszych formach i kolorach. Dzieci biegały, oczarowane, wydając dziwne okrzyki. No dobra, przyznaję, ja też biegałam z otwartą buzią i wydawałam okrzyki ;) Bo jak tu się nie zachwycić kwiatkami:
Proszę, jakie piekne dzwonki:
I te cosie, co nie wiem czym są, ale są śliczne:
Zwierzaki też były, między innymi ślimol...
... i osa. A może pszczoła?
I biedra! Biedra wprost zachwycająca.
Do tego stopnia, że trzasnęłam sobie z nia selfika, w chorobliwym odcieniu zieleni. Teraz już wiem jak będe wyglądać jeśli utonę i wyłowią mnie po tygodniu.
Dmuchawce. Od dmuchawców nie mogłam się oderwać, są mistrzowskie.
Lilie wodne pod innym kątem:
I to, nie wiem co to, ale ma ładny kolor i można było wejść do środka (była kolejka).
Konewka zmieniała kolor z żółto-pomarańczowego na fioletowo-różowy, a lampki udające wodę migotały, bardzo realitycznie symulując konewkowy prysznic.
Dodatkową atrakcją jest mapping, co godzinę wyświetlany na froncie wilanowskiego pałacu.
W zeszłą sobotę była to "Bajka o królewskiej wydrze". Nie wiem, czy mają jakies inne opcje, ale przy tej siedziałam z otwartą paszczą i to dwa razy :D Zmusiłam rodzinę, żebysmy zostali na następny pokaz, bo za pierwszym razem staliśmy za daleko i ludzie mi przeszkadzali w odbiorze. Sio, ludzie.
Za drugim razem klapnełam z dziećmi na mokrą trawę w pierwszym rzędzie i nie dałam się stamtąd ruszyć. Pokaz jest króciutki, ale nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego, więc chłonęłam doznania całą sobą :D To, co mapping robi ze ścianą pałacu, wydawało mi się czarnoksięską sztuką. Dzieci wzdychały i pokrzykiwały, ja też wzdychałam i pokrzykiwałam, ale ciszej ;)
Zmarzliśmy, dzieci chciały siku i były głodne i znowu chciały siku, a do siku były tylko dwa NIEOŚWIETLONE (haha, Ogród Światła, zabawne, nie?) toi-toie w tylnym podwórzu.
Pewnie, dobrze że były, chwała organizatorom! W Polandii toaleta na rozrywkach nie jest oczywistością.... (Swoją drogą smutek i żal. Dla mnie dostępność i stan toalet są miarą cywilizacji. My jeszcze jesteśmy na szarym smętnym końcu. Sorry, dygresja.)
Toi-toie były nieoświetlone, a, przypominam, że to noc ciemna. Wpuśćcie dziecko do przenośnej, mocno już używanej toalety po ciemku - przepis na smrodliwe kłopoty ;) W końcu przyświecałam sobie i dzieciom telefonem, modląc sie, by mi nie wypadł ze zgrabiałych z zimna dłoni prosto do kibla. Ale jakoś udało się przeprowadzić operację "siku" bez strat materialnych.
Poza tą jedną niedogodnością wszystko było bardzo dobre. Kiedy znudziły się nam światełka, a raczej gęstniejące tłumy wokół światełek, Mąż i dzieci zaczęli się z piskiem ganiać po trawie, na wielkim podwórzu (przedpolu? dziedzińcu?) przed pałacem.
A potem do domu, gdzie zmęczone dzieci padły jak podcięte kosą, alleluja alleluja.
Ogólnie - polecam.Tylko weźcie ze sobą latarkę do kibla ;)
niedziela, 4 października 2015
Boker Tov!
Czyli podobno po hebrajsku "Dobrego dnia". Dziś koleżanka W. (niech jej Pan Bóg wynagrodzi) zabrała mnie do Centrum Społeczności Żydowskiej na tamtejsze coniedzielne koszerne śniadanko.
W moim wieku hipsterka już nie przystoi, więc oparłam się pokusie fotografowania tego, co się pojawiało na stole, skupiłam się na dostojnym obżarstwie, a, zaprawde powiadam wam, było co łykać...
Na szczęście w necie słychać o śniadaniach w JCC i na tym BLOGU można obejrzeć serwowane tam smakowitości. Foccaccia była świeża i najpyszniejsza w świecie, to zielone paciajowate coś, co do tej pory nie wiem czym było, smakowało jak import prosto z raju, a marchewka z prażoną cebulką oraz sałatka z ziemniaków rzuciły mnie na kolana i zwiększyły mój obwód w miejscu, gdzie kiedyś mialam talię o jakieś 10 centymetrów. Całe szczęście, że wiedziałam czego się spodziewać i założyłam portki z gumą w pasie. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Na TEJ STRONIE znalazłam przepis oraz zdjęcie dania, które na jakiś czas stanie się moim ulubionym przysmakiem :D
Pikantna sałatka z marchewki
wg przepisu Yotama Ottolenghiego i Sami Tamimiego z książki „Jerusalem: A Cookbook”
Składniki:
6 dużych marchewek, obranych
3 łyżki oliwy
1 duża cebula, drobno posiekana
2 łyżki harissy
1/2 łyżeczki startego kuminu
1/2 łyżeczki kminku, mielonego
1/2 łyżeczki cukru
3 łyżki octu
sól morska, do smaku
2 łyżki prażonej cebulki
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
Marchewki włóż do szerokiego garnka, zalej wodą na tyle, by przykryła warzywa. Posól wodę i doprowadź do wrzenia. Gotuj na średnim przez ok. 20 minut, aż marchewki będą miękkie. Odcedź, ostudź, pokrój w 3 mm plasterki. Gdy marchewki się gotują, na połowie oliwy usmaż cebulkę, aż będzie złotobrązowa. Resztę oliwy wymieszaj z przyprawami. Polej sosem marchewkę, wymieszaj. Podawaj posypane pietruszką i cebulką.
W moim wieku hipsterka już nie przystoi, więc oparłam się pokusie fotografowania tego, co się pojawiało na stole, skupiłam się na dostojnym obżarstwie, a, zaprawde powiadam wam, było co łykać...
Na szczęście w necie słychać o śniadaniach w JCC i na tym BLOGU można obejrzeć serwowane tam smakowitości. Foccaccia była świeża i najpyszniejsza w świecie, to zielone paciajowate coś, co do tej pory nie wiem czym było, smakowało jak import prosto z raju, a marchewka z prażoną cebulką oraz sałatka z ziemniaków rzuciły mnie na kolana i zwiększyły mój obwód w miejscu, gdzie kiedyś mialam talię o jakieś 10 centymetrów. Całe szczęście, że wiedziałam czego się spodziewać i założyłam portki z gumą w pasie. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Na TEJ STRONIE znalazłam przepis oraz zdjęcie dania, które na jakiś czas stanie się moim ulubionym przysmakiem :D
Pikantna sałatka z marchewkiwg przepisu Yotama Ottolenghiego i Sami Tamimiego z książki „Jerusalem: A Cookbook”
Składniki:
6 dużych marchewek, obranych
3 łyżki oliwy
1 duża cebula, drobno posiekana
2 łyżki harissy
1/2 łyżeczki startego kuminu
1/2 łyżeczki kminku, mielonego
1/2 łyżeczki cukru
3 łyżki octu
sól morska, do smaku
2 łyżki prażonej cebulki
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
Marchewki włóż do szerokiego garnka, zalej wodą na tyle, by przykryła warzywa. Posól wodę i doprowadź do wrzenia. Gotuj na średnim przez ok. 20 minut, aż marchewki będą miękkie. Odcedź, ostudź, pokrój w 3 mm plasterki. Gdy marchewki się gotują, na połowie oliwy usmaż cebulkę, aż będzie złotobrązowa. Resztę oliwy wymieszaj z przyprawami. Polej sosem marchewkę, wymieszaj. Podawaj posypane pietruszką i cebulką.
piątek, 7 sierpnia 2015
Ciepełko
Myślałam, o naiwna ja, że nie ma nic gorszego niż duszne 30 stopni w domu i piekarnik na zewnątrz. Jakże się myliłam!
Na przystanku jak na patelni. Zero cienia, nowe, piękne, europejskie wiaty mają przezroczyste dachy, udatnie wzmacniające efekt piecyka. Smażysz się człowieku we własnym, aromatycznym sosie. Podjeżdża autobus.
Wsiadasz.
Umierasz.
Albowiem w autobusie nie ma klimatyzacji. I otwiera się tylko jedno małe okno, pozostałe są zamknięte na mur, bo autobus przystosowany jest do klimatyzacji... Po czterdziestu minutach w tym ekologicznym środku transportu wyczołgujesz się niemrawo, opierając się na okolicznych powierzchniach i parząc dłonie o rozgrzany metal, a upiorny gorąc na zewnątrz zdaje się zaledwie miłym ciepełkiem.
Drogi ZetTeeMie, jeśli upieracie się wozić ludzi bez klimatyzacji, to apeluję o wypuszczenie na ulice starych przegubowców, które miały normalne, otwieralne, duże okna. Miało być nowocześnie i wygodnie, a wyszło jak zwykle. Po **** komu klima, która nie działa? Vaffanculo.
Na przystanku jak na patelni. Zero cienia, nowe, piękne, europejskie wiaty mają przezroczyste dachy, udatnie wzmacniające efekt piecyka. Smażysz się człowieku we własnym, aromatycznym sosie. Podjeżdża autobus.
Wsiadasz.
Umierasz.
Albowiem w autobusie nie ma klimatyzacji. I otwiera się tylko jedno małe okno, pozostałe są zamknięte na mur, bo autobus przystosowany jest do klimatyzacji... Po czterdziestu minutach w tym ekologicznym środku transportu wyczołgujesz się niemrawo, opierając się na okolicznych powierzchniach i parząc dłonie o rozgrzany metal, a upiorny gorąc na zewnątrz zdaje się zaledwie miłym ciepełkiem.
Drogi ZetTeeMie, jeśli upieracie się wozić ludzi bez klimatyzacji, to apeluję o wypuszczenie na ulice starych przegubowców, które miały normalne, otwieralne, duże okna. Miało być nowocześnie i wygodnie, a wyszło jak zwykle. Po **** komu klima, która nie działa? Vaffanculo.
piątek, 17 lipca 2015
Fociszcza
Plaża hotelowa jest malutka, ale zupełnie wystarcza na potrzeby wakacjowiczów. Matju zapamiętale grzebał w piachu i moczył tyłek w jeziorze.
W tym czasie matka mogła wyprostować sobie powykrzywiane plecy na leżaczku.
Albo upocić się w sali fitness :) Jak flaki przestawały mi się skręcać to leciałam wykonywać ćwiczenia fizyczne, wszak podobno ruch to zdrowie ;)
W hotelowej restauracji był telewizor a w nim Mini Mini. Dzieki Bogu za to. Posiłki przebiegały bez zakłóceń, nawet Matju zjadał co miał na talerzu.
Codziennie były prowadzone animacje dla dzieci. Tego dnia młode były piratkami :)
A innego dnia tańczyły zumbę :) Na zdjęciu szalejąca Zu :)
Rycerz jedi. Miecz z balona ma kształt co najmniej dwuznaczny. To zdjęcie zachowam i będę nim straszyć Młodego jak zostanie nastolatkiem.
Okazało się, że Zu umie robić zwierzątka z balonów. Samodzielnie :)
Kiedy wszystko inne zawiodło, zawsze pozostawał tablet.
Albo hotelowa PlayStation :)
Już w drodze do domu. Mąż przezornie zajechał do pierwszego Makdolca po drodze, żeby mnie zapchać burgerem, możliwe że w ramach zadośćuczynienia za Płońsk. Mak był w Olsztynie, gdzie zabłądziliśmy, bo Olsztyn cały rozkopany i gps sie zgubił :)
Ania rozkosznie zadrzemała na stole w oczekiwaniu na junk-paszę :)
Wakacje 2015 uważam oficjalnie za zakończone :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































