niedziela, 25 maja 2008

Girasol Gaj Oliwny

Dzięki Oli z Galerii 7 Kolorów Tęczy (DZIĘKUJĘ :) stałam się szczęśliwą posiadaczką Girasola Gaj Oliwny, 5,20m. Ten kolor chodził za mną od kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy i wreszcie mogę się nim napawać do oporu. Trudny do uchwycenia na zdjęciach, w rzeczywistości jest mniej szary, bardziej soczysty, kojarzy mi się z pierwszą majową trawą. Ogromnie optymistyczny:)
Miałam już kiedyś okazję testować Girasola, kiedy jeszcze naszałam Zuzę. Tamta chusta też była jednostronna, całkiem miło się w niej nosiło, łatwo wiązało, ogólnie byłam na "tak", no i po paru miesiącach doczekałam się swojego Girka :)
Chusta jest mięciutka, lekka, bardzo miła w dotyku, jakby mechata :) (nie wiem czy w związku z tym nie będzie bardziej grzać w lecie, ale to się zobaczy). Tkana splotem skośnym. Bardzo mi się podoba :) ChustoKlusce na pewno będzie w niej przytulnie.



Dostałam też śliczną bransoletkę z koralików, w kolorze harmonizującym z chustą :) Prawda, że urocza? Kocham zielenie :)

środa, 21 maja 2008

Lekarze

Dzisiaj miałam dzień kontaktów ze służbą zdrowia :) Rano - KTG na Karowej. Znielubiłam ten szpital. Traktują tam pacjentkę nawet uprzejmie dość, ale nie jak człowieka tylko jak przypadek, szybko, szybko. Przerabiają taśmowo, "następna proszę, raz dwa!". Pielęgniarki mówiły tak szybko że połowy nie rozumiałam, one sie niecierpliwiły bo następne pacjentki w kolejce czekają... Szpital jak kombinat, brrr.
Do tego od paru dni wprowadzili zarządzenie że do punktu konsultacyjnego na KTG zapisują tylko pacjentki lekarzy z Karowej, czyli "swoje". Zwyczajnie, nie wyrabiali się, rozumiem to. Tylko co ja teraz mam zrobić - niby jestem pacjentką pod opieką ich poradni, oni mi kazali te zapisy robić, ale to za mało. Nie wszystkie szpitale mają punkty konsultacyjne z KTG, te które mają, są mega oblężone. KTG normalnie robi się na izbie przyjęć, ale trzeba na nie poczekać czasem i 6 godzin - jak ja niby mam to zorganizować... A pani doktor konsultująca dzisiejszy zapis kategorycznie podkreślała ze następne KTG mam sobie załatwić w nieprzekraczalnym terminie 7 dni od dzisiejszego. No super.
Wieczorem - wizyta u diabetologa. Wreszcie mogłam komuś kompetentnemu pokazać kontrolki glikemii i zapytać o tę nieszczęsną ketozę. Okazało się ze ketoza jest głodowa, na Karowej zalecili zbyt ostrą dietę... Podobno nie byłam jej pierwszą pacjentką z takim problemem. To jest właśnie minus tamtego szpitala - z braku czasu nie dobierają diety indywidualnie, tylko biorą grupę dziewczyn z izby przyjęć i wszystkim mówią to samo, obojętne czy delikwentka ma 190 cm wzrostu czy 150, i czy waży 100 czy 40 kilo i jakie ma wyniki. A, niestety, to jest różnica.Pani doktor złapała się za głowę kiedy dowiedziała się czego mi tam zabronili jeść. Kazała rozszerzyć dietę: mogę na przykład ziemniaki, jupi! Powiedziała ze nawet płatki z mlekiem mogę spróbować i jak cukier po nich ok, to spokojnie jeść. I kanapki z dżemem... :) Mam tylko starannie unikać słodyczy i soków i nie przesadzać z tłuszczem. I fajnie :) I tak zamierzam raczej oszczędnie się odżywiać, ale przynajmniej nie będę już umierać ze strachu po dodatkowej porcji kaszy :P
W poradni zakazali mi jeść więcej niż 6 posiłków dziennie. A pani dr diabetolog pozwoliła jeść nawet co półtorej godziny. Ufff.

