Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawie eko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawie eko. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Domowe laboratorium - maść na katar
Sezon chorobowy w pełnym galopie. Matju był zdrowy przez cały tydzień, co uważam za wyjątkowy sukces. Ale sukcesy szlag trafił wczoraj nocą głęboką - Młody dostał wysokiej gorączki, marudził do rana a z rana chlapnął takim katarem, że kiedy kichnie, muszę go całego przebierać ;)
Najstarsza zaczyna kichać i smarkać, Średnia kaszle, a ja, ze stoickim spokojem czekam na pierwsze objawy u siebie.
W lodówce czekają kawałki cytryny i imbiru zalane miodem, mam zapas herbaty, lipy, czarnego bzu, siemienia lnianego, mleka, masła oraz czosnku (pieczony czosnek smakuje niebiańsko, jest lżej strawny niż surowy i nie ma tak dramatycznych efektów towarzyskich ;) ). W apteczce, w równiutkich rządkach, stoją buteleczki nurofenu, paracetamolu i hydroksyzyny (no dobra, to ostatnie to dla mnie... przy trójce chorych dzieci czasem niezbędny jest farmakologiczny czilaut ;) Na półce - bańki w pełnej gotowości.
Do pełni szczęścia brakowało mi tylko maści na katar i kaszel. Zazwyczaj używamy VapoRub i olejku Olbas, ale nie byłabym sobą, gdybym, natrafiwszy w sieci na TEN PRZEPIS, nie zapragnęła go wypróbować :)
Na Allegro kupiłam organiczne zioła - liść mięty i eukaliptusa. Zalałam oliwą z oliwek (może niekoniecznie organiczną, ale za to prawdziwą, z Włoch). Wczoraj przecedziłam macerat i dziś wzięłam się za produkcję maści.
Użyłam:
113 gram maceratu
24 gramy wosku pszczelego
10 ml olejku goździkowego
10 ml olejku eukaliptusowego
10 ml olejku tymiankowego
10 ml olejku miętowego
Wszystko poszło szybko, produkt finalny zastygł ładnie, pachnie mocno, świeżo i ożywczo. I bardzo przyjemnie :) Aplikuję Młodemu pod nos, rzeczywiście ułatwia oddychanie. Na noc posmaruję mu plecki i stopy.
Jestem przygotowana ;) Nie dam się ;)
środa, 14 listopada 2012
Domowe laboratorium - na zewnątrz i do wewnątrz
Stosować zewnętrznie - maceraty.
Maceraty, czyli oleje ziołowe. Świetne do masażu, okładów, przygotowania maści i kremów. Ja akurat mam w planach dwie maści. W związku z tym, w chłodnej garderobie na górnej półce stoją dwa słoiki. W jednym jest mieszanka liści żywokostu i babki zwyczajnej (na maść gojącą drobne zadrapania, stłuczenia, wysypki, pokrzywki i różne inne skórne nieszczęścia); w drugim - mieszanka liści eukaliptusa i mięty pieprzowej (na maść leczącą katar, zapchane zatoki i temu podobne niedogodności związane z sezonowymi chorobami).
Oba zestawy ziół macerują się w oliwie z oliwek.
Sposobów uzyskania maceratów jest kilka, moim ulubionym jest metoda "na słońce" - zalewamy zioła oliwą i w zamkniętym słoiku wystawiamy na słońce w ciepłe miejsce. Jako, że w listopadzie w naszej strefie klimatycznej o ciepłe miejsce i słońce jest dość trudno, tym razem wybrałam metodę klasyczną - zioła zalałam gorącą oliwą, zawinęłam słoiki w ręcznik i wstawiłam do garderoby, bo tam najciemniej i najzimniej. Następnego dnia odwinę słoiki z izolacji termicznej i zostawię na półce na około dwa tygodnie, wstrząsając zawartość od czasu do czasu.
Po dwóch tygodniach trzeba przefiltrować uzyskany olej i przelać do butelek z ciemnego szkła. Przechowywany odpowiednio powinien wytrwać około 14-16 miesięcy, jeśli dolejemy witaminy E w kroplach, macerat może postać nawet ze dwa i pół roku.
Stosować wewnętrznie - marynowane jalapenos.
W domowym laboratorium powstają nie tylko mazidła ;) Na przykład wczoraj, Małżonek zarządził marynowanie dwóch kilogramów papryczek jalapeno.
Roboty była przy tym masa, na szczęście główną część prac wykonał mąż, ja robiłam za podkuchenną.
Papryczki były w typie "żyletek" - pioruńsko ostre, o czym przekonałam się boleśnie na własnej skórze ;)
Ale wyglądały bardzo ładnie.
Owoc wysiłków - sześć słoików pyszności, od których cierpną zęby ;)
Dla potomności - przepis.
- ząbki czosnku (tyle, ile słoików)
- listki laurowe
- oliwa
- po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego
- 1 szklanka octu spirytusowego 10%
- 4,5 szklanki wody
- 8 łyżek cukru
- 1,5 łyżeczki soli
Paprykę dokładnie umyć, oczyścić z gniazd nasiennych i pokroić w plasterki. Słoiki wyparzyć, wstawiając np. na 10-15 minut do nagrzanego do 120-130 stopni piekarnika. Do każdego słoika wrzucić listek, czosnek, po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego. Napełnić słoiki pokrojoną papryką i nalać po łyżce oliwy. Do wrzącej wody dodać ocet, sól i cukier. Gdy nieco przestygnie, zalewać paprykę, tak aby został w słoiku ok. 1 cm wolnego miejsca poniżej gwintu. Gwint dokładnie wytrzeć i słoiki mocno zakręcać. Pasteryzować przez około 20 minut np. w gorącym piekarniku.
I już :)
Maceraty, czyli oleje ziołowe. Świetne do masażu, okładów, przygotowania maści i kremów. Ja akurat mam w planach dwie maści. W związku z tym, w chłodnej garderobie na górnej półce stoją dwa słoiki. W jednym jest mieszanka liści żywokostu i babki zwyczajnej (na maść gojącą drobne zadrapania, stłuczenia, wysypki, pokrzywki i różne inne skórne nieszczęścia); w drugim - mieszanka liści eukaliptusa i mięty pieprzowej (na maść leczącą katar, zapchane zatoki i temu podobne niedogodności związane z sezonowymi chorobami).
Oba zestawy ziół macerują się w oliwie z oliwek.
Sposobów uzyskania maceratów jest kilka, moim ulubionym jest metoda "na słońce" - zalewamy zioła oliwą i w zamkniętym słoiku wystawiamy na słońce w ciepłe miejsce. Jako, że w listopadzie w naszej strefie klimatycznej o ciepłe miejsce i słońce jest dość trudno, tym razem wybrałam metodę klasyczną - zioła zalałam gorącą oliwą, zawinęłam słoiki w ręcznik i wstawiłam do garderoby, bo tam najciemniej i najzimniej. Następnego dnia odwinę słoiki z izolacji termicznej i zostawię na półce na około dwa tygodnie, wstrząsając zawartość od czasu do czasu.
Po dwóch tygodniach trzeba przefiltrować uzyskany olej i przelać do butelek z ciemnego szkła. Przechowywany odpowiednio powinien wytrwać około 14-16 miesięcy, jeśli dolejemy witaminy E w kroplach, macerat może postać nawet ze dwa i pół roku.
Stosować wewnętrznie - marynowane jalapenos.
W domowym laboratorium powstają nie tylko mazidła ;) Na przykład wczoraj, Małżonek zarządził marynowanie dwóch kilogramów papryczek jalapeno.
Roboty była przy tym masa, na szczęście główną część prac wykonał mąż, ja robiłam za podkuchenną.
Papryczki były w typie "żyletek" - pioruńsko ostre, o czym przekonałam się boleśnie na własnej skórze ;)
Ale wyglądały bardzo ładnie.
Owoc wysiłków - sześć słoików pyszności, od których cierpną zęby ;)
Dla potomności - przepis.
- ząbki czosnku (tyle, ile słoików)
- listki laurowe
- oliwa
- po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego
- 1 szklanka octu spirytusowego 10%
- 4,5 szklanki wody
- 8 łyżek cukru
- 1,5 łyżeczki soli
Paprykę dokładnie umyć, oczyścić z gniazd nasiennych i pokroić w plasterki. Słoiki wyparzyć, wstawiając np. na 10-15 minut do nagrzanego do 120-130 stopni piekarnika. Do każdego słoika wrzucić listek, czosnek, po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego. Napełnić słoiki pokrojoną papryką i nalać po łyżce oliwy. Do wrzącej wody dodać ocet, sól i cukier. Gdy nieco przestygnie, zalewać paprykę, tak aby został w słoiku ok. 1 cm wolnego miejsca poniżej gwintu. Gwint dokładnie wytrzeć i słoiki mocno zakręcać. Pasteryzować przez około 20 minut np. w gorącym piekarniku.
I już :)
czwartek, 18 października 2012
Domowe laboratorium
Jesień sprzyja kreatywności ;) Czas ręcznych robótek, przetworów i sprzątania. Jako, że do sprzątania się nie palę, skupiłam się na robótkach (dziergam Ani opaskę do włosów na szydełku) oraz przetworach. Nie owocowo-warzywnych, co to, to nie, przy Klusku ciężko zrobić kanapkę, a co dopiero powidła... Ale przetworzyłam dziś trochę rozmaitości - sporządziłam mianowicie krem (balsam? maść?) do rąk, w kostce ;)
Całokształt obowiązków domowo-okołodziecięcych strasznie niszczy mi dłonie, a drogeryjne kremy nie dość, że nie pomagają to są obleśne w użyciu, nafaszerowane parafinami, silikonami i nie wiadomo czym jeszcze i śmierdzą. Mazidła do rąk sporządzam sobie sama i jestem z nich bardzo zadowolona.
Przepis na balsam w kostce znalazłam TUTAJ.
W oryginalnym przepisie jest coś, co nazywa się "vegetable shortening" i jest utwardzonym olejem roślinnym. Taki roślinny smalczyk. Niczego podobnego moje oczy w naszym pięknym kraju nie widziały, zresztą mam na składzie dużo lepsze ingrediencje niż przemysłowy tłuszcz do smażenia...
Przepis jest wyjątkowo prosty: do miseczki (słoika czy czegokolwiek innego odpornego na temperaturę) wkładamy wosk pszczeli, olej roślinny i wyżej wzmiankowany roślinny "smalec" w proporcjach 1:1:1, umieszczamy w garnku, w kąpieli wodnej i podgrzewamy aż składniki się rozpuszczą do stanu przezroczystej cieczy. Następnie pozwalamy nieco ostygnąć, wkraplamy olejki eteryczne (albo nie), mieszamy i wlewamy do foremki. Po zastygnięciu wyciągamy i voila! Balsam w kostce gotowy.
Użyłam wosku pszczelego, organicznej oliwy z oliwek i oleju kokosowego pół na pół z masłem shea. Po przestygnięciu dodałam 30 kropel olejku geraniowego (kocham ten zapach).
Popełniłam jeden drobny błąd - w przypływie zaćmienia umysłu dodałam też wosku carnauba, który złośliwie długo nie chciał się rozpuścić (ma temperaturę topnienia nieco wyższą niż wosk pszczeli) i na dodatek zwiększa kruchość produktu finalnego (więc dwie z trzech kostek pękły mi przy wyjmowaniu z foremek). Ale zasadniczo operacja się udała ;)
Żeby użyć tego wynalazku, należy go pomiętosić w łapkach aż zacznie się ciut rozpuszczać, na rękach zostanie nam akurat tyle, ile trzeba. Bardzo dobrze nawilża, natłuszcza, pięknie pachnie i nie znika ze skóry jak zwykłe kremy.
Zdjęcie poglądowe ;) Wygląda to niewyjściowo, bo brak mi wymyślnych foremek i wlałam miksturę do papilotek na muffiny ;) Ale widać, o co chodzi ;)
Całokształt obowiązków domowo-okołodziecięcych strasznie niszczy mi dłonie, a drogeryjne kremy nie dość, że nie pomagają to są obleśne w użyciu, nafaszerowane parafinami, silikonami i nie wiadomo czym jeszcze i śmierdzą. Mazidła do rąk sporządzam sobie sama i jestem z nich bardzo zadowolona.
Przepis na balsam w kostce znalazłam TUTAJ.
W oryginalnym przepisie jest coś, co nazywa się "vegetable shortening" i jest utwardzonym olejem roślinnym. Taki roślinny smalczyk. Niczego podobnego moje oczy w naszym pięknym kraju nie widziały, zresztą mam na składzie dużo lepsze ingrediencje niż przemysłowy tłuszcz do smażenia...
Przepis jest wyjątkowo prosty: do miseczki (słoika czy czegokolwiek innego odpornego na temperaturę) wkładamy wosk pszczeli, olej roślinny i wyżej wzmiankowany roślinny "smalec" w proporcjach 1:1:1, umieszczamy w garnku, w kąpieli wodnej i podgrzewamy aż składniki się rozpuszczą do stanu przezroczystej cieczy. Następnie pozwalamy nieco ostygnąć, wkraplamy olejki eteryczne (albo nie), mieszamy i wlewamy do foremki. Po zastygnięciu wyciągamy i voila! Balsam w kostce gotowy.
Użyłam wosku pszczelego, organicznej oliwy z oliwek i oleju kokosowego pół na pół z masłem shea. Po przestygnięciu dodałam 30 kropel olejku geraniowego (kocham ten zapach).
Popełniłam jeden drobny błąd - w przypływie zaćmienia umysłu dodałam też wosku carnauba, który złośliwie długo nie chciał się rozpuścić (ma temperaturę topnienia nieco wyższą niż wosk pszczeli) i na dodatek zwiększa kruchość produktu finalnego (więc dwie z trzech kostek pękły mi przy wyjmowaniu z foremek). Ale zasadniczo operacja się udała ;)
Żeby użyć tego wynalazku, należy go pomiętosić w łapkach aż zacznie się ciut rozpuszczać, na rękach zostanie nam akurat tyle, ile trzeba. Bardzo dobrze nawilża, natłuszcza, pięknie pachnie i nie znika ze skóry jak zwykłe kremy.
Zdjęcie poglądowe ;) Wygląda to niewyjściowo, bo brak mi wymyślnych foremek i wlałam miksturę do papilotek na muffiny ;) Ale widać, o co chodzi ;)
piątek, 7 września 2012
Codzienne poyerbanie
Moje dzieci przed osiągnięciem szacownego wieku 3 lat sypiają niezbyt dobrze. W zasadzie bardzo źle. Skutkiem tego nie dane mi się było wyspać porządnie od jakichś 6 lat.
Przedwczoraj, na ten przykład, Kluś cierpiał z powodu biegunki i zęba, więc trzymał mnie na nogach od 1 do 3.30 w nocy.
Niegdyś unikałam kawy jak ognia, bo nie cierpię kawowego paskudnego smaku, obecnie jestem w stanie wypić trzy filiżanki tego świństwa dziennie, na przemian z dwoma litrami Pepsi Max. A i to czasem nie pomaga, pod wieczór obijam się o meble i słaniam na nogach, marząc tylko o utracie przytomności w miękkiej pościeli.
Kiedy kilka dni temu przyłapałam się na otwieraniu drugiej dwulitrowej butelki Pepsi przed godziną 16.00, stwierdziłam, że czas wyciągnąć ciężką kofeinową artylerię.
Teraz będzie subtelny product placement ;)
Otóż, wróciłam do zarzuconego kilkanaście miesięcy temu zwyczaju picia yerba mate. Smakuje, pachnie i wygląda jak zalane wodą sianko, ale daje zaprawdę potężnego kopa. Kawa może się schować.
No i ten szyk oraz szpan, kiedy tuptasz po ulicy z kubeczkiem, wystającą z niego dziwną rurką i termosikiem pod pachą ;) Tak, swego czasu kultywowałam ten szlachetny południowoamerykanski zwyczaj w mojej okolicy, budząc niekiedy uśmiechy politowania ;)
Skończyły mi się zapasy ziela, które Małżonek przywlókł z Argentyny, więc musiałam się zaopatrzyć lokalnie. Zamówiłam mate z Yerba Mate Store. Preferuję wersje dosmaczane, więc nabyłam cytrynową, ziołową i miodową.
Siorbię po argentyńsku - tę samą porcję sianka zalewam kilkakrotnie woda z termosu (woda musi mieć około 80 stopni, żeby nie przedobrzyć, mam nawet termometr ;) Można zalewać mlekiem, wtedy nazywa się to mate de leche, ale na samą myśl o smaku ciepłego mleka robi mi się słabo, więc nie zaryzykuję.
Zalety są nie do przecenienia - już po drugim kubku umysł mam ostry jak brzytwa, latam po domu robiąc pięć rzeczy na raz, chcę działać, wydatnie mi wzrasta poziom optymizmu i nie odczuwam tego ogólnego, smętnego życiowego zwisu. Poza tym - mate hamuje apetyt, co nie jest bez znaczenia, ponieważ, jak wiadomo, przemęczony i pozbawiony snu organizm domaga się węglowodanów. Ludzie, którzy za mało sypiają mają niepowstrzymane parcie na słodycze... Czuję to w biodrach, bo nowe spodnie już się nie dopinają ;) A więc... Nutello spier***aj :P
Co więcej - yerba nie wywołuje u mnie syndromu kofeinowego: rozedrgania, łomotania serca, zawrotów głowy, niepokoju i innych niedogodności. Czysta energia.
Do picia yerby przydaje się kilka przedmiotów: naczynko czyli matero, rurka czyli bombilla (uwielbiam to słowo, zawsze się przy nim uśmiecham :P), termometr (sianko zalane zbyt gorącą wodą jest zmarnowane i smakuje jeszcze gorzej niż normalnie ;) i termos (zapas wody w odpowiedniej temperaturze).
Używam yerbonaczyń ceramicznych, z czystego lenistwa. Tradycjonaliści siorbią z naczyń wykonanych z tykwy , nazywa się to calabaza i wygląda bardzo trędi, podobno poprawia smak mate, ale wymaga pielęgnacji, specjalnego przygotowania do użytku a do tego jest drogie i cieknie ;)
W sumie jedynym sprzętem tak naprawdę niezbędnym dla siorbacza jest bombilla. Bez bombilli zielsko włazi w zęby i psuje całą przyjemność.
To ja sobie teraz posiedzę, lekceważąc dookolny rozgardiasz i siorbnę. Ruszę się dopiero kiedy stosunek zombie do człowieka zmniejszy mi się do minimum 20% ;)
wtorek, 23 lutego 2010
Kreatywne chorowanie - krem na bolący nos
Antybiotyki robią swoje, zaczynam czuć, ze zyję. Z nosa przestało mi lecieć coś, czego wolę blizej nie opisywać, zeby u co wrazliwszych nie wywołać szoku :)
W weekend miałam nos otarty do zywego mięsa, nic nie pomagało, więc zmuszona byłam sięgnąc po niezawodne receptury S. Faber i wyprodukowałam sobie krem leczniczy. Przepis zamieszczam ku pamięci:
Faza tłuszczowa:
5g wosku pszczelego
3g masła kakaowego
10g lanoliny
25g oleju ze słodkich migdałów
15g oleju z pestek winogron lub oliwy z oliwek
Faza wodna:
30g wody lub hydrolatu
Faza aktywna:
5 kropli olejku (dodałam lawendowy)
50 kropli maceratu z arniki (niekoniecznie)
10 kropli witaminy E (niekoniecznie)
Wykonanie:
Fazę tłuszczową umieścić w słoiku, wstawić go do garnka z wodą i podgrzewać do rozpuszczenia. Wodę też podgrzewać (zazwyczaj biorę garnek na tyle szeroki, zeby zmieściły się oba słoiczki). Kiedy obie ciecze osiągną temperaturę około 60 stopni, wyjąć słoiki z garnka, powoli wlewać wodę do tłuszczów, miksując zwykłym mikserem ręcznym na najnizszych obrotach (biorę normalną mikserową trzepaczkę, taką jak do ubijania piany, zakładam tylko jedną, akurat mieści się w otwór słoika, ktorego uzywam do rozpuszczania tłuszczu).
Teraz najbardziej upierdliwa czynność - trzeba miksowac az do ostygnięcia. Trwa to i trwa, ale tak musi być, dobrze zmiksowany krem nie bedzie miał tendencji do rozwarstwiania.
Kiedy emulsja ostygnie do około 30 stopni, dodać składniki fazy aktywnej. Pomiksowac jeszcze chwilkę i całośc przelać do słoiczka. Poczekać az zastygnie i już.
Krem działa cuda, wyleczył mój otarty do krwi nos w ciągu kilku godzin. Smaruję nim tez suche dłonie, twarz (na noc, bo się świecę jak latarnia, tłusty jest bardzo) i podraznione buzie dziewczynek. Ładnie pachnie i świetnie się smaruje, nie jest "tępy". Dodatek oleju z migdałów powoduje, ze krem daje na skórze wrazenie lekkiego chłodu, co przynosiło mi sporą ulgę przy otarciach.
W weekend miałam nos otarty do zywego mięsa, nic nie pomagało, więc zmuszona byłam sięgnąc po niezawodne receptury S. Faber i wyprodukowałam sobie krem leczniczy. Przepis zamieszczam ku pamięci:
Faza tłuszczowa:
5g wosku pszczelego
3g masła kakaowego
10g lanoliny
25g oleju ze słodkich migdałów
15g oleju z pestek winogron lub oliwy z oliwek
Faza wodna:
30g wody lub hydrolatu
Faza aktywna:
5 kropli olejku (dodałam lawendowy)
50 kropli maceratu z arniki (niekoniecznie)
10 kropli witaminy E (niekoniecznie)
Wykonanie:
Fazę tłuszczową umieścić w słoiku, wstawić go do garnka z wodą i podgrzewać do rozpuszczenia. Wodę też podgrzewać (zazwyczaj biorę garnek na tyle szeroki, zeby zmieściły się oba słoiczki). Kiedy obie ciecze osiągną temperaturę około 60 stopni, wyjąć słoiki z garnka, powoli wlewać wodę do tłuszczów, miksując zwykłym mikserem ręcznym na najnizszych obrotach (biorę normalną mikserową trzepaczkę, taką jak do ubijania piany, zakładam tylko jedną, akurat mieści się w otwór słoika, ktorego uzywam do rozpuszczania tłuszczu).
Teraz najbardziej upierdliwa czynność - trzeba miksowac az do ostygnięcia. Trwa to i trwa, ale tak musi być, dobrze zmiksowany krem nie bedzie miał tendencji do rozwarstwiania.
Kiedy emulsja ostygnie do około 30 stopni, dodać składniki fazy aktywnej. Pomiksowac jeszcze chwilkę i całośc przelać do słoiczka. Poczekać az zastygnie i już.
Krem działa cuda, wyleczył mój otarty do krwi nos w ciągu kilku godzin. Smaruję nim tez suche dłonie, twarz (na noc, bo się świecę jak latarnia, tłusty jest bardzo) i podraznione buzie dziewczynek. Ładnie pachnie i świetnie się smaruje, nie jest "tępy". Dodatek oleju z migdałów powoduje, ze krem daje na skórze wrazenie lekkiego chłodu, co przynosiło mi sporą ulgę przy otarciach.
środa, 20 stycznia 2010
Pieluchowanie - podsumowanie
Od trzech miesięcy pieluchujemy Anię w wielorazówki, więc mogę już coś niecoś powiedzieć na ten temat.
Jestem... rozczarowana. Pieluchy wielorazowe mają dla mnie jedną, jedyną zaletę (tę, z powodu której zaczęłam ich używać) - sa wielorazowe, więc nic sie nie marnuje. I to jakby było na tyle.
Odkąd zakładamy wielorazówki, Ania miała tylko przez 2 pierwsze tygodnie ładną pupę bez odparzeń. Potem zaczął się istny koszmar - odparzenia, zakażenia, drożdżyca. Doszło do tego, że zakładałam jej pampersy w celach leczniczych.
Okazało się że Ania źle znosi polar przy pupie, więc hasło "wielorazówki zachowują się prawie tak samo jak jednorazówki i pupa pozostaje sucha" nie ma u nas zastosowania. Po każdym siknięciu trzeba zmienić pieluchę, bo na skórze robią się wżery. Wyobraźcie sobie przewijanie 19miesięcznego ruchliwego i wściekłego dziecka co 40 minut albo i częściej (czasem rzadziej na szczęście). Ryk za każdym razem i walka wręcz.
Używamy tylko pieluszek składanych, bo w prawie żadne gotowe dostepne na rynku Ania sie nie zmieści. Te nieliczne, w które się zmieści są drogie - jako że odpadają kieszonki z polarkiem w środku, z wygodnych rozwiązań pozostawałyby nam tylko pieluchy formowane bawełniane, konopne i bambusowe - nie dośc że drogie to schną całą wieczność i trzeba by ich kupić dużo...
Czego nie dowiedsziałam się z reklam wielorazówek:
- że najlepiej prać je w specjalnych środkach. Zwykłe proszki (nawet niektóre dziecięce, sprawdziłam) i większość ekologicznych sie nie nadają - ze względu na zawartość enzymów (w połączeniu z moczem resztki enzymów podrażniają skórę) bądź mydła (zapycha pieluchy i traca chłonność). Czy musze dodawać, że proszki/płyny do pieluch nie są z tych najtańszych?
- że żeby prać je na 40 czy 60 stopni (bez gotowania), wypadałoby kupić środek odkażający w proszku, który dodaje się do normalnego środka piorącego.
-że ich pielęgnacja JEST pracochłonna, wbrew temu co twierdzą reklamy. Zdejmowanie otulacza i pieluchy z kupą tak, żeby nie ubrudzić wszystkiego wokół jest dla mnie co najmniej kłopotliwe, bo Anka nie lubi przewijania i ucieka, wierzga tudzież się wyrywa. Potem trzeba zaprać pieluchę (można mydłem galasowym - drogie; można mydłem odplamiającym czy marsylskim - tańsze ale po pewnym czasie zapycha pieluchę...). Papierki do łapania kupy też kosztują , i sprawdzają się w zasadzie tylko w przypadku konsystencji hmmm... stałej :) Jesli kupka jest rzadsza, na pieluszce i tak będą plamy do zaprania. Kiedy dziecko ma biegunkę to ... bez komentarza.
- że trzeba je co jakis czas odtłuścić i JEDNAK wygotować... Nie tyle w celu zdezynfekowania, co w celu usunięcia złogów ze środków piorących, moczu i twardej wody.
- że są niewygodne - syndrom "mrówczego odwłoka" ;), utrudniają siadanie i chodzenie. Niektorym mniejszym dzieciom zbyt szerokie pieluchy utrudniaja rozwój motoryczny. Są sztywniejsze i znacznie grubsze od cienkich, elastycznych pampków. Ania przez to nie lubi wielorazówek, niektórych nie cierpi szczególnie, usiłuje zerwać je z pupy i płacze.
Mój entuzjazm, na początku wielki, opadał i opadał aż w końcu nic z niego nie zostało. Z moich doświadczeń wynika jasno, że to niekoniecznie jest tańsze rozwiązanie, chyba że ktoś używa zwykłej tetry z Allegro 10szt/17 zł i uniwersalnych otulaczy, które podobno starczaja na długo (mówię podobno, bo te, ktore mierzyłam, na niespełna półtorarocznej Ani się nie dopinały).
Na pampersy wydajemy przeciętnie 120 zł/miesięcznie, czasem mniej. Na same środki piorace i dezynfekujące oraz papierki poszło mi około 65 zł na miesiąc, nie liczę zakupu pieluch (dobre są droższe, wiadomo) oraz kosztów ciągłego prania (częste zmiany pieluch=sterta prania co drugi dzień a czasem codziennie), podwójnego płukania, spłukiwania i zapierania kup (to takie ekologiczne jest? zużycie wody jest IMO spore...).
Nie twierdzę, że nikomu sie to nie opłaci - opłaci sie być może tym, którzy mają mniejsze i wolniej rosnące dzieci (najlepiej odporne na polar - najwygodniejsze i najbardziej ekonomiczne wydaja mi się kieszonki z polarem), tym, którzy sobie sami uszyją pieluchy i tym, ktorzy zakupią je dla pierwszego dziecka a nastepnie wykorzystają przy nastepnych.
Największa korzyść jaką odniosłam ze stosowania pieluch wielorazowych to docenienie jednorazówek :) Kiedy Anka znowu zaczyna mieć tylek pawiana i trzeba ją przestawić na pampersy na parę dni, odczuwam ogromną ulgę :) Nie zrezygnujemy z pieluch wielo, ale na pewno nie będzie to nasz podstawowy sposób na życie. Pampki rządzą :D
Teraz o pozytywach, czyli co mogę z czystym sumieniem polecić:
- biała tetra bambusowa (dostępna czasem na allegro) - cudo. Bardzo chłonna, od nowości miękka (nie straciła miękkości po wielu praniach w twardej wodzie), błyskawicznie schnie i, co bardzo ważne, trzyma kształt. Pieluszki nadal sa kwadratowe i można je dzieki temu równo i schludnie złozyć dowolna metodą.
- kolorowa tetra bambusowa Kikko (kupowałam w Naszym Dziecku) - te same zalety co wyżej, z wyjątkiem kształtu - niestety zrobiły się wąskie i prostokątne, chociaż miały być kwadratowe. Ale za to mają piekne kolory :)
- wełniane otulacze. Mam Storchenkinder i Disanę, nie wierzyłam, że sie sprawdzą a jednak :) Wełna naprawdę nie przepuszcza wilgoci (inna sprawa, że ja bardzo często zmieniam pieluchy i nie dopuszczam do potopów). Pupa się nie przegrzewa, są mięciutkie i wygodne.
- pieluchy konopne (używam Babykicks Duz-it-all oraz prefoldów, kupione oczywiście u Ani w Ekobaby) - chociaż niektóre (prefoldy) robią się z czasem twarde jak decha i trzeba je pomiętosić przed założeniem, sa super chłonne, doskonałe na wkład do kieszonki (jeśli ktoś może używać kieszonek...).
Marta zapytała mnie kiedyś czy włożyłabym w pieluchy wielorazowe noworodka. Wtedy odpowiedziałam "tak". Jednak teraz, bogatsza o trzymiesięczne doświadczenie, zmieniam zdanie ;)
piątek, 18 stycznia 2008
Naturalny krem
Jako że ostatnio w chustach mam przestój, muszę wypełniac czas i bloga czym innym:)
Na przykład przepisem na naturalny krem (wg. książki Stephanie Faber "Kosmetyka naturalna")
40g wody (destylowanej lub przegotowanej, może być hydrolat)
40g oleju (lub mieszanki olejów, rodzaj oleju zależy od efektu, który chcemy uzyskać, o rodzajach olejów i ich działaniu na skórę można poczytac np.: TUTAJ )
10 g lanoliny (farmaceutycznej, do kupienia np. na Allegro)
5g wosku pszczelego (ja używam żółtego)
5g masła kakaowego (niekonieczne)
Do garnka nalewamy wody i wstawiamy dwa słoiki. Do jednego wkładamy wszystkie tłuszcze (faza tłuszczowa), do drugiego wlewamy wodę/hydrolat (faza wodna).
Podgrzewamy aż faza tłuszczowa się rozpuści (mieszanka powinna osiągnąć temperaturę ok 60 stC). Wyjmujemy słoiki z kąpieli wodnej i pomalutku wlewamy wodę do tłuszczów, cały czas mieszając. Do mieszania można użyć mikserka ręcznego, takiego do spieniania mleka.
Mieszanie jest najważniejszą czynnością, niestety mocno uciążliwą, bo trzeba mieszać dopóki krem nie ostygnie, a to może trwać dobre kilkanaście minut. Czasem ułatwiam sobie życie wkładając słoik z kremem do zimnej wody, ale S.Faber tego nie poleca.
Kiedy krem ostygnie, mozna dodać do niego kilka kropli olejku eterycznego, żeby ładnie pachniał. Krem nie wymaga konserwowania, ale jesli ktoś sobie życzy, może dodać w tym momencie także kilka kropli witaminy E, która oprócz właściwości pielęgnacyjnych działa też konserwująco na fazę tłuszczową.
Krem ten jest emulsją typu "woda w oleju". Jest bardzo tłusty, świetny na zimę, i do przesuszonych miejsc na ciele (najlepiej nakładac go na lekko wilgotną skórę, nałożony na suchą może wysuszyć ją jeszcze bardziej). Nadaje się do niemowlęcej pupy (i nie tylko:)
Jeśli komuś nie chce sie kręcić kremów (jak np. mnie ostatnio), a ceni sobie naturalną pielęgnację skóry, polecam na noc olej, wymieszany z olejkiem marchewkowym (wystarczy kilka kropli bo strasznie farbuje) i olejkiem eterycznym. Taką mieszanką smaruje się lekko wilgotną twarz, najlepiej wieczorem, bo człowiek się po tym niemiłosiernie świeci:)
A jak komuś zupełnie się nie chce tworzyć czegokolwiek, to proszę bardzo, gotowy olejek DIADERMA
Na początku bałam się że po oleju moją mieszaną cerę strasznie wypryszczy, ale okazuje się że nie:) Wręcz przeciwnie, zaczęła się jakby mniej przetłuszczać.
Na przykład przepisem na naturalny krem (wg. książki Stephanie Faber "Kosmetyka naturalna")
40g wody (destylowanej lub przegotowanej, może być hydrolat)
40g oleju (lub mieszanki olejów, rodzaj oleju zależy od efektu, który chcemy uzyskać, o rodzajach olejów i ich działaniu na skórę można poczytac np.: TUTAJ )
10 g lanoliny (farmaceutycznej, do kupienia np. na Allegro)
5g wosku pszczelego (ja używam żółtego)
5g masła kakaowego (niekonieczne)
Do garnka nalewamy wody i wstawiamy dwa słoiki. Do jednego wkładamy wszystkie tłuszcze (faza tłuszczowa), do drugiego wlewamy wodę/hydrolat (faza wodna).
Podgrzewamy aż faza tłuszczowa się rozpuści (mieszanka powinna osiągnąć temperaturę ok 60 stC). Wyjmujemy słoiki z kąpieli wodnej i pomalutku wlewamy wodę do tłuszczów, cały czas mieszając. Do mieszania można użyć mikserka ręcznego, takiego do spieniania mleka.
Mieszanie jest najważniejszą czynnością, niestety mocno uciążliwą, bo trzeba mieszać dopóki krem nie ostygnie, a to może trwać dobre kilkanaście minut. Czasem ułatwiam sobie życie wkładając słoik z kremem do zimnej wody, ale S.Faber tego nie poleca.
Kiedy krem ostygnie, mozna dodać do niego kilka kropli olejku eterycznego, żeby ładnie pachniał. Krem nie wymaga konserwowania, ale jesli ktoś sobie życzy, może dodać w tym momencie także kilka kropli witaminy E, która oprócz właściwości pielęgnacyjnych działa też konserwująco na fazę tłuszczową.
Krem ten jest emulsją typu "woda w oleju". Jest bardzo tłusty, świetny na zimę, i do przesuszonych miejsc na ciele (najlepiej nakładac go na lekko wilgotną skórę, nałożony na suchą może wysuszyć ją jeszcze bardziej). Nadaje się do niemowlęcej pupy (i nie tylko:)
Jeśli komuś nie chce sie kręcić kremów (jak np. mnie ostatnio), a ceni sobie naturalną pielęgnację skóry, polecam na noc olej, wymieszany z olejkiem marchewkowym (wystarczy kilka kropli bo strasznie farbuje) i olejkiem eterycznym. Taką mieszanką smaruje się lekko wilgotną twarz, najlepiej wieczorem, bo człowiek się po tym niemiłosiernie świeci:)
A jak komuś zupełnie się nie chce tworzyć czegokolwiek, to proszę bardzo, gotowy olejek DIADERMA
Na początku bałam się że po oleju moją mieszaną cerę strasznie wypryszczy, ale okazuje się że nie:) Wręcz przeciwnie, zaczęła się jakby mniej przetłuszczać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