sobota, 17 maja 2008

Dziś zabijam

A zabijam dlatego, ze spędziłam niemal bezsenną noc, wsłuchując się w odgłosy wydawane przez rozbawione towarzystwo pod naszym blokiem. Mam nieszczęście żyć w szczytowym mieszkaniu, i chociaz mieszkamy na 3 piętrze, w nocy spokojnie słyszę rozmowę toczoną na chodniku koło bloku. A co dopiero ryki, wybuchy radosnego rechotu i pisk kretyńskich panienek. W bloku naprzeciwko mieszka sobie kilka wesołych rodzinek, ktore w lecie systematycznie wylegaja całą gromadą na ławeczkę, raczą sie piwkiem i zachowują w sposób ktorego nie zawaham sie okreslić chamskim.
Towarzystwo rozeszło się około 1 w nocy, ale byłam tak wściekła ze nie dałam rady zasnąć.
Najbardziej frustrujące jest to, ze normalny człowiek nie ma żadnych szans w starciu z bandą prostackich chamusiów. Jedyne co mogę zrobic to zapodać sobie narkozę waląc głową w ścianę.
Towarzystwo nie reaguje na zwracanie uwagi (już parę osób próbowało, pogardliwy rechot był jedynym odzewem). Ochrona nic nie zrobi - jeśli zatelefonujemy po ochronę to pojawi się cieć w czarnym wdzianku i grzecznie poprosi o ciszę. Efekt ten sam co w przypadku prośby lokatorów.
Mozna spróbować zadzwonic po policję, owszem. Policja nawet przyjedzie, czemu nie. Tylko na przykład za dwie czy trzy godzinki... Kiedy juz będzie po wszystkim :) I jeszcze przyjdą obudzić tego, kto wzywając ich, nieopatrznie podał swoje dane.
Miałam dziś ogromną ochotę sięgnąć na pawlacz i wyciągnąć stamtąd karabinek paintballowy mojego męża. Wyjść przed blok, ustawic na serię i pojechać po tych tępych ryjach na kolorowo...
Ale znając zycie, gdybym sobie pozwoliła na podobną niefrasobliwość w naszym wspaniałym kraju, policja przyjechałaby do mnie i miałabym szczęście gdyby się skończyło tylko na odszkodowaniu za zniszczone ubrania debili.
Kompletne lekceważenie ludzi i ich elementarnych potrzeb to jest coś czego po prostu nienawidzę. Dla mnie to szczyt chamstwa, buractwa, prostactwa i bezmyślności. "Bo ja sie bawię, mam ochotę i mogę, mnie sie należy a wszystkich innych mam w doopie". Niestety taka postawa jest powszechna. Kto dziś myśli o tym czy jego zachowanie nie przeszkadza innym? A przeciez to podstawa współzycia społecznego. Normalny człowiek ma to we krwi - nie trzaskac drzwiami, nie wrzeszczeć na klatce schodowej, nie ryczeć pełnym głosem z balkonu do dzieciaka na podwórku, nie pozwalac dziecku w restauracji na krzyki, bieganie między stolikami i włazenie ludziom do talerza itd. Rzeczy, zdawałoby się, oczywiste. Niestety, nie dla wszystkich. Zastanawiam się czy dobrze robię wychowując Zuzę w sposób w jaki wychowano mnie. Czy dobrze robię ucząc ją ze inni ludzie sie liczą. Czy nie robię krzywdy dziecku, które za parę lat stanie bezradne jak ja dzisiaj w obliczu bandy prostaków.
Ale, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie że mogłabym robić inaczej.

czwartek, 15 maja 2008

Zuzia mówi

Mówi odkąd skończyła 14-15 miesięcy, ale teraz to juz na całego. Mozna sobie pokonwersować.
Trochę przekręca:
kamata - kanapa
kamatka - kanapka
malikowka - serek waniliowy
plat abac - plac zabaw

Dziś na schodach zobaczyła mrówkę. - "O, mlówecka!". Łup, rozgniotła ją butem, ukucnęła, rozmazała palcem po chodniku i mówi dumnie- "mamusiu, pats, zatsymałam ją!".

Lata mucha koło okna. Zuzia boi się much. - "Mamusiu, pats, mucha lata, zabij ją!". Mnie się nie chce wstawać, więc mówię - "Eee, nie, po co". Zuzia na to (z nadzieją) - "sama się zabije?". :)

wtorek, 13 maja 2008

Chusta z Tajlandii

I znowu magia ręcznego tkania mnie zniewoliła :) Własnie przyszedł jeden z moich najnowszych nabytków, zakupionych w chustowym amoku - chusta z Tajlandii. Ręcznie tkana bawełna, podobno organiczna. O nazwę nie pytajcie - nie umiem jej przeczytać :D
To najdziwniejsza chusta jaką kiedykolwiek trzymałam w ręku. Nie jest drapiąca, przeciwnie - jest miła w dotyku, ma luźny, gruby splot, wyraźną fakturę, jest bardzo przewiewna, mimo swojej grubości. Równo, starannie podłożone brzegi. Piękny, kremowy kolor. I ten przaśno-pastewno-ekologiczny wygląd :) Mam słabość do takich rzeczy. Doprawdy nie wiem po co mi ona, ale nie mogłam sie jej oprzeć, to było silniejsze ode mnie :)
Nie mogę się nią poowijać i porządnie pomacać, bo aktualnie jest u mnie moja mama, która dostaje szału na widok każdej kolejnej chusty, a ja nie mam dziś siły słuchać "a po co ci to, masz tyle tych szmat...". Na razie Tajka leży zbunkrowana pod kołdrą w sypialni :) Pstryknęłam tylko na szybko kilka fotek: